Teoria Wzrostu

Wyprawy w nieznane i znane rejony, mające na celu ratowanie świata lub pogrążanie go w chaosie. Przygoda w Multiświecie to rzecz pewna.
User avatar
Satsuki
Posts: 1878
Joined: Fri Jan 02, 2009 11:06 pm
Location: Aaxen

Re: Teoria Wzrostu

Post by Satsuki »

WWWSatsuki po prostu dobrze się bawiła.
WWWSiedziała sobie w jakiejś piwniczce, zadowolona, i piła Coddarowe piwo. Piwo wprost z ziemskiego święta Patryka, zielone, z lian.

WWWCoddar to zielona i pełna życia planeta, w większości pokryta gęstą dżunglą – dlatego z kosmosu wygląda tak ładnie. Khartum leżyna lewym brzegu centralnego kontynentu. Trochę jak dziura wygryziona przez mole – z biegiem lat okolica wokół miasta była karczowana i przemieniana na kopalnie czy zwykłe tereny uprawne. Miasto zawsze prężnie się rozwijało, chociaż w promieniu stu kilometrów nie odnaleziono Stabilinum już od ponad pięćdziesięciu lat.
WWWWyszukiwanie kryształów zawsze wyglądało tak samo – po okręgu na zewnątrz od miejsca, gdzie kiedyś znaleziono kryształ, lub gdzie jakiś lunatyk wymyślił sobie kopać. Zaczęło się od Khartum i rozwinęło na całym Centralnym Kontynencie – który to kontynent zajmuje największą część planety, oraz ciągnie wzdłuż całego równika (czasami dla żartu nazywano go Wielkim Okręgiem).

WWWSatsuki część z tych informacji znała, część przewidziała, ale całą resztę usłyszała w małym barze z zielonym piwem. Miała już pewną koncepcję w kwestii wydobycia kryształów i zamierzała wprowadzić ją w życie, ale z drugiej strony nigdy wcześniej nie piła tak dobrego piwa…

WWW***

WWWDwie godziny później, zadowolona z uzbieranych informacji, rozpakowywała rzeczy w wynajętym Penthouse z widokiem na całe Khartum. Obok stała zdenerwowana Naiee, trzymając gruby plik papierów. Kotołaczka była zaskoczona i zdenerwowana. Spodziewała się, że Satsuki dopilnuje wszystkiego – poszukiwań i wydobycia, a ona rozłożyła się w samym centrum świata i ani myślała podnieść chociaż palec…

WWW- Ekhm – Naiee w końcu chrząknęła nieznacznie – Przygotowałam raporty
WWW- Doskonale! – Satsuki uśmiechnęła się wesoło, nie przerywając swojej pracy
WWW- Więc… Jak tylko mizergi wyewoluowały pazury kopne oraz skrzydełka, zostały wysłane każdy w inną stronę, łącznie 25 sztuk. Po ich powrocie wybrałam siedem jednostek, których powłoka biologiczno-magiczna została najsilniej naruszona. – Naiee spojrzała w notatki. – Wszystkie z nich wróciły z pola na południowo – zachodnim klifie, przez miejscowych nazywanego Moherami. Istnieje tam mała wioska, która założyła kopalnię, ale której brakuje środków, żeby efektywnie ją prowadzić. Proponuję rozpocząć wykopaliska w tamtym miejscu.
WWW- Doskonale. – Satsuki uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Wyglądała teraz jak mały alien, uśmiechający się do jedzenia. – Ile dni drogi od Khartum?
WWW- Jeden.
WWW- Wyślij tam już krasnoludy oraz ciężki sprzęt. Nie ruszę się stąd, póki kolejne słodkości się nie wyklują. Boję się, że bezpośrednie oddziaływanie kryształów może znacznie naruszyć strukturę jajek. – Satsuki westchnęła, spoglądając w okno. – To oznacza, że przejmujesz pełne dowodzenie do czasu mojego pojawienia się. – Zamyśliła się jeszcze moment i kontynuowała. – Ufam Ci Naiee, ale pamiętaj czym może skończyć się zawiedzenie mojego zaufania.
WWW- Tak jest!
WWW- Przewieź mi dyskretnie jajka a następnie wyruszaj natychmiast. Za parę dni dołączą do grupy, a do tego czasu może dowiem się czegoś ciekawego…

WWW***

WWW HMS Ruby wylądował. Kopalnia Zły Wujek leżała na wyciągnięcie ręki, jeszcze ukryta w cieniu. Zza pleców wychodzących ze statku krasnoludów przebłyskały pierwsze promienie słońca. Grupka ludzi zaczynała rozstawiać bazę. Naiee wyszła ze statku, poprawiając włosy.

WWWZapowiadał się piękny dzień.
Last edited by Satsuki on Wed Apr 03, 2013 10:21 am, edited 3 times in total.
Avatar stworzony przez tego uzdolnionego Pana.
User avatar
Taii
Posts: 473
Joined: Thu Feb 17, 2011 12:20 pm
Location: Krak
Contact:

Re: Teoria Wzrostu

Post by Taii »

Kilka dni wcześniej.

Wells szedł wzdłuż szerokiego korytarza prowadzącego do Sali Wielkiego Mistrza. Nie mógł się jeszcze przyzwyczaić do gotyckiego ogromu łączonego z technologią, jaki panował w ważniejszych budynkach i instytucjach ZCMu, na planecie Norn. Aż się wzdrygnął gdy stanął przed masywnymi okutymi drzwiami. Zastukał kołatką w kształcie wilka.
- Wejść! – Dało się słyszeć przez drzwi.
Ryghart wszedł do środka ogromnej komnaty. Po jego lewej stronie na niemal całą ścianę rozciągnięta była rozeta. Witraże na niej przedstawiały historię wojny ZCMu z Zergami. Środek komnaty był pusty. Po prawej stronie płonął wielki kominek, a na wprost drzwi znajdował się sporych rozmiarów fotel na którym siedział Wielki Mistrz. Gestem zaprosił Wellsa do środka, po czym wystukał coś na klawiaturze przymocowanej do nadgarstka. Z ziemi na środku sali wysunął się podobnych rozmiarów fotel.
- Siadaj przyjacielu, musimy porozmawiać. Napijesz się czegoś?
- Whiskey, z lodem. – Odpowiedział Ryghart siadając.
- Potrzebuję cię na pewnej wyprawie. – Powiedział Wielki Mistrz bez ceregieli. – Nie będzie to prosta misja, ale wierzę w twoje umiejętności wojownika, jak również i ambasadora…
- Ambasadora?
- W obecnych czasach jesteś jednym z najbardziej rozpoznawalnych członków naszej organizacji. Przebijają cię tylko Mistrz Założyciel Golas, który przebywa w stanie długowiecznego snu oraz Generał Caibre szalejący w szeregach CA. Yellow Line zrobiło z ciebie godnego reprezentanta na szczeblu politycznym. Po za tym jeśli dojdzie do czegoś więcej umiał byś sobie poradzić.
- Brzmi ciekawie, tylko, że ja się nie znam na polityce.
W tym momencie do pomieszczenia wleciał dron serwisowy. Na czubku obudowy miał zamontowaną tacę, na niej umiejscowiony był wielki kufel piwa oraz szklaneczka bursztynowego napoju. Podleciał do rozmówców i wręczył im napoje, po czym wyfrunął z pomieszczenia.
- Nie martw się o to, na miejscu spotkasz się z naszym człowiekiem. Nie mogę ci jeszcze powiedzieć kim on jest, ale wszystkiego się od niego dowiesz.
- Na miejscu… Czyli gdzie dokładnie?
- Coddar.
- Coddar?
- Niedawno odkryta planeta na której można znaleźć coś cenniejszego od znanych dotąd skarbów. Jest tylko jeden problem… - Tu Wielki Mistrz wtajemniczył Wellsa w całą sytuację dziejącą się w około jak i na planecie Coddar.
- I niby jak ja miał bym się tam dostać? Nie dość, że pochodzę z innego wymiaru to jeszcze mam cyberwszczep… to się nie uda.
- A co by było, gdybym ci powiedział, że znaleźliśmy pewną lukę? Może tego nie wiesz, ale większość członków ZCMu posiada przeróżne implanty i cybernetyczne ulepszenia. Gdybyśmy czegoś nie wymyślili byli byśmy do tyłu z całą wyprawą i szałem na kryształy.
- Jak znam naszych naukowców to pewnie wszystko brzmi pięknie w teorii…
- Bez ryzyka nie ma rozwoju, a to jest bardzo ryzykowny eksperyment. Jeśli się powiedzie, będziemy w stanie dotrzeć na planetę i rozpocząć wydobycie, jeśli nie…
- Dobra starcze, skończ z tymi ideologicznymi pierdołami i opowiedz co wymyśliłeś. Od tego zależy, czy wybiorę się na to szaleństwo, czy nie.
- Skoro brama przepuszcza tylko słabo rozwinięte technologie i blokuje magię, potrzebujemy czegoś co sprawi by były niewidzialnymi. Skoro kryształy ograniczają nieprawdopodobieństwa i wzmacniają prawdopodobieństwa, wystarczy sprawić, by nieprawdopodobne stało się prawdopodobnym.
- No tak, bardzo logiczne… Powodzenia w wyprawie… - Wells wstał.
- Poczekaj, poczekaj. Chodzi o wprowadzenie paradoksu. Konkretnie bariery paradoksu. W starej wojnie z Zergami używaliśmy generatorów czarnych dziur aby wytłuc tę żarłoczną rasę. Obecnie posiadamy technologię iskry. Jedno pochłania wszelką energię, a drugie generuje nieskończone pokłady energii. Tak jak ci kiedyś tłumaczyłem. Iskra jest odwrotnością czarnej dziury. Najprościej mówiąc, w teorii, jeśli stworzyć barierę wokół statku z czarnej dziury i bombardować ją energią, z iskry, powinniśmy uzyskać barierę paradoksu i być niewidzialni dla bramy.
- No i…?
- Dostaniemy się na planetę. Kogo obchodzi, czy jego implant będzie działać, przekona się o tym na miejscu.
No nie wiem, czy to taki dobry pomysł…

***
Wielki, kosmiczny żaglowiec KZE – 2207 należący do ZCMu dryfował majestatycznie nieopodal bramy. W jego stronę leciał statek z symbolem Akademii. Od incydentu wywołanego przez Agendę wprowadzono kontrole ładowni przekraczających bramę statków. Można by pomyśleć, ze zmniejszyło to prawdopodobieństwo przemycenia jakichś niedopuszczalnych artefaktów. Pytanie brzmi, czy na pewno?

***

Wells siedział w swojej kajucie, w wygodnym fotelu na przeciwko łóżka i palił papierosa. Behemoth spał wygodnie w wyłożonym poduszkami koszyku. Nagle rozległ się brzęczyk interkomu. Ryghart wcisną przycisk służący do odebrania połączenia. Po chwili usłyszał kobiecy głos dobiegający z głośniczka.
- Inspektorzy już są na statku. Kapitan kazał rozpocząć ekranowanie.
- Dzięki Kaz. Kto by pomyślał, ze jeden mały implant może przynieść tyle kłopotów...
Wells wyłączył transmisję i sięgnął do szuflady biurka. Wyjął z niej opakowanie wypełnione dziwnymi, niebieskimi pigułkami. Czemu akurat niebieskie... - pomyślał, po czym przypomniał sobie drwiący wzrok Behemoth’a, gdy Ryghart dostał je od Kaz, XO statku.
Wells podszedł do barku i nalał sobie szklaneczkę. Zaczął zastanawiać się co on właściwie robi na tej misji. Nie był przecież ani inżynierem, ani górnikiem. Był jedynie bohaterem ZCMu sprzed kilku miesięcy, kiedy to startował w szaleńczym wyścigu Yellow Line. Owszem od tamtej pory był pełnoprawnym członkiem ZCMu, ale co miał zespół rajdowy do grzebania w skałach i polityki... Ryghart wziął jedna tabletkę i połknął ją przepijając nalaną wcześniej whiskey.

***
- Jak to nie możemy z tym wlecieć?! – Wrzeszczał człowiek w oficerskim mundurze ZCM’u
- Takie są zasady panie poruczniku. Zakaz wwożenia zaawansowanej technologii. – Odpowiedział mu inspektor Akademii.
- Czy pańskim zdaniem urządzenie napędzane silnikiem spalinowym jest zaawansowaną technologią?
- Ale w dalszym ciągu jest to robot. Napęd spalinowy, czy nie i tak nie dostaniecie przepustki.
- To jest górniczy kombinezon wydobywczy… Czy pan się choć trochę zna na tym co robi? – Zapytał oburzony porucznik.
- Niech pan mu wybaczy, brakowało nam ludzi do inspektoratu przez to zamieszanie z bramą i musieliśmy brać nowicjuszy w trakcie szkolenia. – Dołączył się do rozmowy inny inspektor. – Oczywiście, że spalinowy kombinezon górniczy może przejść. Dużo tego macie?
- Około trzydziestu. Reszta krasnoludów woli bawić się tradycyjnie.
- Rozumiem. Żbikowski idź liczyć te pojemniki z uranem, może w tym zadaniu nic nie spartolisz.
Nowicjusz podbiegł do prawej półki i zaczął liczyć kontenery. Inspektor z porucznikiem poszli dalej przez ładownię w kierunku śluzy. Po drodze mijali sterty skrzyń z narzędziami, gotowymi do przetworzenia belkami tytanu, żelaza, aluminium, miedzi itp.
- Powiedzcie mi panie poruczniku na co wam to wszystko? – Zapytał z zaciekawieniem inspektor.
- Mieliśmy nie przywozić zaawansowanych gadżetów, więc to co nam potrzebne zbudujemy na powierzchni.
- Dobrze, to proszę mi jeszcze powiedzieć, co jest za tymi drzwiami…
- Śluza powietrzna.
- To dziwne, ponieważ według schematów tego statku, w tym pomieszczeniu znajduje się tajny magazyn… - Powiedział inspektor rozkładając trzymane w ręku schematy techniczne statku.

***

Inspektorzy ukończyli sprawdzanie okrętu i odlecieli. Przez ich kontrolę, KZE-2207 musiało opuścić pięciu członków załogi u których wykryto implanty. Oprócz tego znaleziono jeszcze zakazany rozpraszacz sygnałów, służący do zakłócania wszelkich transmisji; generator pola ochronnego; pięć myśliwców taktycznych klasy Thunderbolt oraz… iskrę. Wszystkie te artefakty, wraz z niedopuszczonymi członkami załogi zostały przeniesione na wypożyczony przez Akademię transporter i odesłane na planetę Norn. Inspektorzy czuli się dumni z pierwszej udanej akcji.

***

- Kapitanie! Melduję powodzenie misji „Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”. Właśnie dostaliśmy zezwolenie na przejście przez bramę. – Oznajmiła łączniczka.
- Bardzo dobrze. – Rzekł brodaty mężczyzna siedzący wygodnie w fotelu, w centralnej części mostka. – W takim razie rozłożyć żagiel i cała naprzód! Prawdopodobieństwo jest po naszej stronie.

***

Behemoth siedział na biurku naprzeciwko Wells’a i wyglądał jak by zobaczył ducha.
- Jak to, ta brama przepuszcza tylko te bardziej prawdopodobne zdarzenia i rzeczy?... Dlaczego mówisz mi o tym dopiero teraz!? Czy ja ci kurwa wyglądam prawdopodobnie?! Jestem szczurem… Mówiącym szczurem!!!
- Uspokój się. Nic nam nie będzie. – Odparł spokojnie Wells zerując kolejnego drinka.
- Skąd ta pewność?
- Raczej wiara… - Zauważywszy spojrzenie szczura szybko dodał – W pracę doskonałych naukowców, którzy…
- Toś mnie kurwa pocieszył!! – zaczął piszczeć w panice Behemoth – Już raz zginąłem przez twoje durne pomysły! Aż tak bardzo chcesz się mnie pozbyć pijacki kutafonie?!!
- Spokojnie. Jeśli zginiemy to zginiemy wszyscy…
- KURWA! I to ma mnie pocieszyć!!! Jak ci zaraz poprawię ten sznyt na ryju, to nikt cię w trumnie nie pozna! – Powiedziawszy to Behemoth skoczył Wellsowi na twarz i zaczął szaleńczo drapać pazurami po starej bliźnie.
Szamotanina trwała dobre kilka chwil. Wells, starał się zrzucić gryzonia machając głową we wszystkich stronach, co chwilę strącając coś z biurka lub zahaczając o ścianę. Gdy Wells potknął się o fotel i upadł na łóżko, szczur przeskoczył mu na tył głowy i zaczął gryźć po prawym uchu. Nagle, całą szamotaninę przerwał głos z interkomu.
- Tu kapitan okrętu. Chciał bym wszystkich poinformować, iż bezpiecznie przedostaliśmy się przez bramę na drugą stronę tunelu. Za chwilę rozpoczynamy wejście w atmosferę. Wszyscy na stanowiska, przygotować się do opuszczenia statku i rozpoczęcia budowy jednostki badawczo wydobywczej!
Wells i Behemoth spojrzeli na siebie i zaczęli się głośno śmiać.

***

Kilka dni wcześniej.

- Kapitanie Trevor, czy cele operacji są jasne?
- Tak jest, panie admirale! Tylko Jak uda się nam zataić magazyn? Cała reszta jest jasna. Agenda uszkodzi systemy skanujące u bramy, tym czymś czego nasi szpiedzy nie byli w stanie zidentyfikować, podczas próby przedarcia się. Przez to inspektorzy będą sprawdzać co wiezie każdy następny statek po statku. Jest tylko jeden problem agenci Akademii na pewno będą próbować dostać się do planów KZE. Nie jest to nowy model, więc nie będą mieli z tym problemów…
- Spokojnie, już mają te plany. Odpowiednio zmodyfikowane. – Odpowiedział gryząc cygaro w parszywym uśmiechu admirał.
Last edited by Taii on Fri Feb 22, 2013 12:09 am, edited 1 time in total.
"Chłop kopiący ziemniaki, to proza realistyczna; chłop kopiący pomarańcze to fantastyka (lub schizofrenia); ziemniaki kopiące chłopa to Sci-Fi"
R. Kot
User avatar
Caerth
Posts: 513
Joined: Sun Feb 22, 2009 9:44 pm
Location: Above

Re: Teoria Wzrostu

Post by Caerth »

Miasto Farron okazało się ruiną.
Osada Farron, zbudowana wokół jedynego źródła wody w promieniu setek kilometrów miało się natomiast całkiem nieźle - głównie z powodu tej wody.

I doboru naturalnego. Wspomaganego bardzo przez dość szczególny rozkład procesów ewolucji.
James zaczynał podejrzewać iż złoża stabilinum miały ogromny wpływ na rozwój cywilizacji. Gdy zobaczył pierwszych mieszkańców południowych krain, podejrzenie zamieniło się pewność.
Sekretarz wiedział, dzięki szczegółowym raportom, iż w Khartum do niedawna głównym środkiem transportu był koń. Cywilizowani mieszkańcy pasa dobrobytu między zwrotnikami posługiwali się teraz mechanicznymi pojazdami wszelkiej maści i odkrywali uroki podatku drogowego.
Dla kontrastu, pustynni jeźdzcy z Farron mieli smoki. No, nie smoki, poprawił się chłopak, wykreślając słowo z raportu - wywerny. Wielkie, wredne, rogate wywerny.
Zamiast delikatnych, drewnianych konstruktów napędzanych silnikami, których pełno było w Khartum i okolicach, kontakt z odległymi oazami utrzymywano przy pomocy monstrualnych pociągów. Wyskalowanych odpowiednio do transportu, wywern, między innymi.
Opancerzonych pociągów. Uzbrojonych. W artylerię. Ba, nawet wielkie bestie, używane jako zwierzęta pociągowe, przeważnie podróżowały odziane w dodatkowe opancerzenie i armatę na obrotowym piedestale na grzebiecie. Na wypadek gdyby rekiny piaskowe postanowiły sprawdzić jak dana karawana smakuje. Do tego dochodziły rogate gady eskorty - również dodatkowo opancerzone.
Dla porównania, Khartum nigdy nie rozwinęło swojej artylerii ponad funkcje ceremonialne. Broń osobista była bardziej powszechna, głównie jako narzędzie do polowań - brak wojen w centralnym regionie kontynentu sprawił iż technologia wojskowa stała na stosunkowo niskim poziomie. Tylko straż morska, niezbyt liczna, inwestowała w uzbrojenie - i dysponowała sporą liczbą bardzo szybkich i dobrze uzbrojonych okrętów. Nie należało się temu dziwić, gdyż były to jedyne siły Khartum które miały kontakt ze światem poza bezpośrednim wpływem stabilinum. Brak znaczących partnerów handlowych również nie pomagał.

Południowa pustynia była miejscem zgoła innym. Gdy lokalny ekwiwalent polnej myszy ma metr, kolce jadowe na grzbiecie i charakter wkurzonego borsuka alternatywą do śmierci jest adaptacja do warunków. Bardzo szybka.
Oczywistym więc, iż takie warunki wpłynęły na żyjących na pustyni ludzi. James był szczerze zaskoczony iż mieszkańcy wioski, poza niezwykłymi wierzchowcami niezbyt różnili się od archetypu ludzkiego. W zasadzie, wogóle się nie różnili.
A potem zobaczył tutejszego kurczaka.
Image
I zwątpił czy zdołają podporządkować sobie tych ludzi. Tych twardych, dumnych ludzi pustyni...

---

Zwątpnienie utrzymało się przez pierwsze dziesięć minut. W tym czasie Xellas i Ehren wychodzili z siebie by obrazić jak największą liczbę wojowników plemienia, ich żon, córek, przodków, możliwości seksualnych i preferencji - lista obelg była długa - James sam pomagał ją układać.
Efektem było mordobicie, ze wskazaniem na chęć mordu. Upierdliwa para została otoczona przez wkurzony lokalny element i się zaczęło.

Trzy dni później...

Ród Farron, pod wodzą nowego wodza, Ehrena, pod światłym przewodnictwem kapłanki Xellas, wspomagani mądrą radą mędrca Jamesa, spakował swoje dobra doczesne, załadował dobytek wszelaki i trzodę, tą ostatnią dość oporną na takie poczynania, na robiący wrażenie pomimo wieku gigantyczny pociąg, by wyruszyć na północ z misją zjednoczenia wolnych ludów.
I odebrania ich dziedzictwa z rąk uzurpatorów z Khartum, niech przeklęte będą ich kości.

James sam ułożył te bzdury. Był szczególnie zadowolony z fragmentu dotyczącego uzurpatorów - fakt iż nomadyczne plemiona zamieszkiwały starożytne ruiny stale przypominające im o minionej glorii całkiem nieźle uwiarygodnił bezsensowną bajeczkę. Chłopak, wygodnie rozłożony z papierologią stosowaną na kozetce, kończył właśnie inwentaryzację ich nowego dobytku, gdy niebo zwaliło im się na głowy. A przynajmniej jego fragment.
Last edited by Caerth on Fri Feb 22, 2013 5:44 pm, edited 8 times in total.
My soul is still the same
But it has many names
User avatar
Windukind
Posts: 1125
Joined: Fri Aug 29, 2008 12:53 pm

Re: Teoria Wzrostu

Post by Windukind »

Stephano po wypchnięciu wszystkich skrzyń był do ekstremalnie wykończony. Ledwo udało mu się zalać kubek z zupą instant i wziąć kilka łyków napoju energetycznego, gdy popadł w kamienny sen.
W jego skrzynie rozleciały się na kawałki i wylazły z nich ogromne trutnie, które zaciągnęły go w dół kanionu. Tam rozlazły się w różne strony i poczęły zakładać wylęgarnie. Cztery potężne żywe struktury rosły ku niebu, a podłoże depresji zaczęła pokrywać dziwna żywa tkanka. Pozostałe trutnie rozpoczęły drążenie tuneli. Miejsce, w którym leżał cuchnęło, a powietrze w nim było bardzo gęste. Gdzieś obok znajdowały się szczeliny, z których wydobywały się obłoki zielonego gazu. Wydawało się, że czas mijał tak powoli, ale wśród tuneli wylęgarni zaczął dostrzegać nowe jaja. Trutnie wyglądały obrzydliwie i odpychająco, ale to czego serca właśnie zaczęły bić było znacznie straszniejsze. Mimo to czuł jakąś więź z nimi, znał ich emocje, a ono reagowały na każdy jego impuls, tak jakby ich umysły przeistaczały się w jeden.
W rzeczywistości tkanka wchłonęła Stephano dołączając go do roju. Cechy zergów oraz umiejętności Stephano w zarządzaniu makro i mikro spowodowały, że kiedy po trzech dniach inne organizacje męczyły się założeniem pierwszych kopalni, on już posiadał cztery, a wytrwałe trutnie z każdą chwilą drożyły coraz to głębsze i bardziej rozległe tunele.

-------------------------------------------------------------------------------------

W biznesowej dzielnicy Khartum powstało biuro agencyjne Psiej Ligii. Wszystko dzięki podwykonawcom, ale przy reputacji klienta nie było ciężko znaleźć chętnych. Windukind stał przy oknie w sali konferencyjnej. Patrzył w dal przyglądając się możliwym alternatywom przyszłości. Obrazy rozpływały się i powielały. Wreszcie poczuł jak oczy go zaczęły boleć. Wytrzymał jeszcze chwilę i je zamknął. Prawą ręką sięgnął po opaskę, którą zawiesił na krześle i zakrył nią powieki. Przyjemny chłód rozszedł mu się po twarzy. Z tyłu usłyszał dźwięk klamki.
- Lordzie Windu – usłyszał miły damski głos. Jedna z najlepszych negocjatorek jakimi mogła się pochwalić Psia Liga.
- Wejdź Arrain, przepiękna suknia.
- Na prawdę tak myślisz? – dziewczyna spędziła sporo czasu w organizacji, ale ciężko jej było się przyzwyczaić do rozmów z Archontem.
- Podobają mi się lokalne symbole, które w nią wplotłaś, szczególnie nadzieja.
- Dziękuję. Mamy już harmonogram spotkań na ten tydzień. Na jutro zaplanowaliśmy wystąpienia na Uniwersytecie i Politechnice Khartum, pojutrze odbędzie się konferenecja z przedstawicielami biznesu i występ na prestiżowej akademii ekonomicznej. Planujemy jeszcze trzeci dzień, ale wciąż dużo może się wydarzyć.
- Dopracujcie wszystko, kryształy są o wiele mniej cenne od tych ludzi – Windukind odwrócił się do Arrain.
- Na salach będą tłumy, takie jak to wydarzenie zdarzają się tu bardzo rzadko, a nawet można powiedzieć, że nigdy. Media już o nas trąbią. – zrobiła krótką przerwę - Kart kazał przekazać, że obecnie obdzwaniają długą listę organizacji pozarządowych, które mogą popierać nasze idee. – zerknęła na karteczkę – a i w sprawie tej stacji telewizyjnej, czekamy jeszcze na ich wyniki finansowe z zeszłych lat i myślę, że będziemy mogli sfinalizować umowę Wtedy przyjdzie czas kolejną na rozmowę z radą. To co, otrzymaliśmy dotąd to były tylko miłe prezenty na powitalne.
Last edited by Windukind on Fri Feb 22, 2013 11:52 am, edited 6 times in total.
We do not sow


Oh, the places you will go! There is fun to be done. There are points to be scored. There are games to be won.
User avatar
Koranona
Posts: 6
Joined: Wed Feb 20, 2013 9:57 pm
Location: Północ

Re: Teoria Wzrostu

Post by Koranona »

Nieprzyjemne mdłości związane z materializcją nie zdążyły minąć, kiedy wiedźma juz wiedziała gdzie znowu klątwa postanowiła ją pojawić. Kilkadziesiąt metrów nad ziemią. I zaczeła spadać zgodnie z działającymi na planecie prawami grawitacji. Szybko.
Pęd targał płaszczem i włosami, wyciskał łzy z oczu i ogłuszczał, więc gdy dopikował do niej biały szczur ledwo usłyszała co mówi jej prosto do ucha, A raczej krzyrzy.
- Nooooona, zaklecie asekuracyjne!!! - krzyczał gruby albinoski szczur próbujący uczepić się jej ucha - Nie taaaak! prawy kciuk pod spód a prawy wskazujący na góre!
- I tak mi nie wyjdzieee! - krzykneła Koranona zrozpaczona - co jest na dole?
- Nie chce cie martwić ale... pociąg?
Świetnie - pomyślała wiedźma.
- Ale chyba stoi... Zeklęcie!
- Za mało czasu! Aaaaa - krzykneła wiedźma, ale tego szczur już szczur nie usłyszał, gdyż zaklęcie asekuracyjne wypchneło go do góry.

***
Ehren przechadzał się właśnie po najwyższym, odsłoniętym pokładzie pociągu, gdy jego podświadomość kazała mu uskoczyć przed nieznanym, zbliżajacym się niebezpieczeństwem z góry. Uskoczył, ale fala zaklęcia asekuracyjnego i tak pchneła go na podłoge. Byłby wstał natychmiast żeby zobaczyć co się stało, ale w tym momencie na jego plecy spadło coś. Grom z jasnego nieba. To znaczy wiedźma.

- Auauaaauau, mój tyłek - zajeczała młoda osóbka, która wylądowała niewinnej ofiarze na plecach - Om, przepraszam - stwierdziła dopiero teraz zauważając, że na kim wylądowała.
Wstała, otrzepała sie z gracją i staneła tak, żeby widział ją podnoszący się Ehren.
- Co do...
- Jestem Koranona.
W tym momencie, w miejscu, gdzie Urzu miał przed sekundą głowę, spadła ciężka podróżna walizeczka
- A to jest moja praca.
Ehren wstał i cofnął się od walizki... i w tym momencie na miejsce, w którym przed chwila stał oklapła biała kupa futra, która zaczeła wydawać z siebie odgłosy świadczące conajmniej o agonii.
- A to jest Hektor.
Last edited by Koranona on Fri Feb 22, 2013 6:39 pm, edited 4 times in total.
Do you ever get tired of being random?
User avatar
Rosomak
Posts: 1225
Joined: Sat Jan 03, 2009 12:00 pm

Re: Teoria Wzrostu

Post by Rosomak »

Jakieś niezrozumiałe krzyki wyrwały go z ciemności. Powoli otworzył oczy. Leżał na ziemi i wszystko bolało. Przednim jakieś dwie rozmazane sylwetki żywo gestykulowały wrzeszcząc niemiłosiernie.
- Znowu go zabiłaś – krzyknęła pierwsza postać.
- Ta, jasne. Moja wina, że w ten statek przywaliła jakaś kosmiczna skała – odgryzła się druga postać.
- To może poćwicz trochę te swoje czary-mary – drążyła pierwsza. - Wtedy nie będziesz zrzucać ludzi z kilkudziesięciu metrów na ziemię.
- Już ci mówiłem, że cos zakłóca moją magię – tłumaczyła zaatakowana.
- Znowu się kłócą – mruknął do siebie. – A tak poza tym nic mi nie jest! – dodał głośnej.
- Żyjesz! – ucieszyła się pierwsza postać podchodząc do niego.
Była młoda i bardzo ładna. Miała krótko ścięte blond włosy, które stały na baczność, podtrzymywane przez parę okularów przeciwsłonecznych podciągniętych na czoło. Biały T-shirt bez rękawów opinał jej niemały biust, uwydatniając wszystkie walory. Luźne, wojskowe spodnie lekko falowały na wietrze. Na nogach miała czarne, wysokie skórzane buty ze wzmocnieniami. U pasa wisiała mała torba. Jej prawe ramie i dłoń były całkowicie cybernetyczne.
- Mówiłam, że nic mu nie będzie.
Druga, nieco wyższa, dziewczyna zatrzymała się koło blondynki. Była w tym samym wieku co tamta, poza tym stanowiła jej zupełne przeciwieństwo. Miała długie, sięgające połowy pleców czarne włosy z pod których wystawały spiczaste uszy. Ubrana była w jasną, zwiewną sukienkę z pod które widać było bose stopy z czerwonymi paznokciami. To ona była czarodziejką.
- Jesteś cały – zapytała ciemnowłosa pomagając mu wstać.
- Tak – oparł.
- Na pewno? – rzekła blondynka wskazując na jego ramię. – Lepiej to schowaj nim się zagoi.
Spojrzał na swoją rękę opuszczoną luźno przy boku. Była wykręcona pod dziwnym kątem, a ze sporej rany na przedramieniu wystawały kości.
Chwycił zraniona kończynie drugą i pociągnął z całej. Wystające kawałki szkieletu wskoczyły na swoje miejsce z głośnym mlaśnięciem.
- Nie cierpię jak to robisz – rzekła czarodziejka.
- Ja też – odparł. – Czy ktoś mi powie dokładnie co się stało po zniszczeniu statku – dodał przyglądając się prawie już zagojonej ranie.
- Aktywowałam zaklęcie ochronę by nas osłonić przed upadkiem – zaczęła ciemnowłosa.
- Tylko nagle przestało działać – wtrąciła blondynka.
- Raczej coś je zaczęło zakłócać – sprostowała ciemnowłosa. – Nie mogłam utrzymać naszej trójki, więc musiałem cię puścić - dokończyła zażenowana. – Przepraszam.
- Rozumiem – odparł głaszcząc ją, już zdrową ręką, po ciemnych włosach.
Blondynka na ten gest zrobiła naburmuszoną minę.
- A co z resztą pasażerów i statkiem? - zapytał
- Usmażeni na chrupko – rzekła niższa z dziewczyn wskazując coś z jego plecami.
Odwrócił się. W odległości paruset metrów unosił się ciemny słup dymu.
- To z powrotu nici. Co teraz?
- Jak wierzyć odczytom – blondynka sprawdzała coś na komputerze wbudowanym w sztuczną rękę – to północ jest tam.
Wskazała w lewo.
- To chyba nie ma co czekać. Idziemy – zakomenderowała czarodziejka.
Ruszyli.
Pustynia była spora, a dzień chylił się ku końcowi.
Last edited by Rosomak on Fri Feb 22, 2013 10:54 pm, edited 3 times in total.
User avatar
Crow
Posts: 2585
Joined: Fri Aug 29, 2008 10:51 am

Re: Teoria Wzrostu

Post by Crow »

W - W ten sposób Windukind, Psioligowcy i uciekinierzy z Vendingroth powrócili na Shiroue. – Kończący prelekcję mężczyzna zeskoczył z ławki na ziemię. – Nie był to jednak koniec ich kłopotów, gdyż tsunami było wywołane narodzinami demona Dark Caibre, który wkrótce miał sprowadzić na ich dom kolejne nieszczęścia.
W- A co stało się z Yubym, Raflikiem, Iranahlem i prawdziwym Caibrem? – zapytała jedna ze słuchaczek.
W- Gdy walka była już rozstrzygnięta Yuby, Raflik i Iranahl opuścili wyspę przez portal, nim ta się zapadła. – Mężczyzna poprawił wąskie okulary, które zsunęły się odrobinę z nosa. – Po śmierci Zegarmistrza w AntyWiPie szykowały się duże zmiany, a fakt, iż w niedalekiej przyszłości Dark Caibre zniszczył Ponure Zamczysko tylko je przyspieszył. Yuby miał wkrótce zreformować organizację i zostać jej nowym przywódcą. O tym opowiem Wam jednak przy następnym spotkaniu. – Rektor przerwał na chwilę zastanawiając się, jak ubrać w słowa kolejną myśl. – Dalsze losy, jak to ładnie nazwałaś, ‘prawdziwego’ Caibra są dość trudne do prześledzenia i nawet dla nas nie wszystko jest jasne. Wiele lat później miał jednak zginąć z rąk Shivan. Wtedy jego esencja powróciła do ciała Dark Caibre, znów formując jeden byt.

WWWNim mężczyzna odpowiedział na wszystkie pytania, a sala opustoszała, dochodziło już późne popołudnie. On tymczasem miał jeszcze tuzin zadań zaplanowanych tego dnia. Academia Omnes Artes Feminarum, podobnie jak w wielu odkrytych światach, szybko otworzyła na Coddar swoje placówki edukacyjne. Kampus został ulokowany na terenie Khartum i jego rozwojowi rektor przypisywał większy priorytet nawet niż obsłudze bramy. Teraz jednak jego myśli powędrowały w kierunku niestabilnego wormhole’a.

W- Tyle czasu poświęciliśmy na opracowanie bezpiecznej metody podróży do Coddar. – Zarzucił na plecy długi płaszcz. – Przygotowaliśmy dla wszystkich organizacji tak skrótowe broszury informacyjne, jak szczegółowe instrukcje obsługi przejścia. Nie wiem, czy tylko Psia Liga je przeczytała, że jako jedyni bez problemów pokonali przejście? Czy pozostali świadomie zignorowali nasze zalecenia, narażając swoich najlepszych reprezentantów na niebezpieczeństwo?
W- Panie Crow! – przyjemny, choć doniosły głos jednej z asystentek wyrwał mężczyznę z zamyślenia. – Mamy kolejną porcję informacji na temat obecnych na Coddar podróżników.

WWWGdy Agenda, AntyWiP i ZC przybyli do tej części Multiuniwersum nauczyli jej rdzennych mieszkańców, do których Crow się zaliczał, podróżowania między planami. Międzywymiarowa podróż jest możliwa na wiele sposobów, angażujących w różnych proporcjach tak magię jak technologię, jednak bytów zdolnych ją inicjować jest w Multiświecie niewiele. Tych, posiadających ten talent nazywa się awatarami, lub podróżnikami, choć jest to mniej precyzyjny termin od swojego angielskiego odpowiednika - Planewalker. Podróżnicy są w stanie zaaranżować podróż jednostkom nie posiadającym tego talentu i w około wielu z nich tworzą się potężne organizacje. Agenda, Chaotic Alliance, Psia Liga, Zgromadzenie, Triumwirat i niedawno reaktywowany ZCM to siły wprawiające w ruch całe Multiuniwersum.

W- Wyśmienicie – odpowiedział w końcu wywołany. – Przygotuję sobie kawę i za pięć minut zapraszam do swojego biura.

WWWNiewiele później, zasiadając za dębowym biurkiem i sporadycznie sięgając po kubek z gorącym napojem, Crow studiował zawartość raportu. Organizacje od początku zagrywały swoje mocne karty. Psia Liga wysłała uzdolnionych negocjatorów i handlarzy, szybko zdobywając poparcie ludności Coddar i pomnażając majątek ze sprzedaży medykamentów stała się liczącym graczem na rynku Khartum. ZCM większość masy przesyłowej poświęcił na sprzęt górniczy. Agenda wysłała reprezentację elitarną, jednak przewieźli przez bramę coś, co zapewne zapewni im wyrównaną konkurencję. CA tymczasem rozbiło się o powierzchnię planety.
W- Rozumiem, że nadal nie ma wieści od ekspedycji ratunkowej? – Crow skierował pytanie do siedzącej naprzeciw asystentki.
W- Niestety nie.
W- Przekażcie proszę inspektorowi Xavierowi, żeby nie odwoływał misji. Jestem przekonany, że ci, którzy są w Chaotic Alliance wychodzą z takiej sytuacji tylko z kilkoma siniakami.

WWWAsystentka zanotowała uwagę w żółtym notesie, a rektor powrócił do lektury. Po ogólnym wstępie kolejne rozdziały bardziej szczegółowo przedstawiały znane fakty związane z działaniem poszczególnych ekspedycji. Gdy Crow dotarł do zdania opisującego przybycie Agendy na pokładzie okrętu identyfikującego się jako HMS Ruby oderwał ponownie wzrok od tekstu.
W- HMS? – zapytał zdziwiony. – To na cześć Noire?
W- N.. nie wiemy tego. – Asystentka była zaskoczona pytaniem.
W- Jeśli tak, to nasza droga sukkubica nieźle się rozporządza. Kontynuujmy jednak.

WWWDalsza część raportu zawierała kolejne niespodzianki.

W- Co? – niezbyt elokwentnie kolejne pytanie zaczął Crow – Statek ZCMu ma ponad półtora kilometra długości? Jakim cudem przelecieli żywi przez bramę?
W- 1569 metrów to długość z rozłożonym żaglem. Kadłub żaglowca jest dużo mniejszy – odpowiedziała asystentka. – Nawet mimo tego jednostka wielokrotnie przekracza normy bezpieczeństwa, które określaliśmy obrazowo jako niewielki autokar. Nawet zakładając, że konstrukcja gwiezdnych transportowców jest kartą atutową ZCMu większość sprzętu, który przewieźli musiało ulec zmiażdżeniu a pewnie nie odbyło się i bez strat w ludziach.
W- Wiedziałem, że w końcu dojdzie do nieszczęścia. Dajcie mi proszę znać jak tylko będzie wiadomo coś więcej o losach żaglowca.

WWWW raporcie niewiele rzeczy było bardziej niepokojących, niż nagłe zniknięcie ekspedycji Chaotic Alliance. Reprezentantów tej grupy lepiej było nie mieć za plecami, ale odnalezienie ich tropu na pustyni Archai mogło okazać się zadaniem na długie tygodnie. Jedną z niewielu równie alarmujących informacji było pojawienie się na planecie zergów. Jednym z kursów prowadzonych przez Crowa na Akademii była historia i kultura Multiuniwersum. Cały godzinny wykład był poświęcony Khaj’litt – niejeden podróżnik miał do wyrównania rachunki z zergami. Na Coddar nie było technologii wykorzystanych lata temu do walki z rojem i ten epizod nosił symptomy grożącej planecie krwawej jatki.

WWWGdy Crow przeczytał ostatnią stronę raportu stojący w rogu pomieszczenia zegar wybił jedenastą. Asystentka przekazywała ostatnie uwagi.

W- Jutro na naszej uczelni Psia Liga będzie miała swoje wystąpienie. – Zarówno Uniwersytet jak Politechnika Khartum były prowadzone przez Akademię.
W- Wyśmienicie – przytaknął Crow – wygospodaruję trochę czasu by posłuchać ich wystąpienia. Poproś ich tylko, żeby wyraźnie podkreślili, że Akademia nie reprezentuje ich sprawy. W zasadzie – zastanowił się chwilę – dobrze by było, gdyby pozostałe organizacje również wygłosiły u nas jakieś prelekcje. W obecnym tempie Psia Liga zdobędzie tak dominującą pozycję w Khartum, że pozostali będą mieli problemy z dostępem do portu. Wyślij proszę zaproszenia do tych, z którymi mamy kontakt.

W- Jest jeszcze informacja z ostatniej chwili.

Crow uniósł pytająco brew.

W- Przez bramę przybył nowy podróżnik.
W- Bardzo dobrze. Ruszył się ktoś ze Zgromadzenia? Może Roevean? Raflik? A może sama Noire?
W- Nie, nie – przerwała asystentka - NOWY podróżnik.
Ucho kubka trzymanego przez Crowa pękło i naczynie roztrzaskało się o podłogę. Rektor nawet tego nie zauważył. Informacja podana przez asystentkę była największym zaskoczeniem od momentu przybycia Akademii na Coddar.
W- NOWY awatar? Nikt taki nie pojawił się w Multiuniwersum od czasu rozłamu w Zgromadzeniu! Co o nim wiadomo?
W- Na razie niewiele. To jakieś dziecko, dziewczynka. Ponoć mówią na nią Pomarańczowa Wiedźma. Powinna być teraz w drodze do Khartum.
User avatar
Raflik
Posts: 163
Joined: Sun Jan 04, 2009 4:43 pm
Location: #care

Re: Teoria Wzrostu

Post by Raflik »

„Żołnierz nie jest od siedzenia i dłubania patykiem w ziemi tylko od najazdów, rabunków ewentualnie Tomb-Raidingu” Raflik – komentarze

Mała gumowa piłeczka odbiła się od metalicznej podłogi wysłużonego w bojach średniego transportera międzyplanetarnego. Poobdzierana konstrukcja dzielnie trzymała się kupy, i dalej była użytkowana, pomimo tego iż w wielu innych nacjach z racji długoletniej służby byłaby co najmniej oddelegowana w stan spoczynku, jeśli nie zezłomowana. Jednakże w tym wysłużonym W.R.A.K.-u czyli Wielozadaniowej Regularnej Amfibii Kosmicznej, o wdzięcznej nazwie „Palić Grabić Abordować 3113” dokonano znaczącej modyfikacji – zdemontowano uzbrojenie, co pozwoliło odzyskać niemal połowę tonażu, jednakże każdy rasowy Chaotik znajdujący się w takiej jednostce czuł się tak samo jak ktoś nie będący nudystą całkiem na golasa na Times Square.

Mała gumowa piłeczka, zgodnie z newtonowską zasadą dynamiki po odbiciu unosiła się w górę wśród stert sprzętu i ściśniętych pod ścianami na prowizorycznych siedziskach ludzi, lub istot człekokształtnych. Pomimo odzyskania przestrzeni po demontażu uzbrojenia, całość skrzętnie zapchano aparaturą, w większości metalowymi prętami o średnicy kilkunastu centymetrów, i wysokości półtora metra, oraz przyrządami służącymi zapewne do produkcji takowych z ewentualnie dostępnych surowców, jakich spodziewano się znaleźć na planecie. Oficjalnie aparatura zastosowanie miała pomiarowo-lokalizujące, jednak prawdziwe znaczenie i cel wiadome było tylko najważniejszym członkom załogi… i JEMU.

Mała gumowa piłeczka trafiła z powrotem w rękę, która kilka chwil temu od niechcenia rzuciła ją na podłogę. Dłoń delikatnie wgięła się przyjmując obce ciało, a patyczkowate palce zacisnęły się dokładnie wokół piłki, zakrywając ją całkowicie niczym rosiczka zaciskająca się wokół owada. Żyła na nadgarstku drgnęła wskazując użycie znacznej siły. Załoga transportowca mogłaby przysiąc iż słyszała przedśmiertelny pisk kruszonej piłeczki, a niektórzy niewiadomo czemu nerwowo przełknęli ślinę. Wysoka postać w niebieskich spodniach i jasnej kolczudze, z mieczem emanującym delikatną poświatą przy boku podniosła do twarzy zaciśniętą pięść. Wyraźnie było widać jej wzburzenie.

- NIKT! Nikt nie decyduje o tym czego Chaotic Aliance wolno, a czego nie! – wykrzyczał Raflik ni to do siebie, ni członków załogi, ni zniszczonej piłeczce w zaciśniętej pięści.
- Cholerne kryształy blokujące transfery międzywymiarowe… trzy eskadry w pizdu… dwa szwadrony o kant rzyci obić. Czy to z kosmosu, czy próba bezpośredniego desantu jednostek naziemnych, te cholerne kryształy wysyłają wszystko co najmniej w czarną dziurę, lub cholera wie gdzie… w sumie z wszystkimi straciliśmy kontakt, a czarna dziura to nie najgorsze miejsce w jakim można się znaleźć… - urwał myśl Generalissimus, jednakże żaden z członków załogi nie odważył się odezwać, nikt nie chciał ryzykować ewentualnego uszczerbku na zdrowiu.
-…I jeszcze co?! Jedyny w miarę stabilną bramę w łapach ma kto? Banda zdziwaczałych bab pod komendą naczelnego zboczka…
- Ćsss.. proszę ciszej, jesteśmy tuż pod ich nosem, pewnie mają aparaturę podsłuchową po stronie Coddarskiej - odezwał się ktoś z tłumu, na tyle cicho aby stojący pośrodku Raflik nie usłyszał, zapominając kim ten Raflik jest i jakie posiada zdolności. Ten jednak niezrażony kontynuował
-… i co? I trzeba było się płaszczyć przed kimś takim…. Prosić o pozwolenie na przelot. Słyszeliście?! PROSIĆ! I jeszcze „środek transportu może naruszyć delikatną równowagę polityczną, doradzana demilitaryzacja, pod groźbą braku zgody na transfer” ROZBROIĆ LEKKI TRANSPORTER!?! – Półwampir wykrzykiwał z oburzeniem, ale załoga spojrzała tylko po sobie, ów „lekki transporter” posiadał siłę ognia lepszą od ciężkiego myśliwca szturmowego wielu ras i nacji multiuniwersum.
- Ale jak CA upatrzy sobie ofiarę, to chodźmy się paliło i waliło, cel zostanie osiągnięty! SŁYSZYCIE! PODBIJEMY TĘ CHOLERNĄ PLANETĘ! – rzucił groźbę w kosmos, nie wiadomo kogo czyniąc adresatem, chyba że w oddziale posiadał zdrajców, którzy mogliby tę informację przekazać dalej.
- Eee..yyy.. a nie przybiliśmyta tukej jakie kamyki zbieroć? - Odezwał się jeden z niższych rangą załogantów, uzbrojony po zęby, ściskający topór z wydrążoną w trzonku strzelbą, miniaturowy, bo zaledwie dwumetrowy troll
- A tak.. Stablinum. – Odezwał się, w swoim zwyczaju przekręcając nazwy, jednakże w spokojniejszym tonie Raflik. – Zebrać, przewieźć, wysłać, nabić pointsy… to nasze zadanie aktualnie – potwierdził przypuszczenia trolla, po czym odwrócił się i podszedł do kabiny pilotów.
- Jak tam?
- Podróź bez zakłóceń, chociaż przelot przez ten tunel daje takiego wizualnego kopa jak zmieszanie kilku mocnych halucynogenów i zażycie wszystkiego przez odbyt. – rzucił bezpośrednio i prostacko pilot. –Planeta przed nami, jakie rozkazy?-
Raflik z pewną nostalgią popatrzał na lodowy biegun planety. Pewnie tam będzie najlepsze miejsce pomyślał, jednak po chwili porzucił dziecinne pragnienie wylądowania tam gdzie ma ochotę i władczym tonem oznajmił
- Na Khartum, wylądujemy, rozejrzymy się i spadamy tam gdzie będzie nam pasowało. – Dopiero teraz zdał sobie sprawę iż ciągle ściska prawą dłoń w pięść.

Resztki małej gumowej piłeczki opadły na podłogę, jednak nie miały już siły jedności aby odbić się z wdziękiem, toteż niezgrabnie rozsypały się na metalicznej podłodze.


Lądowanie w porcie gwiezdnym odbyło się bez przeszkód, gdyż wszelaka konkurencja zadziwiająco unikała tego miejsca, lub nader szybko je opuszczała. Z jednym wyjątkiem…
Przy zorganizowanym schodzeniu po trapie, Raflikowi natychmiast rzucił się transportowiec Psiej Ligi zacumowany od kilku dni na planecie. Na ten widok splunął tylko przed siebie, gdyż doskonale zdawał sobie sprawę, że planeta przyciągnie więcej sępów i hien niż świeże truchło słonia na sawannie. Podejrzewał także iż organizacja z Shiroue zajmie się praworządnym wydziubdzianiem kryształków w ziemi… Dobrze, bo wystarczy założyć bazę w pobliżu ich i robić to co CA zawsze robiło najlepiej: żerować na pracy innych, aczkolwiek na tym polu powoli zaczynali przegrywać z najzwyklejszymi kapitalistami, tudzież politykami. Jednakże była druga strona medalu, czyhanie na ofiarę spowoduje opóźnienie planu właściwego, a jego ludzie pomimo bardzo dobrych referencji mogą nie osiągnąć sukcesu bez jego obecności, zarówno podczas rabunku konwojów Psiej Ligii jak i rabunku grobowców lub skarbów zaginionych plemion, a on się przecież nie rozdwoi. No trudno sprawę przemyśli później, najpierw powinien zebrać informacje archeologiczne o dawnych władcach, opuszczonych miastach i innych potencjalnych źródeł pozakopalnego pozyskania kryształów.
Załoga w zwartym szyku wychodziła z transportowca, pozwalając zauważyć personelowi portu bardzo sprawną i profesjonalną musztrę. Generał z dumą spojrzał na swój oddział, dwudziestu zabijaków jakich mało, a każdy z nich oprócz przeszkolenia wojskowego posiadał drugą specjalizację. Kilku inżynierów, dwóch medyków, łącznościowy ze smykałką do języków, kilku kierowców a także specjalista od portali oraz magii przywoływania. Każdy wyposażony w broń średniego zasięgu i broń białą. Kilku miało przewieszone przez plecy karabinki snajperskie – zbrojny oddział zbyt mały na udane przejęcie miasta, ale w sam raz na zbrojne wypady lub eksplorację ruin. Dodatkowo nieco bojowego sprzętu leżało zabezpieczone w skrzyniach, gdyż przewidywana była rekrutacja miejscowej ludności.
- Dobra zakapiory! – krzyknął do swoich Raflik – Jesteśmy na obcej planecie za wolą i zgodą tutejszych przedstawicieli toteż obowiązuje was odpowiedni protokół, że tak powiem… dyplomatyczny. Żadnych bójek, grabieży i przywłaszczania mienia pod groźbą śmierci. Obrona konieczna ograniczona do minimum, w wypadku zagrożenia życia rozbrajamy, ogłuszamy, okaleczamy w takiej właśnie kolejności, a jeśli naprawdę inaczej się nie da, dopiero wtedy macie zgodę na zabicie. W związku z czekającym was ogromnym wysiłkiem i trudem, na dziś lokujemy się w karczmie, czy co tu innego mają do zaoferowania i fajrant... – szmer zadowolenia przemknął przez oddział - …Możecie się napić, ale tyle aby jutro z rana być gotowym do wymarszu! – teraz głosy zadowolenia odezwały się z kilku gardeł, a Rafl uśmiechnął się pod nosem. W rzeczywistości większość z jego załogi była w stanie przepić największych koneserów podrzędnych spelun, ciągle mieszcząc się w definicji lekkiego upojenia alkoholowego, wszak pomimo iż z dala wyglądali jak grupa ludzi, w rzeczywistości przedstawiciele tej rasy stanowili ćwiartkę, nie wliczając Rafla i pilotów. Były tu trolle, orki, mroczne elfy, zwierzołaki, goblin, krasnolud, a nawet demon – mieszanka iście chaotyczna jak cała organizacja.


Udając się do miejsca noclegu Generał zwrócił uwagę na duży plakat na murze, krzyczący dużymi literami o spotkaniu Psiej Ligi w jakiejś tam akademii z ichniejszymi „grubymi szychami”. Chaotik zagryzł mocno zęby i odwróił się do oddziału.
- Mała zmiana planów, przed odpoczynkiem zbiórka u mnie!





-ZDROWIE – szczęk wypełnionych złocistym płynem kufli rozniósł się po zadymionym stropie obskurnej karczemki na obrzeżach slumsów. Większość mężczyzn, potomków górników, którym nieszczęśliwie za ich kadencji na pozycji „głowa rodziny” zgromadzona przez przodków gotówka stopniała do bardzo żałosnych rozmiarów, przesiadywała w tego typu karczmach, które wyrastały jak grzyby po deszczu na obrzeżach miasta, aby żerować na ostatnich miedziakach biednych ludzi, póki jeszcze go mają. Karczmarze nie spodziewali się kokosów, toteż nie przesadzali z jadłospisem, a piwo rozcieńczali na potęgę, aby tylko wydusić większy obrót. Byli również bezlitości dla próśb o napitek „na kredyt” zdając sobie sprawę iż taki kredytobiorca nie dość że niema go z czego spłacić, to często znika, gdy jego poziom desperacji przekroczy wszelkie granice, w poszukiwaniu Stabilinum i przepada bez wieści, pozostawiając często żonę i dzieciaki. Dlatego też przybycie wędrowca, który oferuje wszystkim kolejkę, powoduje iż cała uwaga jest skupiona na nim, a jak jeszcze drugą kolejkę postawi, to i dziwaczny ubiór, odstające uszy, kamienna skóra, haczykowaty nos, kocie wąsy, czy też kolczuga z mieczem przytoczonym do boku przestają dziwić i wzbudzać podejrzenia.
- Oh Zdrowie moi mili jest najważniejsze – Rzekł z udawanym uśmiechem Raflik, sam nigdy nie przepadał za alkoholem, ale to co tu podawali wołało o utopienie karczmarza w tych szczynach, wskrzeszenie go i ponowne utopienie, jednakże pośród ciżby Chaotik musiał zachowywać się tak jak oni.
- Nooo – poniosło się po Sali, a jeden z bardziej krasomówczych przedstawicieli dodał – Zdrowie i siły aby znaleźć kryształ….-
- Nie pitol Edzek. Tu trza szczęścia!- Odpowiedział głos z tyłu karczmy wyraźnie szukając zaczepki, co wskazywało na średni stopień podchmielenia, co było zadziwiające jak na rozcieńczenie lokalnego browaru
- No to za szczęście… – Rafl uniósł w górę kufel, co zrobiła także reszta sali, a po upiciu łyku dodał –Zapewne mieliście dużo i zdrowia i szczęścia znajdując krystzały
- A dzieee tam… – odezwał się ponownie gość zwany Edzkiem – ni my, jeno nasi dziadowie i pradziadowie. Wtedy to był dobrobyt. Aby się napić nie tra było do karczmy chadzać, a w doma był odpowiedni barek. – powiedział rozmarzonym tonem, a cała sala podchwyciła atmosferę rozkojarzenia. – Pamintom jak dziadek nalewając se szklaneczke czego dobrego podsuwał mi ciastka z takiego barku.-
- A mi jako brzdącowi słodka lemoniada lała się strumieniami kiedy tylko chciałem, ech to były czasy – rzucił ktoś inny
- Fajnie wom, wy jeszcze to pamiętacie, a u mnie zanim się jeszcze urodziłem, ojciec już w slumsach mieszkał, zanim polazł gdzieś i tyle było go widać – odezwał się jeden z młodszych bywalców karczmy
- Oj Mero, ty być rod bo ni wisz co takiego strociłeś, wolołbych ni wiedzieć jak smakują maślane ciostka, bo już ich nigdy ni dostana – westchnął ciężko Edzek
-…chyba że… - Raflik z kuflem przy ustach z bardzo szelmowskim uśmiechem domagał się kontynuacji
- No chyba że krysztoł znojda, ale panie, to nie takie proste. Z mojej dzielnicy nikt już od dwudziestu lat go ni znolozł, a wiela było którzy poszli i ni wracali.
- Jak mój ojciec – dopowiedział Mero
- No, jak ojciec Mero, ba, nawet wnuk kuzyna dziadka, tego co w radzie zasiadał był tak zdesperowany ze polozł. Chłop na schwał i słucha po nim ni ma… Nii panie, po kryształy to już dalej w niebezpieczne okolice trzeba łazić.
- Hmm, a co byłbyś w stanie poświęcić, aby znaleźć kryształ – Zwrócił się Rafl niby do Edzka, ale kierując pytanie jakby do wszystkich, czując iż grunt już podatny przyjmie ziarno.
- Nooo… mógłbych chaupe sprzedać –
-Eee… zbitek desek Edzek, kto by ci za to coś dał jakąś sensowną kwotę – kontrargument wyskoczył z środka sali
- No to koza i kury, ale ni wiem czy to ni za drogo by już było – zripostował Edzek
- Bah, koza i kury? Ja bym już nigdy nie wypił piwska, co zresztą nie byłoby trudne smakując te szczyny – rzucił gość na prawo od Edzka, wyglądający na takiego samego kilkadziesiąt-letniego stałego bywalca,
- Ja bym żonę mógł sprzedać, w sumie nawet bym dopłacił – Kolejne głosy z izby dołączały do licytacji dorzucając coraz bardziej wartościowe rzeczy. Właściwa odpowiedź nie padała jednak. Rafl w skupieniu czekał, ale jego nadzieje malały gdyż nikt nie chciał przekroczyć pewnej granicy. W licytacji zaczęły nawet padać części ciał, ktoś dałby rękę, ktoś dwie nogi, inny oczy, aż w końcu stało się to czego oczekiwał. Tubalny głos z tyłu karczmy, ten sam który najpierw niby szukał zaczepki rzucił coś co przetoczyło się przez salę i spowodowało milczenie u wszystkich.
- Ja to bym zabił za kryształ –
Tłumek rozstąpił się, odsłaniając wysokiego, zwalistego dryblasa, z dłońmi jak miech kowalski i lekko zezującym wzrokiem.
-Eee… no bez przesady, chyba tak ni można – spróbował załagodzić napięcie Edzek, ale Raflik już mu nie pozwolił rzucając niby od niechcenia
-No cóź, oni mogą…-
-E? kto? Jacy oni?-
-A to nie widział nikt z was tych plakatów? Z tą nową organizacją? – zapytał z udawanym zdziwieniem Raflik
- Eee… jak jej tam.. Psia Liga, reklamuje się ostatnio dosyć szeroko, dobrobyt głosi, i pokój
- Dobrobyt i pokój wyłącznie dla siebie, toż to nie wiecie iż chcą przeforsować wyłączność na wydobycie kryształów?
- Eee? Czyli?
Informacja podana w delikatnie przykrytej formie niezbyt klarownie docierała do odbiorców, No cóż to był poziom ludzi którym trzeba prosto do buzi, często na siłę
- Czyli każdy kto wydobędzie kryształ zostanie oskarżony o kradzież mienia i działanie na szkodę Psiej Ligi, Zobaczcie sami, siedzą non-stop na Radzie, i spółkują z najważniejszymi szychami, pokazując niby to uśmiechy, a tak naprawdę sprzedają was i wasze dzieci. Szukają taniej siły roboczej do poszukiwań, a sami będą zajmować wyższe stanowiska, niby że to oni potrafią lepiej koordynować i takie tam. W czymże są lepsi od was?
- O bogowie, a mój brat zgłosił się w ich placówce.- Zakrzyknął jeden z obecnych
- No to po bracie, owszem będzie żył nieco lepiej, podźwignie rodzinę, ale nie daj boże znajdzie kryształ. Jak to u was wcześniej z nimi było? Kto znajdzie to jego?
- No.. w sumie…-
- No to teraz nie będzie tak, bo będzie krzyk i raban, że to Psia Liga dała mu możliwości go znaleźć, że go wyżywiła, sprzęt dała, rodziną się zajęła, to kryształ jej a nie brata. A niech no spróbuje protestować, przypadkowe wypadki w kopalni się zdarzają, szkoda że akurat temu kto kryształ znajdzie! –
Ponura atmosfera przetoczyła się po karczmie. Nikt nie sięgał po kufel, nie śmiał się, nie wymiotował. Wszyscy siedzieli w skupieniu i wpatrywali się w kufle
- Zobaczycie, Psia Liga jako pierwsza odtransportuje kryształy dla siebie, i swojego zysku, a nie dla was… o przepraszam, wy się nie liczycie, bo oni dyskutują tylko z tymi co mają władzę i możliwości.-

Raflik uśmiechnął się w duchu. Po jednym dniu rewolucji nie wywoła, ale ziarno zostało zasiane, ziarno zawiści i zazdrości, a te najlepiej kiełkuje w ludzkich sercach. Jeden zły ruch Psia Ligo, jedno pogwałcenie tutejszych tradycji , jedno zbyt nachalne zawłaszczenie, a tylko wspomogą wzrost tego ziarna. A jak pięknie może zakwitnąć kwiat rewolucji, zwłaszcza w Khartum, gdzie zaledwie pięć procent mieszkańców mogło się poszczycić źródłem utrzymania innym niż zarobek z odnalezionego kryształu, który teraz organizacja musiała sobie zawłaszczyć, aby wywieźć go z planety. W dwudziestu innych karczmach panowała podobna atmosfera, a chociaż był to niewielki odsetek wszystkich istniejących przytułków, Rafl stwierdził iż może poświęcić kilka dni na własną kampanię aby szerzyć odpowiednią informacje wśród przeważającej ludności stolicy. W końcu CA byli znani jako Siewcy Chaosu
Last edited by Raflik on Fri Feb 22, 2013 7:52 pm, edited 1 time in total.
User avatar
Taii
Posts: 473
Joined: Thu Feb 17, 2011 12:20 pm
Location: Krak
Contact:

Re: Teoria Wzrostu

Post by Taii »

- Kapitanie, jest tak, jak przypuszczaliśmy! Skanery mają problem z wykryciem czegokolwiek!...
- Cholera! Jednak będziemy musieli użyć danych z map udostępnionych przez akademię… - Kapitan uderzył w oparcie swojego fotela. – Przygotować się do zmiany kursu według planu B!
- Kapitanie, czy zmiana kursu podczas wpadania w atmosferę nie jest niebezpieczna? – Spytała Kaz.
- Określenie: interesująca, było by bardziej trafne moja droga. – Kapitan spojrzał na nią, jego oczy wypełnione były szaleństwem.

***

Kosmiczny żaglowiec spadał w dół, a jego kadłub mienił się czerwoną poświatą od przedzierania się przez atmosferę. Nagle żagiel rozsunął się i niczym spadochron zaczął spowalniać spadającą pochodnię. Żagiel, podobnie jak w paralotniach służył również za ster. Kosmiczny żaglowiec wylądował kilka godzin później, delikatnie, niczym kilkuset tonowe piórko (;P), zagrzebując się przy tym w ziemi. Pojazd wylądował na centralnym kontynencie, mniej więcej po środku, przy lewym brzegu. Tereny na jakich wylądował KZE – 2207 były wyjątkowo zróżnicowane. Samo miejsce lądowania było ogromną płaską łąką, bogatą w gaje owocowe, kilka mniejszych strumyków i większą rzekę. Dwa kliki na północ zaczynała rozciągać się przeogromna dżungla pokrywająca prawie cały półwysep. Dziesięć kilometrów na południe zaczynała się pustynia Archai. Klik na zachód rozciągał się wielki ocean. Za to trzy tysiące metrów na wschód dzieliło, właśnie przebudowujący się w bazę statek, od długiego pasa kilkotysięczników. Było to idealne miejsce, oddzielone od postronnych obserwatorów na rozpoczęcie badań.

***

Gdy statek zmieniał swój układ członkowie załogi nie próżnowali. Zanim baza będzie gotowa minie jeszcze kilka godzin. Wiedzieli, że nie ma czasu do stracenia i zaczęli brać się za rozładowywanie materiałów. Koordynowała ich Kaz wydając rozkazy przez interkom.
-Do krasnoludów pilotów: proszę zajmować stanowiska w kombinezonach górniczych i wynosić pierwsze podzespoły transporterów, zespół mechaników już nie może się doczekać by je poskładać. Materiały radioaktywne chwilowo nie będą nam potrzebne. Montaż elektrowni atomowej rozpoczniemy po wydobyciu odpowiedniej ilości węgla. Dlatego priorytetem jest, jak najszybsze ukończenie kopalni u zbocza najbliższej góry.
W trakcie komunikatu, trzydziestu krasnoludów zaczęło wsiadać do kombinezonów i wynosić odpowiednie skrzynie przed ładownie. Na zewnątrz czekały na nich cztery zespoły krasnoludów mechaników z odpowiednio rozstawionymi narzędziami do montażu.
Po kilku godzinach cztery transportery były złożone. Na dwa z nich oprócz masy wierteł metalowych belek i innych podzespołów potrzebnych do budowy kopalni wsiadło po pięciu krasnoludów w kombinezonach górniczych oraz dziesięciu żołnierzy. Pojazdy odjechały na wschód w kierunku najbliższych gór. Z pozostałych pojazdów, jeden udał się na południe w pobliża pustyni, aby odszukać złoża siarki. Ostatni wyruszył na zachód w okolice oceanu, by odnaleźć złoża ropy bądź gazu i zbudować rafinerię.
W bazie pozostało osiemnastu krasnoludów górniko-mechaników (w tym dziesięć, kombinezonów górniczych), dziesięciu marinesów oraz dwudziestu członków personelu. Połowa krasnoludów zaczęła konstruować elektrownię wodną, na rzece leżącej pięćset metrów od bazy. Reszta kopała ogromną fosę dookoła jednostki mieszkalno badawczej. Gdy skończyli wypełnili ją wodą z pobliskich strumieni, następnie podpięli ją pod źródło wysokiego napięcia.
Gdy baza skończyła się przebudowywać, wyglądem przypominała sporych rozmiarów fort. Nad nim rozpościerał się żagiel, który teraz pełnił rolę baterii słonecznych.

***

Na Sali posiedzeń wrzało. Spośród dziesięciu miejsc wszystkie były zajęte, prócz jednego. Nagle kapitan Trevor wstał, staną na środku sali i wrzasnął.
- Cisza! Za chwilę wszystkiego się dowiecie. Kaz Valentine wraz ze swoją załogą pewnie kończy raport zbiorczy. Gdy tylko będzie gotowa przedstawi nam go razem z rozkazami Wielkiego Mistrza.
Sala ucichła. Nikt nie chciał denerwować Trevora, wszyscy obecni znali z opowieści jego impulsywność i totalny brak zahamowań do czegokolwiek. Nagle drzwi do Sali otworzyły się. Do Sali weszła Kaz Valentine. Podeszła do owalnego stołu i rzuciła na niego stertę papierów. Poprawiła okulary, przywitała się ze wszystkimi i wygodnie siadła na swoim krześle.
- Jak wszyscy dobrze wiedzą, nasza organizacja zaczynała od malej niezbyt liczącej się kuźni dobudowanej do zamku ZC. Przez lata dumnie rozrastaliśmy się w międzygalaktyczną potęgę, która nagle przestała się liczyć. Nie poddaliśmy się jednak. Pomimo braku wsparcia od naszego założyciela, który w wyniku znanych nam okoliczności musiał poddać się hibernacji, dalej dumnie rozwijaliśmy nasze technologie. Od niedawna, dzięki tu obecnemu Ryghart’owi Wellsowi znów mamy szanse dołączyć do elity. Kolejnym dowodem na to jest eksperyment który się wczoraj odbył. Wszyscy ryzykowaliśmy życiem, było warto. – Valentine zrobiła krótką przerwę i rozejrzała się po sali. Wszyscy, prócz Wells’a i Behemoth’a, pokiwali w zadumie. – Tak jak przewidywaliśmy, pole paradoksu zakrzywiło czas i przestrzeń w bramie, dzięki czemu nasz kolonizator zdołał się przedrzeć bez szwanku. Dzięki temu udało nam się bezpiecznie dotrzeć do celu, a inne organizacje są przekonane o naszej porażce. Nie ingerujmy więc w ich przekonanie i róbmy swoje. – Kaz ujrzała podniesioną rękę Rygharta. – Tak panie Wells.
- Z całym szacunkiem XO, ale co my tu właściwie robimy? Nie powinniśmy szukać stabilinum? Dlaczego więc rozesłano ekipy wydobywcze po standardowe surowce?
- Panie Wells, priorytetem jest coś więcej niż wydobycie kryształów stabilinum. Priorytetem jest przetrwanie na obcej ziemi, na której nie działa magia, a zaawansowana technologia ma problemy z zaskoczeniem. Są pewne surowce o wyższych priorytetach, których potrzebujemy aby się rozwinąć i przeżyć. – Wells’a satysfakcjonowała ta odpowiedź. Nie odzywał się aż do końca spotkania. – Łańcuch dowodzenia jaki obowiązuje w tej bazie jest następujący: Główny dowódca bazy: Kaz Valentine; Dowódca wojsk: kapitan Ben Trevor; Dyplomata: Ryghart Wells; Dziekan od spraw nauki i rozwoju: profesor Kami Haru. Indywidualne rozkazy rozda państwu kapitan Trevor. Dziękuję za uwagę.
Gdy Kaz skończyła swoje przemówienie, Bil rozdał zebranym koperty. Pominął tylko Wells’a.
- Co ze mną?
- Ty, podejdź do Kaz, gdy tylko wszyscy wyjdą.
- To wszystko śmierdzi gównem… - Skomentował Behemoth.
Wells kopną delikatnie szczura i udał się w kierunku siedzącej jeszcze przy stole Kaz.
"Chłop kopiący ziemniaki, to proza realistyczna; chłop kopiący pomarańcze to fantastyka (lub schizofrenia); ziemniaki kopiące chłopa to Sci-Fi"
R. Kot
User avatar
Caerth
Posts: 513
Joined: Sun Feb 22, 2009 9:44 pm
Location: Above

Re: Teoria Wzrostu

Post by Caerth »

Nazwa pociąg była nieco myląca. Niemniej, metalowy behemot górujący nad chatami osady faktycznie przypominał typową lokomotywę z długim składem - powiększoną tak ze trzydzieści razy, wielokrotnie naprawianą, poprawianą, przebudowywaną - i atakowaną, jeśli długie i głębokie szramy na poszyciu o czymś świadczyły. Fakt iż każdą wolną przestrzeń wypełniał jakiś rodzaj broni, od prostych metalowych i gdzieniegdzie drewnianych szpikulców i haków, po naprawdę wielkokalibrową artylerię, również nie napawał optymizmem. Sytuację nieco ratowały trofea wszelakie przymocowane gdzie popadnie - głównie gigantyczne kości zwierząt, czasami zakonserwowana przez pustynny wiatr kończyna; futra i wyprawiona skóra często uzupełniały braki w wagonach. Całości dopełniała gigantyczna czaszka jakiegoś przedpotopowego gada, przyprawiona z przodu wehikułu. Nawet James był pod wrażeniem.

---

-Szefie, kobiety na szefa lecą - James spojrzał z ponad oprawek okularów na scenę rozgrywającą się na tarasie widokowym - i bagaż - bez nóżek, niestety, niech to, dodał w myślach - i gryzonie.

-Jestem Koranona!
-A to jest moja praca.
-A to jest Hektor! - drobna dziewczyna entuzjastycznie akcentowała kolejne przedmioty spadające na Ehrena - a to jest mój dziadek! -podsumowała, wskazując jęczącego mężczyznę - w tej chwili mało fajny.

-DZIADEK?! - okrzyk poniósł się w nagle zapadłej ciszy od schodów wejściowych. Xellas, spędziwszy poranek przekopując chatę szamana w końcu skompletowała strój godny kapłanki Lolth, wstąpiła ze swoją świtą na górny pokład, by skonsultować się z wodzem i starszym plemienia. I, najwyraźniej, by zadawać niewygodne pytania, a i może utoczyć nieco krwi.
Odziana w długą, ciągnącą się po ziemi, szatę z pajęczego jedwabiu, momentalnie skupiła na sobie uwagę wszystkich. Fakt, lejący się materiał idealnie przylegał do ciała, nie pozostawiając wyobraźni pola do popisu, a szereg rozcięć rozmieszczonych w kluczowych lokacjach odsłaniał to ramię to udo, zupełnie przy okazji zapewniając dużo swobodę ruchu.
- Dlaczego to - wampirzyca wskazała złożonym wachlarzem uśmiechającą się nieco niepewnie Nonę - nazwało ciebie dziadkiem?

-Szefie?

-Tak James? - Ehren postanowił zignorować niewygodne pytanie i z pewnym wysiłkiem położył się na plecach. Może jak tak będzie leżał, kobiety się ze sobą dogadają, pójdą razem gdzieś i uknują mu marną śmie..

-Miotła - James zauważył, gdy wspomniane narzędzie AGD wbiło się jego pracodawcy w twarz od trzonka strony- leci.

-O! I moja miotła!


-Zdaje się, że zadałam Ci pytanie! - warknęła, ale prawie od razu podeszła do Koranony.

Przechyliła głowę w prawo przyglądając się dziewczynie, Nona zrobiła to samo, wampirzyca przechyliła głowę w lewo, Nona zrobiła to samo.
- Ty...- przejechała paznokciem po policzku dziewczyny, nie kalecząc go, Nona nie wyglądała na przestraszoną, raczej zdziwioną - ...jesteś człowiekiem
-Tak! Wiedźmą! - odparła dumnie dziewczyna, wypychając pierś do przodu. Xell spojrzała na Ehrena i warknęła - jeszcze mi to wyjaśnisz. Bawisz mnie - zwróciła się już bezpośrednio do Koranony z kamiennym wyrazem twarzy, ale stanowczo mniej wściekłym głosem.
- James?
- Już zarządziłem przygotowanie odpowiedniego apartamentu - sekretarz odprawił własnego miniona w formie bystrego młodzieńca, ciekawie zerkającego przez ramię na nowo przybyłą.
- Naprawdę jesteś skarbem - Xellas przeszła obok niego omiatając go suknią. Koranona nic szczególnego nie zauważyła, ale James nabrał nieco żywszych kolorów na twarzy.
---
W Nocy obudził ich potworny dźwięk rozrywanego metalu. Rada nadzorcza tego cyrku zerwała się ze swoich łóżek błyskawicznie - tylko po to, by zgodnie zderzyć się ze sobą przy próbie wejścia na schody prowadzące na górny taras.

- Co sie dzieje? – zapytała Xellas
- Ludzie mówią, że to nic poważnego, tylko standardowo w tym rejonie żerują bestie - James wyglądał raczej komicznie w swojej jednoczęściowej koszuli nocnej i szlafmycy - nie lubią towarzystwa, a że na tej półkuli trwa akurat okres godowy dla większości gatunków są bardziej niż zwykle drażliwe.
Sekretarz eskapady oczywiście jako jedyny poświęcił czas na coś tak niepotrzebnego jak raporty, orientował się w sytuacji ze szczegółami, których pochodzenie zdobyte w tak, krótkim tempie mogło niepokoić.
Po korytarzu poniósł się głuchy łoskot, gdy załoga w końcu ogarnęła obsługę głównych dział, skutecznie zagłuszający trzaski broni mniejszego kalibru i zadziwiająco spokojne okrzyki walczących.
Po czym coś wydało z siebie taki ryk, iż metalowy pokład pod nogami zebranych zakołysał się.
I jeszcze raz.
Za trzecim razem ściana korytarza na chwilę stała się podłogą, gdy coś ewidentnie niezadowolonego z obecności mechanicznego behemota na swoim terytorium, szturchnęło od niechcenia wehikuł.
- Co to było? - zapytała wiedźma, ściskając defensywnie w jednej dłoni szczura, drugą dobywając szabli - uderzyliśmy w coś?
- Nie panienko
Zza metalowych ścian dobiegł łoskot wysokokalibrowych dział. Jedna salwa, druga i nagle pokład pod ich stopami zakołysał się, gdy coś masywnego uderzyło w monstrualną lokomotywę z siłą wystarczającą by poruszyć monumentalną maszyną.
-Nic poważnego? James, leć na to, co tu uchodzi za mostek i koordynuj obronę- Ehren zawołał, zmierzając w stronę schodów. Ręcznik, którym owinął biodra, powiewał dramatycznie, dodając dramatyzmu i powagi - To nie brzmi jak cos zwyczajnego. Ma ktoś aparat?
Na zewnątrz panował niemiłosierny hałas. Ryki zwierząt przeplatały się z łoskotem strzałów broni wszelkiego autoramentu. Krzyki ludzkie, co szczególne, nie były pełne paniki - ba, dało się słyszeć radość i czasami satysfakcję w okrzykach rodu Farron. Co jak co, ten kurduplowaty skurczybyk może i połamał wodzowi ręce i wsadził mu lancę w...no, sami wiecie - ale w północne lasy plemię nie zapuszczało się od lat i wizja trofeum poczęła jawić się niejednemu z wojowników.
-Interesujące - Ehren ogarnął jednym spojrzeniem nocny krajobraz. Ciemność dżungli psuły poruszające się błyskawicznie czerwone punkty świetlne, błyskawice i okazjonalna kula ognia. Wyglądało to tak, jakby akademia magów urządziła imprezę i pozwoliła absolwentom odreagować brak piwa.

Drugie spojrzenie ukazało chaos niewiele mniejszy niźli wywołany przez spragnionych adeptów.
Kilka bestii formatu słonia galopowało w zgrabnym szyku przez polanę - poza rozmiarem, nie mając z długonosymi wiele wspólnego. Ciała ich pokrywała zadziwiająca mieszanina błękitnawego futra i szpikulców niczym u jeżozwierza; każdy dłuższy niż wyrośnięty samiec homo sapiens. Z głowy, wyglądem przypominającą nieco wilczą, wyrastała para imponujących rogów - jakby tego było mało, zarazy biegły otoczone wyładowaniami elektrycznymi.
A ścigały parę czarnych bestii, zwinnych i trudnych do zauważenia nawet przez wspomagane nadnaturalnymi darami towarzystwo na odkrytym pokładzie. Tylko Xellas posiadała odpowiednio czułe zmysły i ...
Klepnęła Ehrena w ramię, złapała za jego dłoń i nadgryzła
- Co jes…auu!
- Osłaniaj mnie – powiedziała i przeskoczyła przez barierkę.
Ehren patrzył jak zbiega po niemal pionowej ścianie wehikułu, prosto na spotkanie jednej z elektrycznych bestii - okrzyki wojowników pozwoliły zidentyfikować gatunek jako Zingore. Z gracją naskoczyła na kłapiącą szczękę, tym samym uderzając z dużym impetem jego głową o ziemię. Zanim potwór zorientował się co go uderzyło, Xellas już nie było w pobliżu.

Przystanęła na chwilę by odnaleźć właściwą drogę – z dołu widok już nie był tak dobry, za sobą usłyszała szelest liści i natychmiast poczuła jak potrącił ją autobus. Odrzuciło ją na kilka metrów, aż przytrzymało ją uprzejme drzewo. Zanim zdążyła wstać, przekonała się, że nie był to autobus, to był jedna z tych wielkich niebieskich, wściekły bestii, która na dodatek…
- Elektryczność? Jaja sobie robisz? – odskoczyła, a wyładowanie trafiło w puste miejsce.

Bestia szykowała się do ponownego ataku, tylko cel zniknął jej z oczu - wampirzyca z całą swoją nieludzką siłą uderzyła tuż za przednią, prawą łapą przewracając Zingore na bok. Nie zawracała sobie jednak głowy powaloną bestią, do której już pędzili młodzi wojownicy, tylko pomknęła ku linii drzew. Tak szybko iż pozostawiła za sobą strzępy sukni, rozrywanej przez pęd powietrza.
Polanę zajmowały ruiny - pełno ich było, rozsianych po całej planecie, zdaje się iż wieży. Z kręgu kamieni , będącego kiedyś fundamentem zapewne monumentalnej budowli, wyrastało potężne drzewo, sięgające nieba wyżej, niż potężny pojazd naszych bohaterów. Pośród korzeni kryło się wiele zakamarków, a wśród nich...
Stworzenie nazywane w zapiskach starszyzny Farron Yian Garuga wyglądało, dla uproszenia przydługiego opisu, jak wielki kurczak. Z zachowania, ponownie upraszczając, przypominało najbardziej wilka. Stado wilków, dokładnie. Polującego na pozbawione opieki młode konkurenta do terytorium.
Trzy wielkie kurczaki skutecznie utrzymywały jedną z czarnych bestii w potrzasku, nie pozwalając jej wrócić do gniazda. Czwarty właśnie wywlekał puchatą kulkę sierści ...
Bosko powiewiający na wietrze Ehren zagwizdał cicho. James wrócił z "mostka", stwierdziwszy iż starszyzna plemienia nie potrzebuje nadzoru by robić to, w czym była najlepsza od pokoleń.
- Tak? - James zahaczył o kuchnię i teraz podał swojemu szefowi nieco prymitywnie wykonany kubek pełen aromatycznego naparu ziołowego.
- O, łał - Ehren siorbnął namiastkę herbaty, z zainteresowaniem podziwiając Xellas, robiącą z ptasich bestii coś na wzór potrawy tatarskiej. Uniósł przy tym brwi w zaskoczeniu, gdy jedna z jeszcze żyjących bestii rozwarła imponujący dziób i zionęła ogniem w stronę wampirzycy, całkiem przy tym pudłując, za to oświetlając nieco scenę walki.
- Nie zna piekło straszliwszej furii?- sekretarz okazywał się być istną encyklopedią w wielu dziedzinach.
- Przypomnij mi, by nie sugerować ugotowania ślicznych kudłatych zwierzątek - Ehren skrzywił się nieco, gdy Xellas odzyskała równowagę po uniku, jednym susem dopadła kuraka starającego się ją usmażyć i w trzech ruchach oderwała wpierw dziób, a następnie głowę zwierzęcia, zalewając ruiny i pień drzewa ciemną krwią. Ostania z ptasich bestii chciała ją zajść od tyłu, gdy do zabawy przyłączył się wcześniej powalony zawodnik.
- O, Zignore szarżuje na panienkę Xellas - James po raz kolejny ukazał kunszt zauważania oczywistości.
- Przekażę jej to jak wróci - Ehren postawił kubek na balustradzie i sięgnął po broń do tej pory opartą obok.
Rusznikarze plemion zamieszkujących wielką pustynię nie mogli się równać poziomem wykończenia broni z tymi, którzy osiedli się w północnych miastach. Ich dzieła były funkcjonalne, pozbawione zdobień i ornamentów - i były, dzięki pokoleniom doskonalenia sztuki metalurgicznej i inżynierii stosowanej, niesamowicie skuteczne. Karabin, który Ehren wsparł na balustradzie obok kubka ziołowej herbaty był wielki, nieporęczny i brzydki.
Był też śmiertelnie celny, odstrzeliwując głowę szarżującej na Xellas bestii. Na dystansie prawie pół kilometra.

- Mam Cię! – powiedziała do stworzonka, które trzymała w rękach, spojrzała czy nic mu nie jest. Potworek, próbował na nią hukać i zjeżył futerko, ale był równie bezbronny jak mały kociak. Wampirzyca złapała go wygodniej i szybko zaczęła wspinać się w stronę gniazda z pozostałymi lokatorami.
- Mam Was! – złapała dwa pozostałe kociaki za kark, zanim wypadły, jednak gałąź której się trzymała stwierdziła, że ma dość takich dzikich tańców i wygibasów z protestem więc pękła.
Upadek z takiej wysokości nie był dla Xellas problemem. Zręcznie wylądowała w przysiadzie, jeszcze bardziej rujnując suknię i nie wstając poczęła upychać wierzgające kulki futra po elementach anatomii, posiłkując się strzępami materiału.
- Ciekawe gdzie wasza mama? – każdy wie, że są frazy, których nie powinno się wymawiać na głos, żeby nie kusić losu, a to była jedna z tych fraz. Niczym na zawołanie, usłyszeli warczenie sugerujące, że ‘mama’ właśnie weszła na scenę.
Wywerna była piękna, z bliska jej futro okazało się, nie czarne, ale raczej atramentowo granatowe, kolczasty ogon uniesiony był ponad resztę ciała, nerwowo nim machała. Oczy pałały czerwienią, z gardła dobywało się wściekłe warczenie, ale Xellas zauważyła coś jeszcze, Narga była ranna, krwawiła. Ten zapach, ten słodki zapach, z lekkim metaliczny akcentem, ale jednak słodki…
Oczy wampirzycy nabrały odcienia identycznego jak drapieżnik przed nią. Kiedy była już w odległości, w której Narga mogła trafić ją ogonem, przyklękła i puściła dwa kociaki, pierwszego złapanego trzymała dalej i nie spuszczając oczu z oczu bestii zaczęła do niej podchodzić.

Nie była to próba siły, jak mógłby uważać postronny obserwator, telepata wiedziałby, że toczyła się w tej chwili dyskusja, pomiędzy dwoma drapieżnikami. Wampirzyca wyciągnęła pustą dłoń w stronę bestii, ta zawarczała odchylając się od dłoni, podobne warknięcie wyrwało się z gardła dziewczyny. W końcu napięte mięśnie wywerny rozluźniły się, schowała kolce na ogonie, a oczy zgasły. Xellas podeszła i pogłaskała jedwabiste futro.
- Możemy ją zatrzymać? <3


---
Tunel był za mały.
Oryginalny projekt starożytnych mieszkańców południowego imperium nie przewidywał iż po tysiącach lat ich potężne pełzacze zmienią się w napędzane parą drogowe lokomotywy. Otwór w skalnej ścianie był, jak na ludzkie standardy, monstrualnie wielki - lecz aktualny środek transportu Sojuszu był ..większy.
Ehren zasugerował pełną salwę burtową, przy użyciu imponującego uzbrojenia pełzacza. Czas spędzony w podróży pozwolił mu, przy wydatnej pomocy Jamesa, ponownie odkryć na Coddar modułową amunicję artyleryjską. Stworzenie lepszej mieszanki miotającej było już tylko formalnością, a rusznikarze plemienia, gdy nauczyło się ich czytać metodą indukcyjną, pożerali zawartość przywiezionych skrzyń w zawrotnym tempie.
Xellas zasugerowała założenie hodowli czarnych bestii, których gniazdo odratowali podczas nocnego ataku, pierwszego dnia po opuszczeniu pustyni. W międzyczasie, argumentowała, trzymając na rękach skrzyżowanie kota, ptaka, jaszczurki i bogowie czego jeszcze, jej nowi poddani mogą w ramach nagrody powiększyć otwór i umożliwić dalszą podróż w luksusie.
Nona entuzjastycznie zabrała się do pracy i wysadziła w powietrze jedną z kuchni pokładowych, specjalnie otwartych na potrzeby "eksperymentów". Siła rażenia eksplozji została zauważona przez rusznikarzy, którzy odkrywali iż strzelby wcale nie są fajne, a starożytne działa można by w zasadzie skopiować; przybyli więc i przekonali wiedźmę do współpracy. Nie było to trudne zadanie…
James nic nie zaproponował nic. Nie miał czasu. Ale zdołał wspomnieć w przelocie szefowi tego cyrku iż u drugiego wylotu tunelu znajdują się źródła fal radiowych.
Z kodami identyfikacyjnymi Zakonu Cienistego Młota.
Dziesięć minut później dwanaście koników pomknęło przez tunel, z Ehrenem na czele. Xellas sierdziła iż woli zostać i powiększyć pulę genetyczną "kotków". Jej grupa radośnie zagłębiła się w dżunglę mniej więcej w tym samym czasie.
---

Krasnoludy zawsze były pragmatycznym gatunkiem.
Gdy zwiad odkrył wlot tunelu na końcu imponującego szlaku, grupa wydzielona skrzętnie wykorzystała dar losu i po odstrzeleniu kilku elementów przyrody chcących skosztować włochatego mięsa, ustawiła przyczółek pod kamiennym łukiem. Dla bezpieczeństwa, przecież przez zasypany wylot nic się nie przebije.
Prawda?

---

-Kapitanie Trevor, grupa wschodnia melduje kontakt.
-O? Psia Liga?
-...Gorzej. Chaotic Alliance się znalazło.
Last edited by Caerth on Tue Feb 26, 2013 11:55 pm, edited 10 times in total.
My soul is still the same
But it has many names
Locked