Borsk 2025 - Zjazd Letni - topic statystyczny
Posted: Sun Jul 20, 2025 11:45 am
Zjazd letni 2025 odbył się ponownie w ośrodku Largo na Kaszubach i trwał od 12 do 19 lipca. Koszt wyniósł ok 1405zł/os (jeszcze trwają finalne podsumowania).
Na zjeździe pojawiło się 16 osób:
1. c914
2. USAGI
3. Chimeria
4. Raflik
5. Mat
6. Matthew
7. Monilia
8. M4dzi4
9. Ch4os
10. Noire
11. Mazoku
12.Psych00
13. Maczer
14. Hari HK
15. Marta
16. Jasiek
Subiektywny dziennik zjazdowy:
Dzień 1 (sobota)
Migracja do Borska zaczęła się z przytupem – Cyferowy lexus odmówił współpracy. Akumulator wyzionął ducha, a pomoc techniczna w postaci Raflikowych kabli, okazała się za krótka.
Zanim więc dotarliśmy do ośrodka, już mieliśmy pierwszego mema zjazdowego. Podróż przebiega pod troskliwym nadzorem ciężkich, depresyjnych chmur i deszczu. Bagaże większe niż ambicje, a w środku zdecydowanie więcej planszówek niż skarpet na zmianę. Bo przecież miało być ciepło i słonecznie, prawda?
Pogoda w Borsku przywitała nas czymś pomiędzy mżawką, a pasywną agresją. Wieczorem socjalizacja – trzeba jeszcze pamiętać, kto kogo lubi, a kto tylko toleruje. Na szczęście pierwsze planszówki ratują atmosferę. Lexus dociera po 22.
Dzień 2 (niedziela)
Nieśmiała poprawa pogody – w sensie: nie lało cały czas. Poszliśmy na plażę, gdzie tylko Raflik okazał się mieć wystarczająco mało instynktu samozachowawczego, żeby wejść do jeziora, co skończyło się prewencyjnym Gripexem.
Piekielnie głodna plażowego wypoczynku poczułam pierwszy błysk nadziei na lepsze jutro. Niestety, choć ostatnia, nadzieja umiera szybko. Dzień minął pod znakiem planszówek i powracającego deszczu, czyli powoli przyzwyczajamy się do klimatu.
Dzień 3 (poniedziałek)
Chmury, deszcz, wiatr, pogarda niebios. Usa, Cyf, Psych i Mat próbują udawać turystów i jadą do Malborka zwiedzać zamek. Psych stwierdza, że ma jeszcze resztki szacunku do siebie i wraca pociągiem do domu. Reszta tonie w planszówkach. Dosłownie i w przenośni.
Wieczorem smaczny event kulania onigiri, Raflik-sensei uczy, że ból sparzonych od gorącego ryżu dłoni to tajna przyprawa, bez której nie da się zrobić naprawdę dobrych kulek ryżowych. W menu można było wybierać w farszach: Chigiri (tuna-mayo), Cyfergiri (gniecione niczym marzenia jajo na twardo z miso z przyprawami), Usagiri (sam ryż z solą) i Moniagiri (smażony łosoś).
Na chwilę zapomnieliśmy o deszczu i bezsensie istnienia.
Dzień 4 (wtorek)
Pada. Cały dzień. Poziom wód w jeziorze rośnie szybciej niż morale.
Pojawiają się pierwsze objawy cabin fever. Wieczorem psychikę ratuje sesja Decrypto i Tajniaków, która przeradza się w karuzelę painicznego śmiechu, zakończoną egzystencjalnym krachem Mazoka. Najbardziej zagorzali planszówkowcy są w swoim żywiole. Zaczynam mieć podejrzenia, że sterują pogodą, byśmy nigdy nie wyszli nad jezioro. Na razie żartujemy z tego, ale… poczekajmy na rozwój wydarzeń. Sprawdzane codziennie prognozy zmieniają się jak w kalejdoskopie, a każdy walczył o tytuł lokalnego Nostradamusa, byleby nie wyjść na pogodowego Sasina.
Dzień 5 (środa)
Rano słońce! Entuzjazm przekracza poziom zdrowego rozsądku – wypożyczamy łódki i wypływamy na jezioro. Po kwadransie niebo przypomina nam, kto tu naprawdę rządzi – rozpętuje się rzęsista ściana deszczu, która moczy nas do ostatniej nitki. Wracamy do domków jak banda turystów, którzy zapłacili, żeby cierpieć – mokrzy, zziębnięci i z poczuciem, że Borsk ma dla nas tylko jedną atrakcję: ironię losu. Ale z plusów – nie byliśmy tym jednym gościem na paddleboardzie, który wpadł na ten sam idiotyczny pomysł co my. Potem jednak okazało się, że był to nasz Hari HK.
Wraz z stłamszoną psychiką, nie ufając już niczemu, nie wychodzimy z domków – nie dlatego, że nie chcemy, ale dlatego, że wiemy już, gdzie jest nasze miejsce.
W akcie desperacji ruszył Wiedźmin – rozgrywka tak długa, że Mat nękany pytaniami o zasady gry dwukrotnie uciekał z własnego domku, a uczestnicy zdążyli przemyśleć swoje życiowe wybory i pogrzebać w egzystencjalnym błocie. Wieczorem – seans DnD. Fikcja jako ucieczka od wilgoci i rozczarowania.
Dzień 6 (czwartek)
Sterowanie pogodą to już nie teoria spiskowa, to fakt, trzeba tylko znaleźć kultystów. Dziś trochę DDRa, punkt 11:00 Twilight Imperium z równoległym ratowaniem świata przed pradawnym złem w postaci Cthulu. Potem już płyniemy przez świat planszówek, przechodzimy z jednej do drugiej z taką swobodą, że tracimy resztki kontaktu z rzeczywistością – bo jeśli dzień składa się z samych tur, to czy w ogóle jeszcze żyjemy, czy już tylko gramy? Wtem... Maczer przyjeżdża – wnosi świeżą energię, agresywną redukcję i alkohol.
Dzień 7 (piątek)
Świat znów próbuje nas zbaitować słońcem. Jednak nikt jednak nie daje się nabrać drugi raz, ile można. Poranną pogodę przepalamy na Turbo wyścigach, wzywając Jezusa za kierownicę częściej niż zagorzałe kółko różańcowe. Następnie rozpoczyna się sesja Diuny, konkurenta na najdłużej trwającą planszówkę. która pozbawia Cyfera resztek zdrowia psychicznego i fizycznego. O głodzie zapomniał na wiele godzin przechodząc w hibernację. Po obiedzie dalej jest słonecznie (a Diuna wciąż trwa), co powoduje niepokój serca, czy może jednak wyjść? Próbujemy wykorzystać pozostały nam czas na łódkach, ale okazuje się, że piątek jest dniem serwisu i dziś sprzętu nie ma, możemy spróbować jutro. Ostatecznie, w skromnej ekipie w postaci Mazoka, Noire, Mata, M4dzi i Chime lądujemy na plaży (w tle Diuna i kolejny Cthulu). Chłopaki z Chi zdobywają jezioro wpław na dmuchanej kutasokobrze, a Nu i M4dzia spiekają się na skwarki na piasku.
Wieczorem zdajemy sobie sprawę, że osiągnęliśmy kolejny poziom nerdostwa planszówkowego – bo kto normalny wozi na urlop własną żarówkę o konkretnych parametrach i wymienia ją między domkami, żeby dobrze było widać grę? Hari HK. To było dość zaskakujące doświadczenie.
Dzień 8 (sobota)
Poranek wita nas chmurami – jakby chciał przypomnieć, że słońce wczoraj to był tylko błąd w Matrixie. Nie ma czasu na nic poza pakowaniem i doprowadzaniem domków do stanu „niech się właściciel nie domyśli, co tu się działo”. Komisyjnie sprawdzamy, czy Lexus łaskawie odpala – udaje się, więc Cyfer z Usą odjeżdżają jako pierwsi, żegnani owacjami. Reszta zjazdowiczów rozprasza się do domów. Na odchodne Ch4os i M4dzia jeszcze próbują przyatakować łódki, ale na pięć minut przed otwarciem niebo stwierdza: „O, patrzcie, ci jeszcze wierzą w rekreację” – i zlewa wszystko, co się rusza. Symboliczne zakończenie: deszcz triumfuje do ostatniej sekundy.
Well fuck you too Largo.
--
Memy/hasła zjazdowe:
Dodatkowe staty:
Na zjeździe pojawiło się 60 tytułów planszówek/gier karcianych (wliczając również DDR od Usy).
Najczęściej graną grą był Aeon’s End (chyba , jeśli wiecie, że coś chodziło częściej to dajcie znać), który był rozgrywany przynajmniej 4 razy. Na podium znajdzie się również Brzdęk, Nawiedzone Krainy, Cthulu Death May Die oraz Turbo z countem 3 rozgrywek. Jeśli mamy innych pretendentów do podium, to też dajcie znać.
Najdłużej grana planszówka: Wiesiek albo Diuna. Diuna zajęła 4,5h ;) Nie wiem ile czasu ostatecznie zajął Wiesiek, bo w przeciwieństwie do Diuny, zrobili sobie przerwę na jedzenie.
-
Jeśli macie coś do dodania - zapraszam!
Na zjeździe pojawiło się 16 osób:
1. c914
2. USAGI
3. Chimeria
4. Raflik
5. Mat
6. Matthew
7. Monilia
8. M4dzi4
9. Ch4os
10. Noire
11. Mazoku
12.Psych00
13. Maczer
14. Hari HK
15. Marta
16. Jasiek
Subiektywny dziennik zjazdowy:
Dzień 1 (sobota)
Migracja do Borska zaczęła się z przytupem – Cyferowy lexus odmówił współpracy. Akumulator wyzionął ducha, a pomoc techniczna w postaci Raflikowych kabli, okazała się za krótka.
Zanim więc dotarliśmy do ośrodka, już mieliśmy pierwszego mema zjazdowego. Podróż przebiega pod troskliwym nadzorem ciężkich, depresyjnych chmur i deszczu. Bagaże większe niż ambicje, a w środku zdecydowanie więcej planszówek niż skarpet na zmianę. Bo przecież miało być ciepło i słonecznie, prawda?
Pogoda w Borsku przywitała nas czymś pomiędzy mżawką, a pasywną agresją. Wieczorem socjalizacja – trzeba jeszcze pamiętać, kto kogo lubi, a kto tylko toleruje. Na szczęście pierwsze planszówki ratują atmosferę. Lexus dociera po 22.
Dzień 2 (niedziela)
Nieśmiała poprawa pogody – w sensie: nie lało cały czas. Poszliśmy na plażę, gdzie tylko Raflik okazał się mieć wystarczająco mało instynktu samozachowawczego, żeby wejść do jeziora, co skończyło się prewencyjnym Gripexem.
Piekielnie głodna plażowego wypoczynku poczułam pierwszy błysk nadziei na lepsze jutro. Niestety, choć ostatnia, nadzieja umiera szybko. Dzień minął pod znakiem planszówek i powracającego deszczu, czyli powoli przyzwyczajamy się do klimatu.
Dzień 3 (poniedziałek)
Chmury, deszcz, wiatr, pogarda niebios. Usa, Cyf, Psych i Mat próbują udawać turystów i jadą do Malborka zwiedzać zamek. Psych stwierdza, że ma jeszcze resztki szacunku do siebie i wraca pociągiem do domu. Reszta tonie w planszówkach. Dosłownie i w przenośni.
Wieczorem smaczny event kulania onigiri, Raflik-sensei uczy, że ból sparzonych od gorącego ryżu dłoni to tajna przyprawa, bez której nie da się zrobić naprawdę dobrych kulek ryżowych. W menu można było wybierać w farszach: Chigiri (tuna-mayo), Cyfergiri (gniecione niczym marzenia jajo na twardo z miso z przyprawami), Usagiri (sam ryż z solą) i Moniagiri (smażony łosoś).
Na chwilę zapomnieliśmy o deszczu i bezsensie istnienia.
Dzień 4 (wtorek)
Pada. Cały dzień. Poziom wód w jeziorze rośnie szybciej niż morale.
Pojawiają się pierwsze objawy cabin fever. Wieczorem psychikę ratuje sesja Decrypto i Tajniaków, która przeradza się w karuzelę painicznego śmiechu, zakończoną egzystencjalnym krachem Mazoka. Najbardziej zagorzali planszówkowcy są w swoim żywiole. Zaczynam mieć podejrzenia, że sterują pogodą, byśmy nigdy nie wyszli nad jezioro. Na razie żartujemy z tego, ale… poczekajmy na rozwój wydarzeń. Sprawdzane codziennie prognozy zmieniają się jak w kalejdoskopie, a każdy walczył o tytuł lokalnego Nostradamusa, byleby nie wyjść na pogodowego Sasina.
Dzień 5 (środa)
Rano słońce! Entuzjazm przekracza poziom zdrowego rozsądku – wypożyczamy łódki i wypływamy na jezioro. Po kwadransie niebo przypomina nam, kto tu naprawdę rządzi – rozpętuje się rzęsista ściana deszczu, która moczy nas do ostatniej nitki. Wracamy do domków jak banda turystów, którzy zapłacili, żeby cierpieć – mokrzy, zziębnięci i z poczuciem, że Borsk ma dla nas tylko jedną atrakcję: ironię losu. Ale z plusów – nie byliśmy tym jednym gościem na paddleboardzie, który wpadł na ten sam idiotyczny pomysł co my. Potem jednak okazało się, że był to nasz Hari HK.
Wraz z stłamszoną psychiką, nie ufając już niczemu, nie wychodzimy z domków – nie dlatego, że nie chcemy, ale dlatego, że wiemy już, gdzie jest nasze miejsce.
W akcie desperacji ruszył Wiedźmin – rozgrywka tak długa, że Mat nękany pytaniami o zasady gry dwukrotnie uciekał z własnego domku, a uczestnicy zdążyli przemyśleć swoje życiowe wybory i pogrzebać w egzystencjalnym błocie. Wieczorem – seans DnD. Fikcja jako ucieczka od wilgoci i rozczarowania.
Dzień 6 (czwartek)
Sterowanie pogodą to już nie teoria spiskowa, to fakt, trzeba tylko znaleźć kultystów. Dziś trochę DDRa, punkt 11:00 Twilight Imperium z równoległym ratowaniem świata przed pradawnym złem w postaci Cthulu. Potem już płyniemy przez świat planszówek, przechodzimy z jednej do drugiej z taką swobodą, że tracimy resztki kontaktu z rzeczywistością – bo jeśli dzień składa się z samych tur, to czy w ogóle jeszcze żyjemy, czy już tylko gramy? Wtem... Maczer przyjeżdża – wnosi świeżą energię, agresywną redukcję i alkohol.
Dzień 7 (piątek)
Świat znów próbuje nas zbaitować słońcem. Jednak nikt jednak nie daje się nabrać drugi raz, ile można. Poranną pogodę przepalamy na Turbo wyścigach, wzywając Jezusa za kierownicę częściej niż zagorzałe kółko różańcowe. Następnie rozpoczyna się sesja Diuny, konkurenta na najdłużej trwającą planszówkę. która pozbawia Cyfera resztek zdrowia psychicznego i fizycznego. O głodzie zapomniał na wiele godzin przechodząc w hibernację. Po obiedzie dalej jest słonecznie (a Diuna wciąż trwa), co powoduje niepokój serca, czy może jednak wyjść? Próbujemy wykorzystać pozostały nam czas na łódkach, ale okazuje się, że piątek jest dniem serwisu i dziś sprzętu nie ma, możemy spróbować jutro. Ostatecznie, w skromnej ekipie w postaci Mazoka, Noire, Mata, M4dzi i Chime lądujemy na plaży (w tle Diuna i kolejny Cthulu). Chłopaki z Chi zdobywają jezioro wpław na dmuchanej kutasokobrze, a Nu i M4dzia spiekają się na skwarki na piasku.
Wieczorem zdajemy sobie sprawę, że osiągnęliśmy kolejny poziom nerdostwa planszówkowego – bo kto normalny wozi na urlop własną żarówkę o konkretnych parametrach i wymienia ją między domkami, żeby dobrze było widać grę? Hari HK. To było dość zaskakujące doświadczenie.
Dzień 8 (sobota)
Poranek wita nas chmurami – jakby chciał przypomnieć, że słońce wczoraj to był tylko błąd w Matrixie. Nie ma czasu na nic poza pakowaniem i doprowadzaniem domków do stanu „niech się właściciel nie domyśli, co tu się działo”. Komisyjnie sprawdzamy, czy Lexus łaskawie odpala – udaje się, więc Cyfer z Usą odjeżdżają jako pierwsi, żegnani owacjami. Reszta zjazdowiczów rozprasza się do domów. Na odchodne Ch4os i M4dzia jeszcze próbują przyatakować łódki, ale na pięć minut przed otwarciem niebo stwierdza: „O, patrzcie, ci jeszcze wierzą w rekreację” – i zlewa wszystko, co się rusza. Symboliczne zakończenie: deszcz triumfuje do ostatniej sekundy.
Well fuck you too Largo.
--
Memy/hasła zjazdowe:
- rice me!
- Agresywna Redukcja
- Jezu, prowadź!
- Cyfer ma niebezpieczne narzędzie między nogami
- na pudełku jest napisane 60 minut
Dodatkowe staty:
Na zjeździe pojawiło się 60 tytułów planszówek/gier karcianych (wliczając również DDR od Usy).
Najczęściej graną grą był Aeon’s End (chyba , jeśli wiecie, że coś chodziło częściej to dajcie znać), który był rozgrywany przynajmniej 4 razy. Na podium znajdzie się również Brzdęk, Nawiedzone Krainy, Cthulu Death May Die oraz Turbo z countem 3 rozgrywek. Jeśli mamy innych pretendentów do podium, to też dajcie znać.
Najdłużej grana planszówka: Wiesiek albo Diuna. Diuna zajęła 4,5h ;) Nie wiem ile czasu ostatecznie zajął Wiesiek, bo w przeciwieństwie do Diuny, zrobili sobie przerwę na jedzenie.
-
Jeśli macie coś do dodania - zapraszam!