WWWJeden z dwóch czarnych koni donośnie zarżał, gdy przygotowana specjalnie na tą okazję karoca zatrzymała się przed hotelem w którym odbywał się bal. Crow pomógł Pomarańczowej Wiedźmie opuścić pojazd z gracją, po czym poprowadził ją w kierunku wejścia. W środku kamerdyner uchylił kotary prowadzące do sali balowej po czym zaanonsował przybycie rektora Akademii Omnes Arters Feminarum z towarzyszką. Koranona przywdziała na ten wieczór pomarańczowy, a jakże, gorset obszyty czarną nicią i zdobiony drobnymi, urzekającymi wstążkami. Asymetryczna spódnica, z unikatowym krojem złożonym z płatów delikatnego materiału uformowanych na kształt lipowych liści, podkreślała naturalną urodę dziewczyny. Całość uzupełniała urocza kokarda, upięta na plecach wiedźmy oraz głębokie pantofle. Z pomarańczową kreacją kontrastowały gustowne czarne dodatki – spiczasty diadem i upięta na szyi kolia. Rektor ubrany był w prosty, czarny frak i dopasowaną do stroju dziewczyny pomarańczową koszulę.
WWWSzczęśliwie zaaranżowane przez Satsuki atrakcje cieszyły się dużym zainteresowaniem gości balu i nowoprzybyłej parze udało się szybko wtopić w tłum. Crow zapoznał Nonę z członkami rady Khartum i innym wpływowymi postaciami w mieście. Mężczyznę w galowym mundurze straży miejskiej i urodzie Russella Crowe przedstawił jako inspektora Xaviera, gwaranta spokoju i ładu w stolicy. W końcu, gdy sama gospodarz balu miała wolną chwilę, rektor poprowadził wiedźmę w kierunku odzianej w czerwoną suknię kobiety. Po drodze minęli dziwnego mężczyznę w masce na twarzy, któremu Nona przyjrzała się dłuższą chwilę. Rektor zanotował w pamięci, że chyba musiała znać zamaskowanego przybysza.
WWW- Lady Satsuki – powiedział mężczyzna gdy weszli na podest – przedstawiam ci Koranonę, pomarańczową wiedźmę, ponoć krewniaczkę Caibra.
WWWWiedźma dygnęła.
WWW- Nono – kontynuował – oto Satsuki Joan Eileth Amber Heather Aeline Hira'min Kyasuminerai, zwana fioletowym płomykiem. Najwyżej postawiona reprezentantka Agendy na planecie oraz przywódca ekspedycji.
WWW- Miałyśmy już przyjemność się poznać - gospodarz spokojnie pozwoliła rektorowi wymienić wszystkie swoje nazwiska i tytuły.
WWWTo zaskoczyło Crowa. W swojej opowieści wiedźma nie wspomniała o Agendzie. Nastąpiła krótka wymiana grzeczności, lecz nim rozmowę udało się ściągnąć na temat Urzu Satsuki głęboko westchnęła.
WWW- Czy dobrze się pani czuje? – zapytał Crow. – Wygląda pani na zmęczoną.
WWW- Ależ skąd – skłamała Satsuki – do Khartum co prawda długa droga, ale zdążyłam wypocząć po podróży. Czeka mnie dziś jeszcze wiele obowiązków i miło zamienić kilka słów na lżejsze tematy.
WWWSama przed sobą agentka musiała jednak przyznać, że czuje się niemrawo. Połknięcie kryształu mogło nie być najlepszym pomysłem. W początkowej fazie Stabilinum przywróciło ją do prawdopodobnego, materialnego stanu. Teraz jednak substancja równała Mazoku do standardów Coddar, co oznaczało stopniowe odcinanie Satsuki od słabo powiązanego z tym światem astrala. Proces był powolny, ale zdecydowanie odczuwalny. Zmiany najwyraźniej były widoczne również na zewnątrz, gdyż rektor uprzejmie zakończył rozmowę, kłaniając się nisko i całując ją w dłoń.
WWW- Dajmy jej chwilę na dojście do siebie – szepnął Crow do swojej towarzyszki.
WWWNim Nona została przedstawiona wszystkim liczącym się osobom obecnym na sali, minęły przynajmniej dwie godziny.
WWW- Pozwolisz, moja droga – mężczyzna był już odrobinę zmęczony i jego formy grzecznościowe zaczynały wykraczać poza protokół – że zostawię Cię na trochę w towarzystwie Maczera.
WWWJeśli na sali była jedna osoba, z którą nie obawiał się zostawić młodej wiedźmy, to był to właśnie zbrukany.
WWW- Ja w tym czasie spróbuję dowiedzieć się czegoś więcej o Twoim dziadku.
WWWRektor powrócił do dziewczyny dopiero po dłuższym czasie. Podał jej rękę, uśmiechając się szarmancko.
WWW- Zatańczymy ?
WWWZaraz po pierwszym obrocie szeptem odezwał się do dziewczyny.
WWW- Wygląda na to, że pewna organizacja próbuje uzyskać okup za kogoś, kto opisem przypomina twojego Dziadka – Crow pewnie prowadził dziewczynę po parkiecie, wymijając taktownie kolejne pary. Nie mógł nie zauważyć, że Nona posiadała świetne wyczucie rytmu. – Jeśli plotki są prawdziwe – kontynuował – i Urzu wpadł w konflikt z mafią Borygomosa, to obawiam się, że pomoc, którą może Ci udzielić akademia, będzie mocno ograniczona. Borygomos, według doniesień straży miejskiej, jest sojusznikiem Raflika, a w stosunku do obecnych na planecie organizacji akademia zachowuje neutralność.
WWWUtwór powoli dobiegł końca, a orkiestra zbierała się na przerwę, więc tancerze ukłonili się sobie i ruszyli z powrotem w kierunku stolików.
WWW- Swoją drogą – kończył myśl z parkietu Crow – sam Raflik powinien być na tym balu, ale nie widziałem go do tej pory – rozejrzał się jeszcze raz po sali w poszukiwaniu charakterystycznej, niebieskiej czupryny – A może Ty dowiedziałaś się czegoś więcej?
Teoria Wzrostu
Re: Teoria Wzrostu
Dwudziesty pierwszy dzień , poniedziałek, Khartum
Było coś przed siódmą rano. Cyris ziewając pchnęła główne drzwi do nowego budynku Psiej Ligi. Wnętrze prezentowało się niesamowicie. Obszerny hol udekorowany stylowo, ale jednocześnie w pełni ergonomiczny dla gości biznesowych. Trochę naprzeciwko spostrzegła złocistowłosą Arrain Volage, która przysiadła na z dwoma osobami przy okrągłym biurku recepcji i wsłuchiwała się w radio. Ta ujrzawszy studentkę przywołała ją kiwnięciem ręki i pogłośniła odbiornik.
„Who's gonna fight for what's right?
Who's gonna help us survive?
We're in the fight of our lives (And we're not ready to die)
Who's gona fight for the weak?
Who's gonna make 'em believe?
I've got a hero (I've got a hero)
Living in me
I'm gonna fight for what's right
Today I'm speaking my mind
And if it kills me tonight (I will be ready to die)
A hero's not afraid to give his life
A hero's gonna save me just in time”
„Tu 24 rock Fm, właśnie słyszeliśmy jeden z wczorajszych przebojów Thirthy Clicks.” – dobiegł głos prowadzącego- „Wiem, że tak jak ja żyjecie wczorajszym koncertem, a jeśli jeszcze nie wiecie, to warto odwiedzić facebooka Psiej Ligi. Ruszył konkurs „Not a superheroman”. Należy w ciągu najbliższego miesiąca zrobić pięć rzeczy, które poprawią życie na Coddar i przesłać ich listę do organizacji. W głosowaniu zostaną wybrane najlepsze pomysły i dla pięciu zwycięzców Psia Liga oraz pozostali sponsorzy mają sumki warte dobremu penthouse-owi w Khartum. Arrain Volage zapytania o cel akcji, stwierdziła, że chce udowodnić, jak łatwo można pomóc sobie i innym, a dodatkowo chce, aby te pieniądze trafiły do osób, które może będą umiały je lepiej wydać. Tak więc wejdzie na stronę i dołóżcie się do sprawy. Bądźmy iskrą.”
- Świetny pomysł Cyris tym follow upem. - Negocjatorka wcisnęła wyłącznik – masz ciuchy? Przebieraj się idziemy do parku.
- Ale co z rana? Ale ja… - studentka znów ziewnęła.
- Nie marudź trochę tai chi Cię rozbudzi.
Pięć minut później obydwie dziewczyn rozgrzewały kończyny w świetle porannego słońca.
- Czemu to robimy? – zapytała Cyris. Dotąd natłok spraw nie pozwalał jej zająć się sobą. Think tank, uczelnia, języki.
- Ciało jest świątynią umysłu, jeśli chcesz sprawnie myśleć musisz również dbać o kondycję. Wyobraź sobie, jak zwykły ból zęba może zmieniać zachowania ludzkie. Teraz równych wydech - dłonie Arrain zaczęły krążył, jakby trzymając niewidzialną kulę w ręku – nie macie problemów z forum.
-Idzie wolniej niż bym chciała, ale trzeba myślę, że będziemy mogli otworzyć pierwszą część pod koniec tygodnia, obdzwoniliśmy parę organizacji, są chętni – odparła Cyris powtarzając ruchy jej coacha – Arrain?
- Tak?
- Rozumiem wspieranie wolności słowa, ale czy jest coś za tym otwarcie teatru?
- Bystra jesteś, to jest nasz backup. Radę można ogłupić, szantażować lub kupić, ale tak naprawdę ich pozycja zależy od tego, co myślą ludzie i jeśli pewnego dnia ktoś wpłynie przywódców my będziemy mogli mówić bezpośrednio do ludu – złotowłosa sięgnęła do leżącego na ziemi czerwonego pokrowca i wyciągnęła z niego dwa krótkie miecz- łap.
- Nie warto było pójść na bal po?
- Rozmawiałam z przedstawicielami rady. Podobno było w porządku, ale sztywno. Między wierszami bali się. Ciężko jest się dobrze bawić na balu z członkami agendy. Boisz się, że podsłuchują, że każde złe słowo lub ruch będzie później wykorzystany przeciwko Tobie, a rada i arystokracja mają sporo do stracenia. To są inteligentni ludzie. Więc uważasz, alkohol przestaje smakować, a dziewczyny już nie są takie ładne. Wymieniasz więc uprzejmości za maską uśmiechu. To nie jest atmosfera do nawiązywania głębszych nieformalnych kontaktów. Równie dobrze mogłyby tam stać manekiny.
Przez chwilę ćwiczyły w ciszy.
- Cyris jesteś wybitna - zaczęła Arrain – dlatego zaczniemy dzisiaj od podstawy, było dwóch założycieli Psiej Ligi, dyskutowali długo nad nazwą, ale wiesz czemu w końcu lord Windukind zdecydował się przyjąć właśnie taką?
- Ciężko mi powiedzieć jest trochę dziwna…
- Ponieważ noszą taką nazwę będziemy przypominać sobie o pokorze. O tym, że nie ma głupich ludzi, nie ma rzeczy bezsensownych, a wszystko ma swój powód, tylko należy go odnaleźć. Zrzeszamy sporo wybitnych postaci, różnie myślących, czasem w nieortodoksyjny sposób i między innymi ja wciąż o tym zapominam, póki nie zerknę na nasze logo i nazwę. Tak właśnie zacztna się droga Psiej Ligi.
Było coś przed siódmą rano. Cyris ziewając pchnęła główne drzwi do nowego budynku Psiej Ligi. Wnętrze prezentowało się niesamowicie. Obszerny hol udekorowany stylowo, ale jednocześnie w pełni ergonomiczny dla gości biznesowych. Trochę naprzeciwko spostrzegła złocistowłosą Arrain Volage, która przysiadła na z dwoma osobami przy okrągłym biurku recepcji i wsłuchiwała się w radio. Ta ujrzawszy studentkę przywołała ją kiwnięciem ręki i pogłośniła odbiornik.
„Who's gonna fight for what's right?
Who's gonna help us survive?
We're in the fight of our lives (And we're not ready to die)
Who's gona fight for the weak?
Who's gonna make 'em believe?
I've got a hero (I've got a hero)
Living in me
I'm gonna fight for what's right
Today I'm speaking my mind
And if it kills me tonight (I will be ready to die)
A hero's not afraid to give his life
A hero's gonna save me just in time”
„Tu 24 rock Fm, właśnie słyszeliśmy jeden z wczorajszych przebojów Thirthy Clicks.” – dobiegł głos prowadzącego- „Wiem, że tak jak ja żyjecie wczorajszym koncertem, a jeśli jeszcze nie wiecie, to warto odwiedzić facebooka Psiej Ligi. Ruszył konkurs „Not a superheroman”. Należy w ciągu najbliższego miesiąca zrobić pięć rzeczy, które poprawią życie na Coddar i przesłać ich listę do organizacji. W głosowaniu zostaną wybrane najlepsze pomysły i dla pięciu zwycięzców Psia Liga oraz pozostali sponsorzy mają sumki warte dobremu penthouse-owi w Khartum. Arrain Volage zapytania o cel akcji, stwierdziła, że chce udowodnić, jak łatwo można pomóc sobie i innym, a dodatkowo chce, aby te pieniądze trafiły do osób, które może będą umiały je lepiej wydać. Tak więc wejdzie na stronę i dołóżcie się do sprawy. Bądźmy iskrą.”
- Świetny pomysł Cyris tym follow upem. - Negocjatorka wcisnęła wyłącznik – masz ciuchy? Przebieraj się idziemy do parku.
- Ale co z rana? Ale ja… - studentka znów ziewnęła.
- Nie marudź trochę tai chi Cię rozbudzi.
Pięć minut później obydwie dziewczyn rozgrzewały kończyny w świetle porannego słońca.
- Czemu to robimy? – zapytała Cyris. Dotąd natłok spraw nie pozwalał jej zająć się sobą. Think tank, uczelnia, języki.
- Ciało jest świątynią umysłu, jeśli chcesz sprawnie myśleć musisz również dbać o kondycję. Wyobraź sobie, jak zwykły ból zęba może zmieniać zachowania ludzkie. Teraz równych wydech - dłonie Arrain zaczęły krążył, jakby trzymając niewidzialną kulę w ręku – nie macie problemów z forum.
-Idzie wolniej niż bym chciała, ale trzeba myślę, że będziemy mogli otworzyć pierwszą część pod koniec tygodnia, obdzwoniliśmy parę organizacji, są chętni – odparła Cyris powtarzając ruchy jej coacha – Arrain?
- Tak?
- Rozumiem wspieranie wolności słowa, ale czy jest coś za tym otwarcie teatru?
- Bystra jesteś, to jest nasz backup. Radę można ogłupić, szantażować lub kupić, ale tak naprawdę ich pozycja zależy od tego, co myślą ludzie i jeśli pewnego dnia ktoś wpłynie przywódców my będziemy mogli mówić bezpośrednio do ludu – złotowłosa sięgnęła do leżącego na ziemi czerwonego pokrowca i wyciągnęła z niego dwa krótkie miecz- łap.
- Nie warto było pójść na bal po?
- Rozmawiałam z przedstawicielami rady. Podobno było w porządku, ale sztywno. Między wierszami bali się. Ciężko jest się dobrze bawić na balu z członkami agendy. Boisz się, że podsłuchują, że każde złe słowo lub ruch będzie później wykorzystany przeciwko Tobie, a rada i arystokracja mają sporo do stracenia. To są inteligentni ludzie. Więc uważasz, alkohol przestaje smakować, a dziewczyny już nie są takie ładne. Wymieniasz więc uprzejmości za maską uśmiechu. To nie jest atmosfera do nawiązywania głębszych nieformalnych kontaktów. Równie dobrze mogłyby tam stać manekiny.
Przez chwilę ćwiczyły w ciszy.
- Cyris jesteś wybitna - zaczęła Arrain – dlatego zaczniemy dzisiaj od podstawy, było dwóch założycieli Psiej Ligi, dyskutowali długo nad nazwą, ale wiesz czemu w końcu lord Windukind zdecydował się przyjąć właśnie taką?
- Ciężko mi powiedzieć jest trochę dziwna…
- Ponieważ noszą taką nazwę będziemy przypominać sobie o pokorze. O tym, że nie ma głupich ludzi, nie ma rzeczy bezsensownych, a wszystko ma swój powód, tylko należy go odnaleźć. Zrzeszamy sporo wybitnych postaci, różnie myślących, czasem w nieortodoksyjny sposób i między innymi ja wciąż o tym zapominam, póki nie zerknę na nasze logo i nazwę. Tak właśnie zacztna się droga Psiej Ligi.
We do not sow
Oh, the places you will go! There is fun to be done. There are points to be scored. There are games to be won.
Oh, the places you will go! There is fun to be done. There are points to be scored. There are games to be won.
- Xellas
- Posts: 313
- Joined: Sun Jan 04, 2009 12:23 am
- Location: Gdańsk - tu gdzie smoki chodzą koło Fontanny Neptuna
Re: Teoria Wzrostu
Xellas obserwowała fortecę gangsterów cały dzień. Wejście do środka nie było łatwe. Zmiany wartowników odbywały się co godzinę z zegarkiem w ręku, tak przypuszczała, ponieważ zegarka nie posiadała.
Nikt stamtąd nie wychodził i nikt nie wchodził. Wartownicy z nudów co jakiś czas strzelali do jaszczurek czy węży, które niefartownie się tam zaplątały. Zresztą i tych nie było zbyt wiele, widać i one wiedziały, że to miejsce się omija.
Po nocnym polowaniu miała jeszcze mnóstwo energii, ostatecznie siedziała i nic nie robiła. Oceniała sytuacje i czekała do wieczora. Kiedy tylko noc zapadła na tyle, aby zrobiło się ciemno ruszyła do akcji.
Tej nocy jeszcze nie było pełni, ale i tak było okropnie jasno. Na szczęście poruszała się bardzo szybko, a w nocy widziała dużo lepiej niż człowiek w dzień. Sprzyjała jej też lekka mgła, która wzeszła, po upalnym dniu.
Tylko jedno wejście było możliwe. Forteca choć przypominała zwartą bryłę z oknami w których wystawali wartownicy. Pomiędzy dachem, a ścianą miała nieduży pasek kratek wentylacyjnych. Chociaż były ich dużo i ustawione blisko siebie, nie nadawały się do przeciśnięcia dla człowieka - była na nich druciana siatka. Oczywiście dla człowieka to był problem, ale nie dla wampirzycy.
Żeby nie marnować energii podbiegła do fortecy unikając losowo podążających słupów światła z reflektorów. Uderzyła w ścianę. Metalowe wzmocnienie jęknęło, odskoczyła z miejsca zanim światła padły na tę stronę. Dobra taktyka, taki nagły błysk mógł skutecznie zatrzymać przeciwnika.
- Co to kurwa było?
- Uspokój się to pewnie pieprzony nietoperz, co chwile się odbijają.
- To nie brzmiało jak nietoperz!
- A widzisz tu co innego?
Światła skupiły się na dole przeszukując teren pod ścianami. Ale te kilka chwil wystarczyło, żeby Xellas wykonała swój popisowy numer, zmieniła się w mgłę i niezauważona, przez strażników przefrunęła przez kratkę.
Wylała się po drugiej stronie i od razu zmaterializowała na stropie. Energii nigdy nie wolno marnować. Zresztą czuła, że tutaj coś jest nie tak, może i oni mają te paskudne kryształy?
Nie ważne w tej chwili. Teraz trudniejsze zadanie, znalezienie Ehrena. Ona była na górze fortecy, a więźniów zwyczaj każe trzymać w lochach.
W zasadzie mogłaby przejść po trupach, ale może okazałoby się, że nawiążą sojusz, albo ci tutaj okazaliby się przydatni. Albo może można ich wykorzystać? Nie wolno tak od razu zabijać, bez sensu. Cholera, że też nie czytała tych piekielnych raportów!
Wtedy wyczuła coś. Emocje, które towarzyszą bardzo konkretnym uczuciom. Mieszanina specyficznego strachu, obrzydzenia i wściekłości. Gdyby astral był dostępny, wiedziałaby nawet do kogo należą. Tutaj czuła je, tylko dlatego, że były bardzo intensywne. Była tego pewna, bo dookoła nie było czuć innych emocji, za to zapachy, które docierały do jej nozdrzy mówiły, że stanowczo za dużo tu samotnych mężczyzn. No cóż, wyczulone zmysły mają też wady...
Cichutko zeskoczyła na podłogę i podążyła w kierunku źródła uczuć. Zabłądziła raz, niestety ciężko jest podążać za tak wątłym śladem, kiedy z każdej strony bombardowana była tyloma innymi, zasłoniła nos.
Korytarz najwyraźniej prowadził do sypialni, ponieważ z pomieszczeń było słychać, albo chrapanie, pojękiwanie i skrzypienie łóżek, w dowolnej kombinacji.
Wtedy doszła do czegoś co można nazwać głównych holem. Były tam, też schody, a jedna odnoga prowadząca z nich była strzeżona, chociaż strażnicy prawie spali, czuć było od nich alkohol, jak od całej tej zgrai. Ale bingo! To stamtąd było czuć emocje. Zmieniła stan w mgłę, ale zaraz wróciła do poprzedniego. Coś ją blokowało. Postanowiła zagrać va bank. Podbiegła do nich, swoim tempem, a kiedy poczuli na twarzach zefirek, zwyczajnie stuknęła ich głowami o siebie. Ciche *pyk* sugerowało, że nie rozbiła im głów. Weszła do pokoju, w którym nie czuła nikogo innego.
Pierwszy pokój był czymś co pewnie miało być biurem, za nim były drugie drzwi i to do nich od razu się skierowała. Była to sypialnia, z wielkim łożem z kolumienkami i całą gamą zabawek, których nie powstydziłby się żaden tentacl. Poza tym kolekcja broni od białej do palnej, sztang, resztki srebrzyście błyszczącego proszku na biurku. Wielkie lustro, zarówno na ścianie, jak i suficie, z sufitu zwisały haki z łańcuchami i sznurami. A na ziemi stał kozioł gimnastyczny. Na podłodze było widać zaschnięte ślady krwi.
Przy jednej ze ścian, przykuty na kolanach siedział Ehren.
- Na LoN! Ehren! Co z Tobą? - wzięła jego zmęczoną twarz w dłonie, przyklęknęła obok. Może jednak źle zrobiła, że czekała cały dzień? Wyglądał jakby ucieszył się na jej widok.
- ...ecz... - szepnął
Chciała zerwać łańcuch, którym był przykuty do ściany, ale on potrząsnął tylko gwałtownie głową.
- Miecz, przynieś mój miecz!
- Zgłupiałeś! Zabieram Cię stąd!
- Nie, zostaw. Przynieś mój miecz jest ukryty, na zewnąt...
- Ale co z Tob...
- Daję radę, przynieś go! Potrzebuję go! Jest w... - nachyliła się do niego by usłyszeć
- Dobrze - wstała z wahaniem - Wrócę, jestem tu cały czas, jeśli krzykniesz rozniosę tę budę.
- Wiem - uśmiechnął się złośliwie - Muszę go mieć jak najszybciej.
Znalezienie wyjścia nie trwało długo. Tym razem nie oszczędzała na energii, biegła, co chwilę zmieniając stan - nie mogła utrzymać mgły na stałe, ale i tak przyspieszyło to wyjście.
Kiedy była już na zewnątrz z dala od fortecy, poczuła głód.
- Miecz, miecz. A skąd ja mam wiedzieć, gdzieś Ty go ukrył - użyła mocy jeszcze raz przeszukując najbliższą okolicę. Nic. Pobiegła głębiej w las w miejsce, gdzie wcześniej znalazła miejsce bitwy. Ciągle nic. Jego określenie miejsca było niedokładne.
W międzyczasie rozejrzała się za jedzeniem. Kolejne miejsce, gdzie dużej zwierzyny nie było...nienawidziła smaku borsukożab, ale nic lepszego tu nie ma, a to paskudztwo żyło nawet w najgorszych warunkach.
-Hmm gdybym była zdradzającym dupkiem, to gdzie bym schowała swój miecz... ciekawe, o który chodzi...
Nikt stamtąd nie wychodził i nikt nie wchodził. Wartownicy z nudów co jakiś czas strzelali do jaszczurek czy węży, które niefartownie się tam zaplątały. Zresztą i tych nie było zbyt wiele, widać i one wiedziały, że to miejsce się omija.
Po nocnym polowaniu miała jeszcze mnóstwo energii, ostatecznie siedziała i nic nie robiła. Oceniała sytuacje i czekała do wieczora. Kiedy tylko noc zapadła na tyle, aby zrobiło się ciemno ruszyła do akcji.
Tej nocy jeszcze nie było pełni, ale i tak było okropnie jasno. Na szczęście poruszała się bardzo szybko, a w nocy widziała dużo lepiej niż człowiek w dzień. Sprzyjała jej też lekka mgła, która wzeszła, po upalnym dniu.
Tylko jedno wejście było możliwe. Forteca choć przypominała zwartą bryłę z oknami w których wystawali wartownicy. Pomiędzy dachem, a ścianą miała nieduży pasek kratek wentylacyjnych. Chociaż były ich dużo i ustawione blisko siebie, nie nadawały się do przeciśnięcia dla człowieka - była na nich druciana siatka. Oczywiście dla człowieka to był problem, ale nie dla wampirzycy.
Żeby nie marnować energii podbiegła do fortecy unikając losowo podążających słupów światła z reflektorów. Uderzyła w ścianę. Metalowe wzmocnienie jęknęło, odskoczyła z miejsca zanim światła padły na tę stronę. Dobra taktyka, taki nagły błysk mógł skutecznie zatrzymać przeciwnika.
- Co to kurwa było?
- Uspokój się to pewnie pieprzony nietoperz, co chwile się odbijają.
- To nie brzmiało jak nietoperz!
- A widzisz tu co innego?
Światła skupiły się na dole przeszukując teren pod ścianami. Ale te kilka chwil wystarczyło, żeby Xellas wykonała swój popisowy numer, zmieniła się w mgłę i niezauważona, przez strażników przefrunęła przez kratkę.
Wylała się po drugiej stronie i od razu zmaterializowała na stropie. Energii nigdy nie wolno marnować. Zresztą czuła, że tutaj coś jest nie tak, może i oni mają te paskudne kryształy?
Nie ważne w tej chwili. Teraz trudniejsze zadanie, znalezienie Ehrena. Ona była na górze fortecy, a więźniów zwyczaj każe trzymać w lochach.
W zasadzie mogłaby przejść po trupach, ale może okazałoby się, że nawiążą sojusz, albo ci tutaj okazaliby się przydatni. Albo może można ich wykorzystać? Nie wolno tak od razu zabijać, bez sensu. Cholera, że też nie czytała tych piekielnych raportów!
Wtedy wyczuła coś. Emocje, które towarzyszą bardzo konkretnym uczuciom. Mieszanina specyficznego strachu, obrzydzenia i wściekłości. Gdyby astral był dostępny, wiedziałaby nawet do kogo należą. Tutaj czuła je, tylko dlatego, że były bardzo intensywne. Była tego pewna, bo dookoła nie było czuć innych emocji, za to zapachy, które docierały do jej nozdrzy mówiły, że stanowczo za dużo tu samotnych mężczyzn. No cóż, wyczulone zmysły mają też wady...
Cichutko zeskoczyła na podłogę i podążyła w kierunku źródła uczuć. Zabłądziła raz, niestety ciężko jest podążać za tak wątłym śladem, kiedy z każdej strony bombardowana była tyloma innymi, zasłoniła nos.
Korytarz najwyraźniej prowadził do sypialni, ponieważ z pomieszczeń było słychać, albo chrapanie, pojękiwanie i skrzypienie łóżek, w dowolnej kombinacji.
Wtedy doszła do czegoś co można nazwać głównych holem. Były tam, też schody, a jedna odnoga prowadząca z nich była strzeżona, chociaż strażnicy prawie spali, czuć było od nich alkohol, jak od całej tej zgrai. Ale bingo! To stamtąd było czuć emocje. Zmieniła stan w mgłę, ale zaraz wróciła do poprzedniego. Coś ją blokowało. Postanowiła zagrać va bank. Podbiegła do nich, swoim tempem, a kiedy poczuli na twarzach zefirek, zwyczajnie stuknęła ich głowami o siebie. Ciche *pyk* sugerowało, że nie rozbiła im głów. Weszła do pokoju, w którym nie czuła nikogo innego.
Pierwszy pokój był czymś co pewnie miało być biurem, za nim były drugie drzwi i to do nich od razu się skierowała. Była to sypialnia, z wielkim łożem z kolumienkami i całą gamą zabawek, których nie powstydziłby się żaden tentacl. Poza tym kolekcja broni od białej do palnej, sztang, resztki srebrzyście błyszczącego proszku na biurku. Wielkie lustro, zarówno na ścianie, jak i suficie, z sufitu zwisały haki z łańcuchami i sznurami. A na ziemi stał kozioł gimnastyczny. Na podłodze było widać zaschnięte ślady krwi.
Przy jednej ze ścian, przykuty na kolanach siedział Ehren.
- Na LoN! Ehren! Co z Tobą? - wzięła jego zmęczoną twarz w dłonie, przyklęknęła obok. Może jednak źle zrobiła, że czekała cały dzień? Wyglądał jakby ucieszył się na jej widok.
- ...ecz... - szepnął
Chciała zerwać łańcuch, którym był przykuty do ściany, ale on potrząsnął tylko gwałtownie głową.
- Miecz, przynieś mój miecz!
- Zgłupiałeś! Zabieram Cię stąd!
- Nie, zostaw. Przynieś mój miecz jest ukryty, na zewnąt...
- Ale co z Tob...
- Daję radę, przynieś go! Potrzebuję go! Jest w... - nachyliła się do niego by usłyszeć
- Dobrze - wstała z wahaniem - Wrócę, jestem tu cały czas, jeśli krzykniesz rozniosę tę budę.
- Wiem - uśmiechnął się złośliwie - Muszę go mieć jak najszybciej.
Znalezienie wyjścia nie trwało długo. Tym razem nie oszczędzała na energii, biegła, co chwilę zmieniając stan - nie mogła utrzymać mgły na stałe, ale i tak przyspieszyło to wyjście.
Kiedy była już na zewnątrz z dala od fortecy, poczuła głód.
- Miecz, miecz. A skąd ja mam wiedzieć, gdzieś Ty go ukrył - użyła mocy jeszcze raz przeszukując najbliższą okolicę. Nic. Pobiegła głębiej w las w miejsce, gdzie wcześniej znalazła miejsce bitwy. Ciągle nic. Jego określenie miejsca było niedokładne.
W międzyczasie rozejrzała się za jedzeniem. Kolejne miejsce, gdzie dużej zwierzyny nie było...nienawidziła smaku borsukożab, ale nic lepszego tu nie ma, a to paskudztwo żyło nawet w najgorszych warunkach.
-Hmm gdybym była zdradzającym dupkiem, to gdzie bym schowała swój miecz... ciekawe, o który chodzi...
"Oh Xellas, bo przy Tobie nie idzie patrzeć na cycki, kiedy trzeba całą uwagę skupić na Twoich rękach i na tym, co aktualnie w nich trzymasz"
Satsuki
"To nie zjazdy robia sie do dupy. To wy normalniejecie na starość."
Korm
Satsuki
"To nie zjazdy robia sie do dupy. To wy normalniejecie na starość."
Korm
Re: Teoria Wzrostu
WWWWW czasie zaspokajania głodu, nawet czymś tak paskudnym jak borsukożaby, Xellas miała okazję na chwilę zadumy.
WWWW- … ciekawe, o który chodzi – zastanawiała się wampirzyca. Urzu nie sprecyzował, które ostrze z jego bogatej kolekcji stało się mu nagle niezbędne.
WWWWZaczęła odświeżać pamięć, wspominając dość długi czas spędzony z Ehrenem na Coddar. Czy ktokolwiek widział, żeby ‘zdecydowanie samiec’ miał przy sobie jakiś miecz? Nie. Czy, kiedy uciekał z obozowiska ZCM, zabrał ze sobą coś do tramplera? Też nie. Miecz musiał być czymś zdobytym już na powierzchni planety. Może ukradł go w jakiejś wiosce, tak jak motor. Pytanie, czy półprzytomny Urzu wysłałby ją po kawał bezwartościowej stali, czy z czego mieszkańcy Coddar kuli oręż? Odpowiedź po raz trzeci brzmiała ‘nie’.
WWWWXellas podeszła do problemu z innej strony. Jaki miecz Ehren mógłby cenić ponad wizję natychmiastowego uwolnienia z sali tortur Borygomosa? Tu przynależność do Agendy okazała się przydatna i wampirzyca domyślała się, że szuka Łamacza Zaklęć. Nie czytała wszystkich akt dokładnie, ale grafika nad stosunkowo krótkim opisem w jednej z teczek zapadła jej w pamięć. Musiała więc postawić sobie czwarte pytanie – czy to możliwe, że od przybycia na Coddar, Urzu targał za sobą stopięćdziesięciokilowe potężne ostrze, negujące działanie magii w promieniu pięciu metrów i nikt z licznie towarzyszących mu osób tego nie zauważył? Na to ostatnie pytanie odpowiedź również brzmiała – ‘nie’.
WWWWKonkluzja była prosta. Urzu był mniej przytomny, niż jej się wydawało i pomylił nie tylko miejsce, ale i świat, w którym ukryty jest miecz. Chyba, że miał inne plany, związane z pobytem u Borygomosa i chciał się jej tylko pozbyć, ale w to wampirzyca wątpiła.
WWWW- … ciekawe, o który chodzi – zastanawiała się wampirzyca. Urzu nie sprecyzował, które ostrze z jego bogatej kolekcji stało się mu nagle niezbędne.
WWWWZaczęła odświeżać pamięć, wspominając dość długi czas spędzony z Ehrenem na Coddar. Czy ktokolwiek widział, żeby ‘zdecydowanie samiec’ miał przy sobie jakiś miecz? Nie. Czy, kiedy uciekał z obozowiska ZCM, zabrał ze sobą coś do tramplera? Też nie. Miecz musiał być czymś zdobytym już na powierzchni planety. Może ukradł go w jakiejś wiosce, tak jak motor. Pytanie, czy półprzytomny Urzu wysłałby ją po kawał bezwartościowej stali, czy z czego mieszkańcy Coddar kuli oręż? Odpowiedź po raz trzeci brzmiała ‘nie’.
WWWWXellas podeszła do problemu z innej strony. Jaki miecz Ehren mógłby cenić ponad wizję natychmiastowego uwolnienia z sali tortur Borygomosa? Tu przynależność do Agendy okazała się przydatna i wampirzyca domyślała się, że szuka Łamacza Zaklęć. Nie czytała wszystkich akt dokładnie, ale grafika nad stosunkowo krótkim opisem w jednej z teczek zapadła jej w pamięć. Musiała więc postawić sobie czwarte pytanie – czy to możliwe, że od przybycia na Coddar, Urzu targał za sobą stopięćdziesięciokilowe potężne ostrze, negujące działanie magii w promieniu pięciu metrów i nikt z licznie towarzyszących mu osób tego nie zauważył? Na to ostatnie pytanie odpowiedź również brzmiała – ‘nie’.
WWWWKonkluzja była prosta. Urzu był mniej przytomny, niż jej się wydawało i pomylił nie tylko miejsce, ale i świat, w którym ukryty jest miecz. Chyba, że miał inne plany, związane z pobytem u Borygomosa i chciał się jej tylko pozbyć, ale w to wampirzyca wątpiła.
Re: Teoria Wzrostu
- Nie, ja... nic mi nie wiadomo. Zawsze można wykorzystać to, że mało kto tu mnie zna. Poczekam, posłucham., Albo - dodała wiedźma po chwili zastanowienia - puścimy na zwiady Hektora!
- Kogo? - zapytał rektor i w tym samym momencie gdzies z pomiędzy włosów wiedźmy wyszedł biały szczur.
Rektororowi nie udało ukryć się ukryć zaskoczenia, zwłąszcza, ze zwierze miało na nosie dopasowane do siebie, małe okulary.
- No co? - spytał Hektor zezując czerwonymi oczami na Crowa.
Mężczyzna chrząknął.
- Wiesz co robić? - spytała wiedźma szczura.
- Wiem - odpowiedział krótko i skoczył, znikajac w tłumie.
Nona wzruszyła ramionami i uśmiechnęła sie do rektora. Wtedy poczułą lekkie dotknięcie na ramieniu.
- Mogę prosić do tańca?
- Kogo? - zapytał rektor i w tym samym momencie gdzies z pomiędzy włosów wiedźmy wyszedł biały szczur.
Rektororowi nie udało ukryć się ukryć zaskoczenia, zwłąszcza, ze zwierze miało na nosie dopasowane do siebie, małe okulary.
- No co? - spytał Hektor zezując czerwonymi oczami na Crowa.
Mężczyzna chrząknął.
- Wiesz co robić? - spytała wiedźma szczura.
- Wiem - odpowiedział krótko i skoczył, znikajac w tłumie.
Nona wzruszyła ramionami i uśmiechnęła sie do rektora. Wtedy poczułą lekkie dotknięcie na ramieniu.
- Mogę prosić do tańca?
Do you ever get tired of being random?
Re: Teoria Wzrostu
Ehren usmiechnął się do siebie spod zasłony włosów opadających na twarz.
Jeszcze trochę. Nieco więcej czasu. Tylko tego potrzebował.
Od kiedy rozebrali go do rosołu głos w jego głowie zamilkł. Sugestia, którą pozostawił jednak pozostała.
Jeszcze chwilę.
Jeszcze malutką chwilę...
Jeszcze trochę. Nieco więcej czasu. Tylko tego potrzebował.
Od kiedy rozebrali go do rosołu głos w jego głowie zamilkł. Sugestia, którą pozostawił jednak pozostała.
Jeszcze chwilę.
Jeszcze malutką chwilę...
My soul is still the same
But it has many names
But it has many names
- Xellas
- Posts: 313
- Joined: Sun Jan 04, 2009 12:23 am
- Location: Gdańsk - tu gdzie smoki chodzą koło Fontanny Neptuna
Re: Teoria Wzrostu
(Dzień 17)
- No wiesz tak wyszło - nerwowo zaśmiała się dziewczyna.
- Ale jak to? Wszystkie? - Minea nie wierzyła własnym uszom - Kiedy? Jak?
- Allein drapała się już w zeszłym tygodniu, ale nikt nie przypuszczał, że to może być to. Wiesz jaka ona jest.
- No, ale reszta!?! - warknęła groźnie
- Tiffy czuła pieczenie od kilku dni, mówi, że góra czterech! A Lutka nie chce się przyznać kiedy się zaczęło. Wszystkie to mamy, tzn wszystkie, które były przez ostatni tydzień w bazie, wiesz jakie to zaraźliwe jest - jęknęła żałośnie - Tiffy mówi, że chyba trzeba by poinformować Twoich gości. Zwłaszcza tego czarnego, całą noc szaleli, a on totalnie odjechał po narkotyku.
Minea westchnęła głęboko i oparła czoło na dłoni. Tylko tego jej brakowało. Grzybica.
*****
( Dzień 19)
Młody chłopak wszedł do namiotu, niosąc pudło po brzegi wypełnione dokumentami. Postawił lampę naftową na wolnym kawałku stołu. Następnie zaczął rozkładać i segregować papiery. Gruby plik dokumentów, który był na stole przesunął na bok. Pan Demuslim zakazał ich ruszać, podobno to były bardzo ważne dokumenty od pana Kurta. Pan Demuslim miał je przejrzeć jeszcze tego samego wieczora.
Kiedy skończył układanie, poszedł po drugie pudło jeszcze pełniejsze. Niestety gdy doszedł do stołu, zdarzył się wypadek - poczuł swędzenie w nosie i gwałtownie kichnął! Ruch, który wstrząsnął jego ciałem spowodował, że z kartonu wypadły teczki przewracając lampę, z której wylała się nafta.
W ciągu krótkiej chwili cały stół stanął w płomieniach. Chłopak przestraszył się i z całkowicie ludzką reakcją odskoczył z krzykiem w bok.
Pech chciał, że wybrał stronę ściany. Pod nią zaś ustawiony był drewniany regał z jakimiś fiolkami. Po uderzeniu weń przez chłopaka cały regał się zachwiał i runął wprost na stół.
Całe to wydarzenie trwało zaledwie 10 sekund. Jednak kiedy regał upadł, wylała się zawartość flaszek. Wtedy ogień buchnął, na dobre pożerając zawartość wszystkich dokumentów.
W tym momencie chłopakowi przypomniały się w końcu zasady BHP. Rozejrzał się, ale gaśnicy nie było! A w każdym razie nie widział jej w ogólnym bałaganie (oczywiście kontrolowanym wiadomo, że w takiej bazie, nie będzie idealnego porządku ze względu na to, że to centrum dowodzenia). Wybiegł potykając się o własne nogi i zaczął krzyczeć.
- Pożar!
Reakcja była błyskawiczna. W zasadzie w ciągu kilku minut, zaczęto gasić pożar.
*****
(Dzień 21)
Orkadis było drugim największym miastem na Coddar. Znajdowało się na środku kontynentu Wschodniego. Było znacznie mniejsze od Khartum, ilość mieszkańców wahała się w okolicach dwóch milionów. Praktycznie nie było tam wieżowców, mieszkańcy najwyraźniej cenili sobie przytulniejsze budynki. Było też bardzo zielone. Dookoła z każdej strony otaczała je puszcza, a i w samym mieście nie było zbyt wiele miejsc pozbawionych roślinności. Miasto od puszczy oddzielone było oczywiście wysokim murem. Był on zbudowany z białego kamienia, tak jak wszystkie budynki. Mur miał je bardziej bronić przed dzikimi zwierzętami niż ludźmi, chociaż wartowników na nim nie brakowało.
Na wschodnim kontynencie nie znajdywano kryształów, a wszystkie ośrodki ich obróbki i tak znajdowały się w Khartum więc jako takie, miasto było bezużyteczne dla mieszkańców Coddar.
Orkadis nie miało zbyt wielu kontaktów handlowych z Khartum. Kontakty te, ograniczano do absolutnego minimum. Mieszkańcy Białego Miasta (jak je nazywano) uważali stolicę centralnego kontynentu za brudną i nie chcieli mieć z jej mieszkańcami do czynienia. Działo się tak dlatego, że mieszkańcami Orkadis były w znacznie przeważającej liczbie kobiety. Bardzo często prostytutki, poniewierane wcześniej w Khartum. Oczywiście nie tylko one, dom tutaj mogła znaleźć każda kobieta, która pragnęła być wolna. Nie ważne kim były wcześniej czy to złodziejka, czy farmerka, a nawet plemienna wojowniczka. Mężczyźni też mogli tu mieszkać. Warunek był jeden, od tej pory wszyscy mieli żyć dla miasta, według jego zasad.
Mężczyzn było niewielu. Żyli w szczęśliwych związkach. W tym miejscu, jako jednym z nielicznych, poligamia nie była niczym dziwnym, a wręcz przeciętnym. O ile łatwiej jest utrzymywać rodzinę, kiedy możesz liczyć nie tylko na jedną swoją partnerkę, czy dwie, ale wręcz na kilka, czy może nawet na drugiego partnera.
Mężczyznom było wygodnie, nie chcieli tu konkurencji. Na swój sposób był to dla nich raj na ziemi. Dlatego każdy nowy osobnik był przez nich bardzo lustrowany. Ogólna dopuszczalna liczba mężczyzn w mieście była ustalana przez nich samych podczas zgromadzeń. Kiedy dołożyło się do tego bardzo surowe kryteria oceny, którymi oceniali swoich potencjalnych towarzyszy, okazywało się, że mało kto je spełnia.
A bronili oni swoich kobiet własną piersią! Były przecież takie niezaradne życiowo – tylko interesy i praca - ani obiad ugotować, ani dziećmi się zająć. Ktoś musiał więc przejąć tę rolę.
Dla pewnego czytającego może to być nie lada zaskoczenie, ale czyż nie jest tak, że prawdziwy mężczyzna powinien zasiać drzewo, zbudować dom i spłodzić syna? Tutaj nie podawano tego w wątpliwość. W Orkadis męskość definiowana była przez cechy charakteru i osobowości, a nie roli społecznej.
Oczywiście niektóre kobiety, też miały swoje widzimisię i lubiły pracować w domu, czy zajmować się dziećmi, tak samo jak niektórzy mężczyźni mieli potrzebę służenia w straży. W Orkadis panowała wolność ku chwale miasta.
Mieszkańcy szybko doszli do wniosku, że kontakty z Pierwszym Miastem (jak nazywano Khartum) wpływa niekorzystnie na ich społeczność więc ograniczali ją do absolutnego minimum. Nikt kto wcześniej przebywał w Khartum nie mógł tak po prostu swobodnie wejść do Orkadis. Zwłaszcza jeśli był płci męskiej.
Dzięki tym prostym założeniom, miasto żyło w spokoju. Rozwijało się w swoim tempie, ale za to mieli o niebo lepszą kulturę. Publiczne sauny, kluby, teatry, a nawet operę. Publiczna biblioteka zawsze pełna była dzieci czytających książki, miasto było zadbane, a wszyscy mieszkańcy żyli na dobrym poziomie. Każdy mieszkaniec miał obowiązek spędzenia godziny dziennie na pracach społecznych dla miasta, ale mieszkańcy wypełniali ten obowiązek chętnie. Dlatego było takie zadbane. Wszystko to dzięki odmiennym – w stosunku do innych części świata – założeniom o podstawowej jednostce społeczeństwa.
Miastu przewodziła Wysoka Rada, składała się ona z 10-ciu osób, 8 kobiet i 2 mężczyzn. Byli wśród nich Ashley Shirley Hole przewodnicząca, najważniejsza osoba w mieście, a także Benjamin Fox, stary przyjaciel inspektora Xaviera, równie jak on oddany sprawie zachowania porządku, w Orkadis nawet bardziej.
O organizacji zwanej Psią Ligą już słyszeli. Jakieś pedzie, elfy i aniołki. Teraz mieli im wysłać jakąś ciotę grającą na cymbałkach czy czym tam i robiącą w reklamie. No kto to widział, żeby prawdziwy facet się takimi rzeczami zajmował!
Nie to co tamci drudzy, Chatoic Allience, prawdziwe babki i chłopy z jajami. Chociaż akurat taki generał Raflik, nie był kimś kogo chcieli tu mieć. Z całą pewnością mógłby zaburzyć ład społeczny.
Pytanie generalnie było proste. Czy definicją męskości jest to "co robisz?" czy raczej "jak to robisz". A tym samym bardziej męskie jest otwarte działanie "z jajami", czy może dyplomatyczne krętactwo?
Cała rada nie była zadowolona, dyskusja trwała już od chwili kiedy tylko zostali poinformowani o wybierającym się do nich Kurcie Lacko.
- Nie denerwuj się, to tylko jacyś obcy. To nie rodzimi Khartumczycy. Nie zostaną tu na stałe. – powiedziała starsza kobieta.
- Słyszeliście co tam się dzieje?
- Taa, zmiany kulturowe, ale tamtemu bagnisku akurat to służy.
- Nie chcę, aby tutaj też panoszyli się jacyś obcy mężczyźni. – krzyknął drugi, młodszy mężczyzna – Mamy ich odpowiednią ilość, prawda Benjaminie?
- Owszem – potwierdził starszy mężczyzna – ale uważam, że wroga należy poznać.
- Trzeba sprawdzić kto to i czego chce. Zawsze można ich wyprosić z miasta. Ashley jak sądzisz?
Przewodnicząca nie była zadowolona z zapowiedzianej wizyty. Słyszała, że odkąd na Coddar zaczęli pojawiać się obcy, przychodziło dużo zmian. Oczywiście część zmian była dobra, tak jak wspomaganie ludności, ale przewodnicząca, pomimo wciąż młodego wieku, nie była naiwna. Miała trzydzieści pięć lat i swoje zdążyła przeżyć. Nie ma osób oferujących darmową pomoc, za wszystko jest cena.
Kiedyś została pobita przez męża tak, że dwa dni była nieprzytomna. Cudem udało się doprowadzić ją do względnie dobrego stanu zdrowia. Zapłaciła za to złamaniem kości biodrowej, od tamtej pory chodziła z laską i była z tego dumna. Gdyby wtedy nie znalazły jej mieszkanki Orkadis pewnie by musiała wrócić do tego łajdaka. A tak, zamieszkała tutaj.
Przestraszoną dziewczyną zajęli się mieszkańcy, dostała odpowiednią pomoc, uświadomiono jej, że to nie jest jej wina. Że tak nie można traktować jednostki ludzkiej. A następnie nauczyła się bronić, nie tylko psychicznie. Miejsce w radzie zawdzięczała uczciwej pracy na korzyść dla miasta. Od tamtej pory wprowadziła dużo zmian, jak obowiązkowa nauka samoobrony, oraz uświadomienie społeczne od najmłodszych lat.
Złośliwi w Khartum nazywali ją od inicjałów. Chociaż mówiono, że i charakter ma odpowiedni.
- Obcych należy uważnie pilnować, nie pozwolimy im zmieniać naszej tradycji.
**********
(Dzień 21)
Arrain otrzymała wiadomość z Urzędu Głównego Khartum .
- No wiesz tak wyszło - nerwowo zaśmiała się dziewczyna.
- Ale jak to? Wszystkie? - Minea nie wierzyła własnym uszom - Kiedy? Jak?
- Allein drapała się już w zeszłym tygodniu, ale nikt nie przypuszczał, że to może być to. Wiesz jaka ona jest.
- No, ale reszta!?! - warknęła groźnie
- Tiffy czuła pieczenie od kilku dni, mówi, że góra czterech! A Lutka nie chce się przyznać kiedy się zaczęło. Wszystkie to mamy, tzn wszystkie, które były przez ostatni tydzień w bazie, wiesz jakie to zaraźliwe jest - jęknęła żałośnie - Tiffy mówi, że chyba trzeba by poinformować Twoich gości. Zwłaszcza tego czarnego, całą noc szaleli, a on totalnie odjechał po narkotyku.
Minea westchnęła głęboko i oparła czoło na dłoni. Tylko tego jej brakowało. Grzybica.
*****
( Dzień 19)
Młody chłopak wszedł do namiotu, niosąc pudło po brzegi wypełnione dokumentami. Postawił lampę naftową na wolnym kawałku stołu. Następnie zaczął rozkładać i segregować papiery. Gruby plik dokumentów, który był na stole przesunął na bok. Pan Demuslim zakazał ich ruszać, podobno to były bardzo ważne dokumenty od pana Kurta. Pan Demuslim miał je przejrzeć jeszcze tego samego wieczora.
Kiedy skończył układanie, poszedł po drugie pudło jeszcze pełniejsze. Niestety gdy doszedł do stołu, zdarzył się wypadek - poczuł swędzenie w nosie i gwałtownie kichnął! Ruch, który wstrząsnął jego ciałem spowodował, że z kartonu wypadły teczki przewracając lampę, z której wylała się nafta.
W ciągu krótkiej chwili cały stół stanął w płomieniach. Chłopak przestraszył się i z całkowicie ludzką reakcją odskoczył z krzykiem w bok.
Pech chciał, że wybrał stronę ściany. Pod nią zaś ustawiony był drewniany regał z jakimiś fiolkami. Po uderzeniu weń przez chłopaka cały regał się zachwiał i runął wprost na stół.
Całe to wydarzenie trwało zaledwie 10 sekund. Jednak kiedy regał upadł, wylała się zawartość flaszek. Wtedy ogień buchnął, na dobre pożerając zawartość wszystkich dokumentów.
W tym momencie chłopakowi przypomniały się w końcu zasady BHP. Rozejrzał się, ale gaśnicy nie było! A w każdym razie nie widział jej w ogólnym bałaganie (oczywiście kontrolowanym wiadomo, że w takiej bazie, nie będzie idealnego porządku ze względu na to, że to centrum dowodzenia). Wybiegł potykając się o własne nogi i zaczął krzyczeć.
- Pożar!
Reakcja była błyskawiczna. W zasadzie w ciągu kilku minut, zaczęto gasić pożar.
*****
(Dzień 21)
Orkadis było drugim największym miastem na Coddar. Znajdowało się na środku kontynentu Wschodniego. Było znacznie mniejsze od Khartum, ilość mieszkańców wahała się w okolicach dwóch milionów. Praktycznie nie było tam wieżowców, mieszkańcy najwyraźniej cenili sobie przytulniejsze budynki. Było też bardzo zielone. Dookoła z każdej strony otaczała je puszcza, a i w samym mieście nie było zbyt wiele miejsc pozbawionych roślinności. Miasto od puszczy oddzielone było oczywiście wysokim murem. Był on zbudowany z białego kamienia, tak jak wszystkie budynki. Mur miał je bardziej bronić przed dzikimi zwierzętami niż ludźmi, chociaż wartowników na nim nie brakowało.
Na wschodnim kontynencie nie znajdywano kryształów, a wszystkie ośrodki ich obróbki i tak znajdowały się w Khartum więc jako takie, miasto było bezużyteczne dla mieszkańców Coddar.
Orkadis nie miało zbyt wielu kontaktów handlowych z Khartum. Kontakty te, ograniczano do absolutnego minimum. Mieszkańcy Białego Miasta (jak je nazywano) uważali stolicę centralnego kontynentu za brudną i nie chcieli mieć z jej mieszkańcami do czynienia. Działo się tak dlatego, że mieszkańcami Orkadis były w znacznie przeważającej liczbie kobiety. Bardzo często prostytutki, poniewierane wcześniej w Khartum. Oczywiście nie tylko one, dom tutaj mogła znaleźć każda kobieta, która pragnęła być wolna. Nie ważne kim były wcześniej czy to złodziejka, czy farmerka, a nawet plemienna wojowniczka. Mężczyźni też mogli tu mieszkać. Warunek był jeden, od tej pory wszyscy mieli żyć dla miasta, według jego zasad.
Mężczyzn było niewielu. Żyli w szczęśliwych związkach. W tym miejscu, jako jednym z nielicznych, poligamia nie była niczym dziwnym, a wręcz przeciętnym. O ile łatwiej jest utrzymywać rodzinę, kiedy możesz liczyć nie tylko na jedną swoją partnerkę, czy dwie, ale wręcz na kilka, czy może nawet na drugiego partnera.
Mężczyznom było wygodnie, nie chcieli tu konkurencji. Na swój sposób był to dla nich raj na ziemi. Dlatego każdy nowy osobnik był przez nich bardzo lustrowany. Ogólna dopuszczalna liczba mężczyzn w mieście była ustalana przez nich samych podczas zgromadzeń. Kiedy dołożyło się do tego bardzo surowe kryteria oceny, którymi oceniali swoich potencjalnych towarzyszy, okazywało się, że mało kto je spełnia.
A bronili oni swoich kobiet własną piersią! Były przecież takie niezaradne życiowo – tylko interesy i praca - ani obiad ugotować, ani dziećmi się zająć. Ktoś musiał więc przejąć tę rolę.
Dla pewnego czytającego może to być nie lada zaskoczenie, ale czyż nie jest tak, że prawdziwy mężczyzna powinien zasiać drzewo, zbudować dom i spłodzić syna? Tutaj nie podawano tego w wątpliwość. W Orkadis męskość definiowana była przez cechy charakteru i osobowości, a nie roli społecznej.
Oczywiście niektóre kobiety, też miały swoje widzimisię i lubiły pracować w domu, czy zajmować się dziećmi, tak samo jak niektórzy mężczyźni mieli potrzebę służenia w straży. W Orkadis panowała wolność ku chwale miasta.
Mieszkańcy szybko doszli do wniosku, że kontakty z Pierwszym Miastem (jak nazywano Khartum) wpływa niekorzystnie na ich społeczność więc ograniczali ją do absolutnego minimum. Nikt kto wcześniej przebywał w Khartum nie mógł tak po prostu swobodnie wejść do Orkadis. Zwłaszcza jeśli był płci męskiej.
Dzięki tym prostym założeniom, miasto żyło w spokoju. Rozwijało się w swoim tempie, ale za to mieli o niebo lepszą kulturę. Publiczne sauny, kluby, teatry, a nawet operę. Publiczna biblioteka zawsze pełna była dzieci czytających książki, miasto było zadbane, a wszyscy mieszkańcy żyli na dobrym poziomie. Każdy mieszkaniec miał obowiązek spędzenia godziny dziennie na pracach społecznych dla miasta, ale mieszkańcy wypełniali ten obowiązek chętnie. Dlatego było takie zadbane. Wszystko to dzięki odmiennym – w stosunku do innych części świata – założeniom o podstawowej jednostce społeczeństwa.
Miastu przewodziła Wysoka Rada, składała się ona z 10-ciu osób, 8 kobiet i 2 mężczyzn. Byli wśród nich Ashley Shirley Hole przewodnicząca, najważniejsza osoba w mieście, a także Benjamin Fox, stary przyjaciel inspektora Xaviera, równie jak on oddany sprawie zachowania porządku, w Orkadis nawet bardziej.
O organizacji zwanej Psią Ligą już słyszeli. Jakieś pedzie, elfy i aniołki. Teraz mieli im wysłać jakąś ciotę grającą na cymbałkach czy czym tam i robiącą w reklamie. No kto to widział, żeby prawdziwy facet się takimi rzeczami zajmował!
Nie to co tamci drudzy, Chatoic Allience, prawdziwe babki i chłopy z jajami. Chociaż akurat taki generał Raflik, nie był kimś kogo chcieli tu mieć. Z całą pewnością mógłby zaburzyć ład społeczny.
Pytanie generalnie było proste. Czy definicją męskości jest to "co robisz?" czy raczej "jak to robisz". A tym samym bardziej męskie jest otwarte działanie "z jajami", czy może dyplomatyczne krętactwo?
Cała rada nie była zadowolona, dyskusja trwała już od chwili kiedy tylko zostali poinformowani o wybierającym się do nich Kurcie Lacko.
- Nie denerwuj się, to tylko jacyś obcy. To nie rodzimi Khartumczycy. Nie zostaną tu na stałe. – powiedziała starsza kobieta.
- Słyszeliście co tam się dzieje?
- Taa, zmiany kulturowe, ale tamtemu bagnisku akurat to służy.
- Nie chcę, aby tutaj też panoszyli się jacyś obcy mężczyźni. – krzyknął drugi, młodszy mężczyzna – Mamy ich odpowiednią ilość, prawda Benjaminie?
- Owszem – potwierdził starszy mężczyzna – ale uważam, że wroga należy poznać.
- Trzeba sprawdzić kto to i czego chce. Zawsze można ich wyprosić z miasta. Ashley jak sądzisz?
Przewodnicząca nie była zadowolona z zapowiedzianej wizyty. Słyszała, że odkąd na Coddar zaczęli pojawiać się obcy, przychodziło dużo zmian. Oczywiście część zmian była dobra, tak jak wspomaganie ludności, ale przewodnicząca, pomimo wciąż młodego wieku, nie była naiwna. Miała trzydzieści pięć lat i swoje zdążyła przeżyć. Nie ma osób oferujących darmową pomoc, za wszystko jest cena.
Kiedyś została pobita przez męża tak, że dwa dni była nieprzytomna. Cudem udało się doprowadzić ją do względnie dobrego stanu zdrowia. Zapłaciła za to złamaniem kości biodrowej, od tamtej pory chodziła z laską i była z tego dumna. Gdyby wtedy nie znalazły jej mieszkanki Orkadis pewnie by musiała wrócić do tego łajdaka. A tak, zamieszkała tutaj.
Przestraszoną dziewczyną zajęli się mieszkańcy, dostała odpowiednią pomoc, uświadomiono jej, że to nie jest jej wina. Że tak nie można traktować jednostki ludzkiej. A następnie nauczyła się bronić, nie tylko psychicznie. Miejsce w radzie zawdzięczała uczciwej pracy na korzyść dla miasta. Od tamtej pory wprowadziła dużo zmian, jak obowiązkowa nauka samoobrony, oraz uświadomienie społeczne od najmłodszych lat.
Złośliwi w Khartum nazywali ją od inicjałów. Chociaż mówiono, że i charakter ma odpowiedni.
- Obcych należy uważnie pilnować, nie pozwolimy im zmieniać naszej tradycji.
**********
(Dzień 21)
Arrain otrzymała wiadomość z Urzędu Głównego Khartum .
Do oficjalnego listu była dołączona jeszcze wiadomość.Decyzja odmowna.
Z przykrością informujemy, że nie ma podstaw prawnych do nadania statusu organizacji zaufanej.
Uzasadnienie:
Zgodnie z prawem obowiązującym w Khartum, Kodeksem Coddar.
Art. 47. par.1 Aby otrzymać status organizacji zaufanej, należy utrzymać jej działalność w Khartum nie krócej niż 1 rok.’
W związku z powyższym, nie ma możliwości przyznania przywileju odprawy uproszczonej.
Z poważaniem
<Podpis radnych>
Niemniej, bardzo dziękujemy za odtworzenie dla miasta magazynu celnego. Przy bieżącym budżecie, miasta nie było stać na jego renowację, tym bardziej doceniamy ten gest. Jesteśmy pewni, że ta współpraca jeśli potrwa minimalny czas zakładany przez nasze prawo na pewno zaowocuje u Państwa ww. przywilejami.
Z poważaniem
<podpis radnych>
"Oh Xellas, bo przy Tobie nie idzie patrzeć na cycki, kiedy trzeba całą uwagę skupić na Twoich rękach i na tym, co aktualnie w nich trzymasz"
Satsuki
"To nie zjazdy robia sie do dupy. To wy normalniejecie na starość."
Korm
Satsuki
"To nie zjazdy robia sie do dupy. To wy normalniejecie na starość."
Korm
Re: Teoria Wzrostu
Dziękuję, drogi Hequetai, za Twój list.
Jestem bardzo wdzięczna za poświęcony mi czas na Balu. Również bardzo miło wspominam spędzony razem czas. Zostałam szczególnie mile zaskoczona o tyle, że spodziewałam się zwyczajowego tłumu górników-dorobkiewiczów pragnących tylko dobrze zjeść, dużo wypić i zaspokoić inne potrzeby. Tymczasem spotkałam przyjazną, rozmowną osobę pełną kultury, i co nie mniej ważne, potrafiącą tańczyć. Gdyby na naszej planecie było więcej takich osób jak Ty, żyłoby się nam wszystkim znacznie lepiej.
Naprawdę cieszę się z naszego spotkania. Jak wspominałam wcześniej, bardzo niechętnie wybierałam się na ów bal. Jednak ze swojej pozycji ambasador wschodniego kontynentu nie mogę ignorować okazji do prób ocieplenia stosunków między oboma kontynentami. A uwierz mi, że nie zawsze tak było. Droga łącząca Orcadis i Khartum, jak i wspaniały most między kontynentami są tego niezaprzeczalnym świadectwem. Dopiero od objęcia władzy przez Ashley Shirley Hole moje rodzime miasto zaczęło się zamykać. Kobieta ta doznała dużej krzywdy w życiu i mam wrażenie, że próbuje się ona mścić za to na całym świecie.
Na szczęście są rozsiani po całym kontynencie mądrzy ludzie, którzy wiedzą, że handel z szastającymi na pokaz kasą mieszkańcami Khartum potrafi przynieść ogromne dochody. To od nich proponowałabym waszej ekspedycji zacząć nawiązywanie współpracy. W wolnej chwili sporządzę nawet dla Ciebie listę miasteczek z którymi utrzymujemy w Khartum dobre relacje, natomiast już teraz mogę napomknąć miasteczko Chidd z którego Khartum zaopatrza się w najlepszą dziczyznę na Coddar. Jest ono usytuowana niewiele bardziej w głąb kontynentu jak wasza osada, którą swoją drogą chętnie odwiedzę przy najbliższej okazji. Choć niestety nie nastąpi to zbyt wcześnie gdyż ze względu na odległości dzielące obie stolice nie udaję się zbyt często w podróż.
Żałuję, że nie możesz zostać w Khartum dłużej. Mam nadzieję za to, że odwiedzisz mnie jak tylko przybędziesz ponownie do stolicy.
Szerokiej drogi
Ambasador zachodniego kontynentu, radna Coddar, Mela Krull
List który Maczer otrzymał przed wyjazdem zajął się intensywnie ogniem. Psioligowiec dawno nie czytał tak podbudowujących słów więc chętnie zachowałby go dla siebie. Tym bardziej, że poznana cztery dni temu Mela Krull była nie tylko cennym kontaktem ale również ciekawą i atrakcyjną osobą.
Ale nie mógł. Musiał pozbyć się wszystkiego co jakkolwiek mogło go powiązać z kimkolwiek a już w szczególności z Psią Ligą. Tak więc oficjalnie wyjechał na wschodni kontynet. Tylko Arrain Volage wiedziała, że tak naprawdę zmierza właśnie do kryjówki Borygomosa. To jest, Arrain i Kuka, który prowadził właśnie pojazd.
- Czuj się jak u siebie w domu – powiedział z przekąsem ganger kiedy tylko wnętrze pojazdu rozbłysło na pomarańczowo
Maczer nie odpowiedział. Spojrzał tylko leniwie na towarzysza, po czym wyciągnął nogi na pulp rozsiadając się przy tym wygodnie. Trzymany przez niego list nadal płonął.
Milczeli większość drogi. Wszystko co mieli sobie do powiedzenia padło jeszcze przed podróżą. Skupiona twarz Kuki wyrażała ogromne pokłady determinacji, chęci zemsty ale i chłodnego wyrachowania i opanowania. Psioligowiec miał nadzieję, że nie ma takiej ekspresji od urodzenia gdyż właśnie tych cech potrzebowali do swojej misji. Jechali bowiem zabić Borygomosa, który świadomie doprowadził do śmierci brata Kuki. W przypadku niepowodzenia, szybkie zejście z tego świata było najlepszą rzeczą na jaką mogli liczyć.
Ogień zaczął lizać palce ubranego na lokalnego zbira anioła. Ten jeszcze chwilę poczekał zanim cisnął resztką papieru na zewnątrz pojazdu. Są osoby które podejrzewają, że Maczer jest naiwnym, bezproduktywnym womenizerem. Pluszową zabawką i pocieszną maskotką Psiej Ligii. Zazwyczaj osoby te nie wiedzą, że anioł przed przystąpieniem do tego ugrupowania zajmował się bieganiem w cieniach - Shadowrunner - Tak nazywano w jego kręgach ludzi od brudnej roboty.
Zbliżał się moment w którym Maczer zamierzał przypomnieć, że starych pieśni ludowych się nie zapomina nigdy.
-----------------------
Ashley Shirley Hole, przywódczyni Orcadis, schodziła właśnie do swoich prywatnych komnat po całym dniu pracy. Dostęp do tej części miały tylko trzy osoby poza nią samą. Jej kochanek i dwie pokojówki. Oczywiście męskie.
Na jednej ze ścian bezokiennego pokoiku znajdowała się mała galeryjka przypominająca poniekąd ołtarzyk. Migocące świeczki oświetlały kilka zdjęć. Największe z nich, powiększone do szerokości jednego metra, zrobione zostało, jak wszystkie, ukradkiem i przedstawiało niebieskowłosą postać ucztującą wśród swojej muskularnej świty. Shirley westchnęła.
Jonson! - Krzyknęła Hole – Przygotowałeś już niebieską perukę?
Tak jest ma'am – Z cienia wysunął się umięśniony mężczyzna ubrany w skórzaną bieliznę.
Zakładaj!
Shirley jednym ruchem zrzuciła oplatające ją sukno ukazując jednoczęściowy kostium przypominający gorset. Silnym ruchem przyciągnęła Jonsona bliżej i wypięła odsłonięte pośladki w jego stronę. Męska pokojówka była dobrze nauczona co robić.
Slap, Slap. Dwa energiczne ruchy zostawiły czerwone ślady na obu półdupkach. Shirley jęknęła.
Największym dramatem Ashley Shirley Hole, w jej mniemaniu, było to, że nikt nie potrafił zaspokoić jej tak dobrze jak jej „obyś zdechł w mękach” były mąż. Wizerunek egzotycznego gościa z innej planety był jednak całkiem skuteczny i w głowie przywódczyni Orcadis rozwijała się chęć sprawdzenia umiejętności przybysza w praktyce.
Jestem bardzo wdzięczna za poświęcony mi czas na Balu. Również bardzo miło wspominam spędzony razem czas. Zostałam szczególnie mile zaskoczona o tyle, że spodziewałam się zwyczajowego tłumu górników-dorobkiewiczów pragnących tylko dobrze zjeść, dużo wypić i zaspokoić inne potrzeby. Tymczasem spotkałam przyjazną, rozmowną osobę pełną kultury, i co nie mniej ważne, potrafiącą tańczyć. Gdyby na naszej planecie było więcej takich osób jak Ty, żyłoby się nam wszystkim znacznie lepiej.
Naprawdę cieszę się z naszego spotkania. Jak wspominałam wcześniej, bardzo niechętnie wybierałam się na ów bal. Jednak ze swojej pozycji ambasador wschodniego kontynentu nie mogę ignorować okazji do prób ocieplenia stosunków między oboma kontynentami. A uwierz mi, że nie zawsze tak było. Droga łącząca Orcadis i Khartum, jak i wspaniały most między kontynentami są tego niezaprzeczalnym świadectwem. Dopiero od objęcia władzy przez Ashley Shirley Hole moje rodzime miasto zaczęło się zamykać. Kobieta ta doznała dużej krzywdy w życiu i mam wrażenie, że próbuje się ona mścić za to na całym świecie.
Na szczęście są rozsiani po całym kontynencie mądrzy ludzie, którzy wiedzą, że handel z szastającymi na pokaz kasą mieszkańcami Khartum potrafi przynieść ogromne dochody. To od nich proponowałabym waszej ekspedycji zacząć nawiązywanie współpracy. W wolnej chwili sporządzę nawet dla Ciebie listę miasteczek z którymi utrzymujemy w Khartum dobre relacje, natomiast już teraz mogę napomknąć miasteczko Chidd z którego Khartum zaopatrza się w najlepszą dziczyznę na Coddar. Jest ono usytuowana niewiele bardziej w głąb kontynentu jak wasza osada, którą swoją drogą chętnie odwiedzę przy najbliższej okazji. Choć niestety nie nastąpi to zbyt wcześnie gdyż ze względu na odległości dzielące obie stolice nie udaję się zbyt często w podróż.
Żałuję, że nie możesz zostać w Khartum dłużej. Mam nadzieję za to, że odwiedzisz mnie jak tylko przybędziesz ponownie do stolicy.
Szerokiej drogi
Ambasador zachodniego kontynentu, radna Coddar, Mela Krull
List który Maczer otrzymał przed wyjazdem zajął się intensywnie ogniem. Psioligowiec dawno nie czytał tak podbudowujących słów więc chętnie zachowałby go dla siebie. Tym bardziej, że poznana cztery dni temu Mela Krull była nie tylko cennym kontaktem ale również ciekawą i atrakcyjną osobą.
Ale nie mógł. Musiał pozbyć się wszystkiego co jakkolwiek mogło go powiązać z kimkolwiek a już w szczególności z Psią Ligą. Tak więc oficjalnie wyjechał na wschodni kontynet. Tylko Arrain Volage wiedziała, że tak naprawdę zmierza właśnie do kryjówki Borygomosa. To jest, Arrain i Kuka, który prowadził właśnie pojazd.
- Czuj się jak u siebie w domu – powiedział z przekąsem ganger kiedy tylko wnętrze pojazdu rozbłysło na pomarańczowo
Maczer nie odpowiedział. Spojrzał tylko leniwie na towarzysza, po czym wyciągnął nogi na pulp rozsiadając się przy tym wygodnie. Trzymany przez niego list nadal płonął.
Milczeli większość drogi. Wszystko co mieli sobie do powiedzenia padło jeszcze przed podróżą. Skupiona twarz Kuki wyrażała ogromne pokłady determinacji, chęci zemsty ale i chłodnego wyrachowania i opanowania. Psioligowiec miał nadzieję, że nie ma takiej ekspresji od urodzenia gdyż właśnie tych cech potrzebowali do swojej misji. Jechali bowiem zabić Borygomosa, który świadomie doprowadził do śmierci brata Kuki. W przypadku niepowodzenia, szybkie zejście z tego świata było najlepszą rzeczą na jaką mogli liczyć.
Ogień zaczął lizać palce ubranego na lokalnego zbira anioła. Ten jeszcze chwilę poczekał zanim cisnął resztką papieru na zewnątrz pojazdu. Są osoby które podejrzewają, że Maczer jest naiwnym, bezproduktywnym womenizerem. Pluszową zabawką i pocieszną maskotką Psiej Ligii. Zazwyczaj osoby te nie wiedzą, że anioł przed przystąpieniem do tego ugrupowania zajmował się bieganiem w cieniach - Shadowrunner - Tak nazywano w jego kręgach ludzi od brudnej roboty.
Zbliżał się moment w którym Maczer zamierzał przypomnieć, że starych pieśni ludowych się nie zapomina nigdy.
-----------------------
Ashley Shirley Hole, przywódczyni Orcadis, schodziła właśnie do swoich prywatnych komnat po całym dniu pracy. Dostęp do tej części miały tylko trzy osoby poza nią samą. Jej kochanek i dwie pokojówki. Oczywiście męskie.
Na jednej ze ścian bezokiennego pokoiku znajdowała się mała galeryjka przypominająca poniekąd ołtarzyk. Migocące świeczki oświetlały kilka zdjęć. Największe z nich, powiększone do szerokości jednego metra, zrobione zostało, jak wszystkie, ukradkiem i przedstawiało niebieskowłosą postać ucztującą wśród swojej muskularnej świty. Shirley westchnęła.
Jonson! - Krzyknęła Hole – Przygotowałeś już niebieską perukę?
Tak jest ma'am – Z cienia wysunął się umięśniony mężczyzna ubrany w skórzaną bieliznę.
Zakładaj!
Shirley jednym ruchem zrzuciła oplatające ją sukno ukazując jednoczęściowy kostium przypominający gorset. Silnym ruchem przyciągnęła Jonsona bliżej i wypięła odsłonięte pośladki w jego stronę. Męska pokojówka była dobrze nauczona co robić.
Slap, Slap. Dwa energiczne ruchy zostawiły czerwone ślady na obu półdupkach. Shirley jęknęła.
Największym dramatem Ashley Shirley Hole, w jej mniemaniu, było to, że nikt nie potrafił zaspokoić jej tak dobrze jak jej „obyś zdechł w mękach” były mąż. Wizerunek egzotycznego gościa z innej planety był jednak całkiem skuteczny i w głowie przywódczyni Orcadis rozwijała się chęć sprawdzenia umiejętności przybysza w praktyce.
Last edited by Maczer on Wed Apr 10, 2013 6:08 pm, edited 1 time in total.
Dalej sie uciec chyba nie dalo. Ale to i tak nie pomoglo =]
Re: Teoria Wzrostu
Ehren nudził się.
Borygomos nie. Za to bardzo frustrował się i broda mu się mierzwiła.
Członkowie gangu chowali się w panice po kątach fortecy, schodząc z drogi wyjątkowo chmurnemu szefowi.
Dwa dni minęły jak z bicza trzasnął, przynajmniej dla niektórych zainteresowanych. Szpieg z krainy Agendy był pod mały wrażeniem atrakcji jakie przygotował dla niego herszt w zaciszu swoich komnat. Ten uniósł się honorem czy czymś na jego kształt i użył środków przymusu bezposredniego na więźniu. Więzień zasnął.
Wkurzony nie na żarty Borygomos poszedł postrzelać z nowego nabytku; odreagowawszy wrócił do swoich komnat i kontynuował dyskusje/przesłuchanie z Ehrenem przez dwie doby. W efekcie po twierdzy, w dziwnych porach dały się usłyszeć krzyki, trzaski bata i inne dźwięku, których, było nie było, odważni i zaprawieni w czynach brutalnych, a plugawych bandyci woleli nie identyfikować. Bo a nuż szef rozkaże się dołączyć...
---
Ehren ostrożnie otworzył powiekę na ułamek milimetra- nic nie ruszało się, cisza. Przykuty do solidnego stołu równie solidnymi łańcuchami męzczyzna kontemplował istotę bytu, peknięcia stropu i ulotność upływającego czasu.
I czekał. Dziś rano osobisty służący Borygomosa przyniósł do komnaty ubrania i inne śmieci jeńca. Głos w głowie Ehrena odezwał się ze zdwojoną siłą, ale okazja na razie nie nadarzyła się. Czas jednak płynął, a Ehren był przygotowany do akcji w każdej chwili. Ciekawe, pomyślał, co zatrzymało Xellas.
Zapadła kolejna noc*. Pełna wrażeń, chociaż repertuar robił się nużący, w mniemaniu Ehrena.
*17/18 dzień imprezy
Borygomos nie. Za to bardzo frustrował się i broda mu się mierzwiła.
Członkowie gangu chowali się w panice po kątach fortecy, schodząc z drogi wyjątkowo chmurnemu szefowi.
Dwa dni minęły jak z bicza trzasnął, przynajmniej dla niektórych zainteresowanych. Szpieg z krainy Agendy był pod mały wrażeniem atrakcji jakie przygotował dla niego herszt w zaciszu swoich komnat. Ten uniósł się honorem czy czymś na jego kształt i użył środków przymusu bezposredniego na więźniu. Więzień zasnął.
Wkurzony nie na żarty Borygomos poszedł postrzelać z nowego nabytku; odreagowawszy wrócił do swoich komnat i kontynuował dyskusje/przesłuchanie z Ehrenem przez dwie doby. W efekcie po twierdzy, w dziwnych porach dały się usłyszeć krzyki, trzaski bata i inne dźwięku, których, było nie było, odważni i zaprawieni w czynach brutalnych, a plugawych bandyci woleli nie identyfikować. Bo a nuż szef rozkaże się dołączyć...
---
Ehren ostrożnie otworzył powiekę na ułamek milimetra- nic nie ruszało się, cisza. Przykuty do solidnego stołu równie solidnymi łańcuchami męzczyzna kontemplował istotę bytu, peknięcia stropu i ulotność upływającego czasu.
I czekał. Dziś rano osobisty służący Borygomosa przyniósł do komnaty ubrania i inne śmieci jeńca. Głos w głowie Ehrena odezwał się ze zdwojoną siłą, ale okazja na razie nie nadarzyła się. Czas jednak płynął, a Ehren był przygotowany do akcji w każdej chwili. Ciekawe, pomyślał, co zatrzymało Xellas.
Zapadła kolejna noc*. Pełna wrażeń, chociaż repertuar robił się nużący, w mniemaniu Ehrena.
*17/18 dzień imprezy
Last edited by Caerth on Thu Apr 11, 2013 4:17 pm, edited 2 times in total.
My soul is still the same
But it has many names
But it has many names
- Xellas
- Posts: 313
- Joined: Sun Jan 04, 2009 12:23 am
- Location: Gdańsk - tu gdzie smoki chodzą koło Fontanny Neptuna
Re: Teoria Wzrostu
Dzień 15 Noc.
Musiała więc postawić sobie czwarte pytanie – czy to możliwe, że od przybycia na Coddar, Urzu targał za sobą stopięćdziesięciokilowe potężne ostrze, negujące działanie magii w promieniu pięciu metrów i nikt z licznie towarzyszących mu osób tego nie zauważył? Na to ostatnie pytanie odpowiedź również brzmiała – ‘nie’.
Konkluzja była prosta. Urzu był mniej przytomny, niż jej się wydawało i pomylił nie tylko miejsce, ale i świat, w którym ukryty jest miecz. Chyba, że miał inne plany, związane z pobytem u Borygomosa i chciał się jej tylko pozbyć, ale w to wampirzyca wątpiła.
Korzystając z odwiecznego prawa kobiet - zmieniła zdanie. Z wrażenia uderzyła się dłonią w policzek.
- Dlaczego myślę jak zwykły człowiek?! – była zła na siebie. Musiała zacząć myśleć jak Chaotic.
Bez wątpienia chodziło o Łamacza Zaklęć. Dlaczego? Bo gdyby to był jakikolwiek inny, to Ehren miał by go przy sobie. Inna sprawa, że na cholerę mu był miecz o tak uciążliwych właściwościach w tutejszych warunkach. Ale na to pytanie odpowiedzią była tylko sugestia od mistrza. Zamyśliła się kolejny raz, po chwili przyszło olśnienie. Sprawa była prosta.
Nie miał go ze sobą kiedy przebywali w obozie, inaczej jego moc wpływałby na nią. Ale kiedy podróżowali, czuła się bardzo źle. A więc miecz musiał być na motorze. Znając Ehrena to pewnie był przybity do motoru.
No dobrze, ale co dalej? Ze śladów wyraźnie wynikało, że motorem tu przyjechał. Czy był tak głupi, żeby zostawić miecz ukryty? Nie, żaden szanujący się Chaotik nie pozwoli sobie na sytuację bycia bezbronnym. Ale też żaden poważny Chaotik nie jest bezbronny tylko dlatego, że nie ma broni w ręku hmm…
Ehren nie był głupi, był szalony, a to co innego, więc miecz musiał być gdzieś w okolicy. Łamacz Zaklęć hmm…Łamacz Zaklęć. Zaklęć…Łamacz… zrozumienie, które na nią spłynęło boleśnie ugodziło w ego. Powinna się od razu domyślić, ale z jakiegoś dziwnego powodu zaczęła od niewłaściwej strony.
Przeszukiwała okolicę korzystając z mocy, a czego szukała? Łamacza Zaklęć! To oczywiste, że nic nie znalazła.
Zaczynał się nowy dzień. Słońce powoli wschodziło. Żaby się pochowały, więc czas na poszukiwania.
Jednak tego dnia nie udało się odnaleźć miecza, ponieważ z fortecy wyjechali ludzie i rozleźli się po okolicy. Było ich sporo, a wolała pilnować, czy któraś grupa nie znajdzie miecza. Bieganie między nimi nie było szczególnie trudne, ale stanowczo uciążliwe. Wkopywali miny, ścinali drzewa, pomyślała, że zrobią palisadę, ale nie, drewno zabrali do twierdzy. Zebrali też trochę lokalnej roślinności. Najciekawsze było zielone jogodo-podobne coś – nawet borsukożaby omijały to szerokim łukiem, a widziała jak zżerały obrośnięty mchem kamień. Jak nic będą robić sok z gumijagód.
Kiedy wieczorem w końcu wrócili do fortecy, wampirzyca przystąpiła do poszukiwań miecza.
Znowu przeszukała mocą cały teren i nie znalazła nic, ale w jednym miejscu, to nic było bardziej niczym niż wszędzie dookoła. Oczywiście, Ehren ukrył miecz, tak jak przypuszczała, najwyraźniej poszedł po niego kiedy go dorwali. Oręż leżał sobie beztrosko przysypany kamieniami na półce skalnej, poniżej fortecy.
Dlaczego gangsterzy go nie zauważyli? Otóż półka była stosunkowo wysoko, a kamienie na oko ważyły po parędziesiąt kilo – na ręce też.
Kiedy się do niego dokopała była bardzo zmęczona, bynajmniej nie od wysiłku. Epitety, którymi obdarzała w myślach Ehrena powinny mu spalić uszy. Wzięła miecz do ręki i podrzuciła, zakręciła młynka. Bleee niewygodny, stanowczo wolała subtelniejszą broń, niż takiego grzmota.
Problem był teraz jeden, jak do fortecy wnieść miecz, który blokuje magię?
*********
(18 dzień)
Ehren zastanawiał się co zatrzymało wampirzycę, a to nie tak łatwo przy takim mieczu wymyślić plan działania.
Tego dnia w fortecy zaczęły się przygotowania do czegoś. I tak dniem i nocą twierdzę wypełniały łomoty narzędzi, okazjonalny wizg wiertarki albo szlifierki kątowej, w tle monotonnie bił parowy młot zespalający ze sobą kawałki rozmaitych pancerzy. W efekcie, warty rozstawione na murach niewiele słyszały w tym całym zgiełku. Na szczęście dla nich Coddar miało naprawdę jasne noce, gdy księżyce zbliżały się do pełni. Jednak mimo tego ułatwienia, mały cień nie został zauważony, gdyż poruszał się zbyt szybko.
Xellas tym razem z mieczem w dłoni, po raz wtóry prześlizgnęła się do bazy. Hałas był tak potworny, że nawet stado słoni spacerujące w te i z powrotem nie byłoby słyszalne. Dlatego po prostu wbiegła po metalowej ścianie. Tempo biegania na szczęście było właściwością fizyczną ciała, dlatego Łamacz Zaklęć nie przeszkadzał w tym. Niestety absolutnie uniemożliwiał skorzystanie z poprzedniego wejścia - dlatego tym razem musiała skorzystać, z któregoś okna.
Pamiętając jak się poprzednio poruszała wyliczyła, które okienko będzie prawdopodobnie właściwe. Wieża winna mieć okienko, by dama w opresji mogła melancholijnie wyglądać ratunku, tak też i było. Xellas jak to mają w zwyczaju rycerze w lśniących zbrojach wpadła dramatycznie przez okno z zamiarem ratowania Ehrena. Peleryna powiewała, odłamki szkła wirowały w powietrzu, a resztki kratki upadały na podłogę, wszystko w zwolnionym tempie. Wtem jej oczom ukazała się...scena. Upuściła miecz i wyszła z bardzo dziwną miną.
Musiała więc postawić sobie czwarte pytanie – czy to możliwe, że od przybycia na Coddar, Urzu targał za sobą stopięćdziesięciokilowe potężne ostrze, negujące działanie magii w promieniu pięciu metrów i nikt z licznie towarzyszących mu osób tego nie zauważył? Na to ostatnie pytanie odpowiedź również brzmiała – ‘nie’.
Konkluzja była prosta. Urzu był mniej przytomny, niż jej się wydawało i pomylił nie tylko miejsce, ale i świat, w którym ukryty jest miecz. Chyba, że miał inne plany, związane z pobytem u Borygomosa i chciał się jej tylko pozbyć, ale w to wampirzyca wątpiła.
Korzystając z odwiecznego prawa kobiet - zmieniła zdanie. Z wrażenia uderzyła się dłonią w policzek.
- Dlaczego myślę jak zwykły człowiek?! – była zła na siebie. Musiała zacząć myśleć jak Chaotic.
Bez wątpienia chodziło o Łamacza Zaklęć. Dlaczego? Bo gdyby to był jakikolwiek inny, to Ehren miał by go przy sobie. Inna sprawa, że na cholerę mu był miecz o tak uciążliwych właściwościach w tutejszych warunkach. Ale na to pytanie odpowiedzią była tylko sugestia od mistrza. Zamyśliła się kolejny raz, po chwili przyszło olśnienie. Sprawa była prosta.
Nie miał go ze sobą kiedy przebywali w obozie, inaczej jego moc wpływałby na nią. Ale kiedy podróżowali, czuła się bardzo źle. A więc miecz musiał być na motorze. Znając Ehrena to pewnie był przybity do motoru.
No dobrze, ale co dalej? Ze śladów wyraźnie wynikało, że motorem tu przyjechał. Czy był tak głupi, żeby zostawić miecz ukryty? Nie, żaden szanujący się Chaotik nie pozwoli sobie na sytuację bycia bezbronnym. Ale też żaden poważny Chaotik nie jest bezbronny tylko dlatego, że nie ma broni w ręku hmm…
Ehren nie był głupi, był szalony, a to co innego, więc miecz musiał być gdzieś w okolicy. Łamacz Zaklęć hmm…Łamacz Zaklęć. Zaklęć…Łamacz… zrozumienie, które na nią spłynęło boleśnie ugodziło w ego. Powinna się od razu domyślić, ale z jakiegoś dziwnego powodu zaczęła od niewłaściwej strony.
Przeszukiwała okolicę korzystając z mocy, a czego szukała? Łamacza Zaklęć! To oczywiste, że nic nie znalazła.
Zaczynał się nowy dzień. Słońce powoli wschodziło. Żaby się pochowały, więc czas na poszukiwania.
Jednak tego dnia nie udało się odnaleźć miecza, ponieważ z fortecy wyjechali ludzie i rozleźli się po okolicy. Było ich sporo, a wolała pilnować, czy któraś grupa nie znajdzie miecza. Bieganie między nimi nie było szczególnie trudne, ale stanowczo uciążliwe. Wkopywali miny, ścinali drzewa, pomyślała, że zrobią palisadę, ale nie, drewno zabrali do twierdzy. Zebrali też trochę lokalnej roślinności. Najciekawsze było zielone jogodo-podobne coś – nawet borsukożaby omijały to szerokim łukiem, a widziała jak zżerały obrośnięty mchem kamień. Jak nic będą robić sok z gumijagód.
Kiedy wieczorem w końcu wrócili do fortecy, wampirzyca przystąpiła do poszukiwań miecza.
Znowu przeszukała mocą cały teren i nie znalazła nic, ale w jednym miejscu, to nic było bardziej niczym niż wszędzie dookoła. Oczywiście, Ehren ukrył miecz, tak jak przypuszczała, najwyraźniej poszedł po niego kiedy go dorwali. Oręż leżał sobie beztrosko przysypany kamieniami na półce skalnej, poniżej fortecy.
Dlaczego gangsterzy go nie zauważyli? Otóż półka była stosunkowo wysoko, a kamienie na oko ważyły po parędziesiąt kilo – na ręce też.
Kiedy się do niego dokopała była bardzo zmęczona, bynajmniej nie od wysiłku. Epitety, którymi obdarzała w myślach Ehrena powinny mu spalić uszy. Wzięła miecz do ręki i podrzuciła, zakręciła młynka. Bleee niewygodny, stanowczo wolała subtelniejszą broń, niż takiego grzmota.
Problem był teraz jeden, jak do fortecy wnieść miecz, który blokuje magię?
*********
(18 dzień)
Ehren zastanawiał się co zatrzymało wampirzycę, a to nie tak łatwo przy takim mieczu wymyślić plan działania.
Tego dnia w fortecy zaczęły się przygotowania do czegoś. I tak dniem i nocą twierdzę wypełniały łomoty narzędzi, okazjonalny wizg wiertarki albo szlifierki kątowej, w tle monotonnie bił parowy młot zespalający ze sobą kawałki rozmaitych pancerzy. W efekcie, warty rozstawione na murach niewiele słyszały w tym całym zgiełku. Na szczęście dla nich Coddar miało naprawdę jasne noce, gdy księżyce zbliżały się do pełni. Jednak mimo tego ułatwienia, mały cień nie został zauważony, gdyż poruszał się zbyt szybko.
Xellas tym razem z mieczem w dłoni, po raz wtóry prześlizgnęła się do bazy. Hałas był tak potworny, że nawet stado słoni spacerujące w te i z powrotem nie byłoby słyszalne. Dlatego po prostu wbiegła po metalowej ścianie. Tempo biegania na szczęście było właściwością fizyczną ciała, dlatego Łamacz Zaklęć nie przeszkadzał w tym. Niestety absolutnie uniemożliwiał skorzystanie z poprzedniego wejścia - dlatego tym razem musiała skorzystać, z któregoś okna.
Pamiętając jak się poprzednio poruszała wyliczyła, które okienko będzie prawdopodobnie właściwe. Wieża winna mieć okienko, by dama w opresji mogła melancholijnie wyglądać ratunku, tak też i było. Xellas jak to mają w zwyczaju rycerze w lśniących zbrojach wpadła dramatycznie przez okno z zamiarem ratowania Ehrena. Peleryna powiewała, odłamki szkła wirowały w powietrzu, a resztki kratki upadały na podłogę, wszystko w zwolnionym tempie. Wtem jej oczom ukazała się...scena. Upuściła miecz i wyszła z bardzo dziwną miną.
Last edited by Xellas on Fri Apr 12, 2013 12:14 am, edited 2 times in total.
"Oh Xellas, bo przy Tobie nie idzie patrzeć na cycki, kiedy trzeba całą uwagę skupić na Twoich rękach i na tym, co aktualnie w nich trzymasz"
Satsuki
"To nie zjazdy robia sie do dupy. To wy normalniejecie na starość."
Korm
Satsuki
"To nie zjazdy robia sie do dupy. To wy normalniejecie na starość."
Korm