Page 9 of 17
Re: Teoria Wzrostu
Posted: Thu Apr 04, 2013 10:26 pm
by Caerth
Ehren suszył uzębienie ponad kierownicą motocykla. Strażnicy pozostawieni do ochrony wraku niepewnie trzymali go na muszkach karabinów - krasnolud o plugawym owłosieniu zajmował właśnie miejsce przy działku.
-Słuchaj- scenicznym szeptem zagaił marines swojego towarzysza- mamy do niego strzelać, aresztować, powiesić za organy rodne?
-Mnie nie pytaj, ja tu tylko stoję - żołnierze zakonu zaczynali powoli dochodzić do wniosku iż rozmowa z szefem o podwyżce może się znaleźć całkiem wysoko na ich liście rzeczy do zrobienia- nie płacą nam za myślenie.
-Fakt.
Ponad ciszą natury rozniósł się zgrzyt przeładowywanej armaty i cichy szum mechanizmów wieżyczki.
Ehren nadal się uśmiechał, zsiadając ze swojej maszyny i dobywając z jednej z sakw cylindryczny pojemnik i ...
-KOC? - wyższy z marinsów jęknął, ledwo unikając spustościsku na palcu wskazującym.
-I kanapki - wesoło zagaił mężczyzna, rozkładając materiał na kamieniach drogi i z pewnym trudem wyciągając z sakwy na burcie trójkołowca robiący wrażenie kosz piknikowy - mam też piwo.
-....
-Oh dajcie spokój. Nabrać sił trzeba przed przyjazdem gości.
-Gości? Jakich gości!?
-Nie mówcie że nie zauważyliście tej orkijskiej architektury tam na zboczu góry.
-Jakiej ork...ah - jeden z żołnierzy aż palnął się w czoło - co to takiego?
-Jaja sobie robicie - Ehren kontynuował konwersację, rozkładając na kocu przed Tramlerem zawartość kosza - nie czytaliście raportów? A tak, Zakon. Macie - chwila szperania w sakwach zaprocentowała plikiem dokumentów z charakterystycznym logiem oka wpisanego w trójkąt - mam nadzieję iż zostawili wam dość amunicji.
Re: Teoria Wzrostu
Posted: Fri Apr 05, 2013 2:16 am
by Taii
- Kurwa! Panowie, mamy przejebane… - Powiedział do kolegów krasnolud.
- Serio? Czterech na jakiś gang?
- Na mnie nie patrzcie. – Powiedział Ehren wpieprzając kanapkę. – Ja tu tylko piknikuję. Ale jak chcecie, możecie pobawić się motorkiem. Zamontować na niego jakąś haubicę, czy co tam macie. Możecie nawet na nim odjechać.
Trzech zakonników spojrzało na Ehrena z głupimi wyrazami twarzy. Jeden z Marines chciał coś powiedzieć. Zanim jednak zdążył dojść do słowa, wszyscy zauważyli ruch w pobliskich krzakach. Natychmiast skierowali lufy w tamtym kierunku.
- Włączyli byście komunikatory! – Wrzasnął Goro, dowódca oddziału, wychodząc z krzaków. W jego towarzystwie było pozostałych pięciu żołnierzy odesłanych przez Wellsa.
- Co wy tu robicie?
- Szefu nas odesłał. Mamy problem. Dostrzegliśmy dużą chmurę kurzu i zbliżające się samochody. Jakieś pięćdziesiąt, czterdzieści kilometrów od nas. ETA dwadzieścia minut.
- Kurwa! Jest gorzej niż myśleliśmy…
- Wiecie o tym?
- Ehren przyniósł nam dokumenty agendy opisujące pewien gang. Który akurat ma wierzę obserwacyjną około sto pięćdziesiąt klików stąd. Mówił, że na pewno nas dostrzegli.
- Ehren? Tutaj? Gdzie ten mały diabeł?
- Przecież siedzi tut… - Gdy krasnolud się odwrócił, zobaczył pusty kocyk i papierek po kanapce. – Uciekł! Kurwa!
- Nie ważne, musimy przygotować jakiś plan.
***
Siedmiu zakonników pchało ze wszystkich sił Tramplera. Goro z racji tego, iż był najstarszy zarówno stopniem jak i wiekiem, siedział w środku kontrolując, gdzie pojazd skręca. Jeden pojechał przodem na motocyklu i karczował fragment dżungli. Musieli przepchać pojazd zaledwie dwa metry do przodu. Wówczas Trampler znalazł by się na pochyłym w dół terenie, co pozwoliło by mu poruszać się na luźnym biegu. Nie było to takie proste ze względu na jego masę.
- To na pewno się uda poruczniku? – Zapytał jeden z krasnoludów przez komunikator.
- Nie marudź tylko pchaj szeregowy. Będzie jak na Eptili pięć lat temu.
- Nie byłem na Eptili.
- To się ciesz. – Powiedział Rook, jeden z krasnoludów. – To było prawdziwe piekło.
- Przynajmniej się nie nudziliśmy. – Zakomunikował Goro.
Nagle Trampler runą w dół przez dżunglę, po wykarczowanym szlaku. Oddział zaczął biec za nim. Po około dwustu metrach porucznik wyhamował maszynę. Stanęła na środku polany.
- Dobra chłopaki wyładowywać sprzęt. Ja zostaje w środku na dziale. Szeregowy, weźcie dwa kanistry ze środka. Tylko pełne. Wiecie co z nimi zrobić. Ustawcie się na pozycje i czekajcie na mój sygnał.
Gdy tylko krasnoludy skończyły wysiadać w L.S.A., Goro zamknął szczelnie magnetyczne drzwi pojazdu. Szeregowy ustawił kanistry w odpowiednim miejscu, zarzucił swój karabin snajperski na plecy i pobiegł w las. Pozostałych dwóch marinesów siedziało w motocyklu głęboko w dżungli. Prowizorycznie zamontowany na kosz gatling wystawał kilkanaście centymetrów dalej od przedniego koła. Na szczęście wielki zasobnik z amunicją i sporych rozmiarów głaz dawały idealną przeciw wagę. Za nim ciągnęła się ścieżka, prowadząca na około do nadmorskiego traktu. Jednostka mobilna czekała na sygnał. Krasnoludy właśnie kończyły ustawiać się w tyralierze po drugiej stronie dżungli.
- L.S.A. meldują gotowość bojową.
- Snajper na stanowisku.
- Koliber oczekuje na rozkazy. Kurwa kto wymyślił nam ten kryptonim?
- Tu dowódca. Owocnych łowów panowie.
Od strony nadmorskiego traktu coraz głośniej było słychać rycie silników. Do miejsca w którym ówcześnie stał Trampler podjechały dwa pickupy z zamontowanymi na pakach działkami pięćdziesiąt milimetrów. W środku znajdowało się po czterech gangersów. Piąty zajmował się obsługą karabinka. Zatrzymały się w miejscu ogromnych śladów gumy. Za nimi zaparkowały dwie duże ciężarówki, wyglądem przypominające orkowe transportery. Miały otwartą pakę na której upchanych było dwudziestu ludzi. Kierowca jednego z pickupów wysiadł. Podszedł do czarnych pasów na trasie. Zaczął rozglądać się dookoła. Widział, dokąd prowadziły, ale ostrożność kazała zbadać mu teren dokładnie. Podszedł do skraju dżungli. Ścieżka przez zarośla zakręcała lekko ograniczając jego widoczność. Zaklął pod nosem, po czym udał się w stronę pozostałych pojazdów. Ich kierowcy wysiedli.
- I co? Gdzie oni są?
- Chuj wi… Wygląda to jak by chcieli schować to bydle. Musi być bardziej cenne niż przypuszczaliśmy.
- To na co jeszcze czekamy? Szefu chciał go mieć za wszelką cenę.
- Boję się, że to może być pułapka. Szybki zostaniesz tutaj. Wyślij też dziesięciu ludzi, żeby poszli przez krzaki. Jeśli ktoś chowa się w lesie mają go od razu załatwić. Nie potrzebujemy świadków. W razie czego wystrzelimy racę. Wtedy Majk… – Tu skierował wypowiedź do kierowcy drugiej ciężarówki. – Masz wrzucać wsteczny i wypierdalać, a twoi ludzie wpieprzają się w chaszcze. Będą mieli większe szanse. Szybki, oczywiście reszta twoich kumpli też ma się wpakować w las, otoczymy ich i zamkniemy w krzyżowym ogniu. Z tego co mówili obserwatorzy, tam będzie maksymalnie pięciu ludzi.
- Borygomos miał rację, żeby cię wynająć. Marnowałeś się tylko w tej straży.
- Zamknij ryj i do wozu, nie mamy całego dnia.
Kierowcy załadowali się do swoich maszyn. Dwa pickupy pojechały przodem. Za nimi ciężarówka. Dziesięciu ludzi wysiadło z paki ciężarówki, która pozostała na miejscu i pośpiesznie ruszyło w stronę krzaków. Po pięciu z każdej strony ścieżki. Na pierwszy rzut oka wyglądali jak rasowi zabijacy. Ogolone głowy lub mohawki, prowizoryczne kolczugi sklecone z nakrętek do śrub, ćwiekowane kurtki i karwasze. Można by powiedzieć, że wyjęto ich rodem z Mad Maxa, gdyby tylko ktoś na tej planecie wiedział co to jest. Broń posiadali przeróżną. Od pordzewiałych śrutówek i pistoletów maszynowych, przez wielkie maczety i siekiery, po łańcuchy zakończone ostrymi hakami. Jednym słowem wielka nieprzyjemna banda. Prawdę powiedziawszy, raiderzy w pozostałych pojazdach nie odstawali od nich wizualnie ani na krok.
Gdy pojazdy dojeżdżały do polanki, kierowca pierwszego powtórnie zaklął.
- Pułapka jak nic. – Powiedział do siedzących w środku towarzyszy. Dajcie sygnał naszym.
W czasie, gdy dwa pickupy ustawiały się w pozycji V na skraju polanki, gangers siedzący na tylnym siedzeniu wychylił się przez okno. Trzymał w ręku pistolet sygnałowy. Niestety nie zdążył wystrzelić. Kula kalibru 7.62 przebiła mu czaszkę zostawiając krwawą posokę na prawej, opancerzonej burcie pickupa. Wtedy rozpoczęło się piekło.
***
- Mam ich na wizjerze! Panowie przygotować się. Szeregowy gdy będą nad kanistrami wiesz co robić.
- Cel namierzony. Jeden się wychyla. Chce wystrzelić racę! Strzelam.
Gdy kula trafiła między oczy gangersa pozostawiła za sobą tylko czerwoną mgiełkę. Szeregowy przeładował. Zestrzelił jeden z kanistrów zawieszonych na gałęzi. Ten upadł na dach pickupa i zaczął wylewać paliwo po karoserii. Strzelił ponownie zdejmując strzelca z drugiego pickupa, który właśnie rozpoczynał salwę do krzaków przed sobą. Niestety jeden z pocisków doleciał do pozycji snajperskiej raniąc w bark strzelca wyborowego. Szeregowy pospiesznie wydobył opatrunek z pakietu medycznego i zaczął tamować krwotok z dość mocnego draśnięcia.
- Poruczniku, dziś już nie postrzelam.
W tym samym momencie Goro wypalił z działka przeciwpancernego Tramplera. Pociski przechodziły przez ciężarówkę jak przez masło. Raiderzy załadowani na pace zaczęli pospiesznie wysypywać się do lasu. Przynajmniej ci, którzy przeżyli.
***
- Kurwa! Snajper!– Krzyknął kierowca pierwszego pickupa, gdy jego towarzysz zawisł martwy w oknie.
Nagle coś stuknęło w dach pojazdu. Po chwili, przez szczelinę w pancerzu, który zastępował przednią szybę zaczęła się wlewać do środka jakaś ciecz.
- Benzyna! Duncan, cofaj!
W tym momencie coś huknęło głośno. Zobaczyli błyski z wieżyczki na pojeździe przed nimi.
- Nie mogę! Jeśli się wycofam wejdziemy w zasięg tego wielkiego gówna i skończymy jak Majk! Wyś…
Nie zdążył dokończyć wypowiedzi, z lasu po ich lewej stronie wyszła jakaś pokraczna maszyna krocząca i puściła serią. Ogień buchnął natychmiast.
***
- L.S.A. wkraczajcie! – ryknął Goro przez komunikator.
Krasnolud najbliżej pojazdów przeciwnika wyłonił się z lasu. Skierował miotacz igieł w stronę pickupa przesiąkniętego benzyną i wypalił serię. Igły były za słabe by zostawić coś więcej niż lekkie rysy na stalowym pancerzu pojazdu. Były na szczęście na tyle chropowate, że w kontakcie z metalem wytworzyły iskry, które podpaliły benzynę. Pickup zamienił się w pochodnię. Strzelec na działku zareagował momentalnie. Wystrzelił w stronę kombinezonu. Amunicja kalibru pięćdziesiąt milimetrów miała ogromną siłę obalającą. Na nieszczęście dla krasnoluda L.S.A nie były wyposażone w mocny pancerz. Jedyne co go osłaniało to konstrukcja maszyny. To nie wystarczyło. Pociski przechodziły przez nie jak przez masło. Pilot zamienił się w mięsno-krwistą breję. Gdy kombinezon padł na ziemię stróżki wody wyciekającej ze zbiornika i krew spływały na glebę tworząc szkarłatne błoto. Gdy drzwi płonącego samochodu otworzyły się, wypadły przez nie skwierczące w ogniu ciała. Chwilę później płomień dotarł do kanistra, w którym było jeszcze trochę paliwa, doszło do eksplozji. Płonące ciało strzelca odrzuciło aż do wraku ciężarówki. W wyniku eksplozji płonące odłamki dosięgły również sąsiedniego pojazdu.
***
- Wysiadać! Wysiadać! Kurwa, do lasu! – Wrzeszczał kierowca drugiego pickupa do swoich kolegów, gdy płomień zaczął rozlewać się po sąsiadującym pojeździe.
Przez panikę i pośpiech stało się to trudniejsze niż sądzili. Jeden z gangersów w końcu otworzył drzwi. Kierowca wyskoczył za nim. Pasażerowie z tylnego siedzenia również zdołali się wydostać. Gdy byli już w lesie, doszło do eksplozji.
- Wzięliście sprzęt? – Zapytał kierowca.
- Tak. Musimy się tylko odpowiednio ustawić.
***
W lesie trwała ostra jatka. Krasnoludy z łatwością odpychały atak gangersów. Igły przechodziły przez nich jak przez sito. Nagle naprzeciw stanął wielki grubas z działkiem obrotowym i czymś co przypominało płytową zbroję.
- Odwrót chłopaki! – Zakomunikował jeden z brodaczy będący najbliżej.
Gdy tylko dostrzegł, że obrotowe działko zaczyna się rozkręcać, podjął szybka decyzje. Doskoczył pospiesznie do przeciwnika i podbił mu armatę do góry. Minigun wypalił. Siła odrzutu przesunęła całym grubasem do tyłu. Krasnolud rozpoczął wiercenie w pancerzu przeciwnika zamontowanym na prawej kończynie wiertłem. Grubas przestał strzelać i przywalił w kombinezon gnatem. L.S.A. stracił równowagę i zatoczył się do tyłu. Upadł na ziemię. Przeciwnik to wykorzystał. Wypalił potężną serię. Pilot nie mógł tego przeżyć. Grubas machnął do reszty swoich towarzyszy i ruszyli razem w stronę Tramplera.
***
Motocykl pędził po przygotowanej wąskiej ścieżce. Musieli wykonać swoje zadanie na czas. Od tego zależało życie ich towarzyszy. Nagle kierowca to zobaczył, zamaskowany koniec ścieżki. Trakt był już tuż, tuż. Motocykl wypadł z impetem na kamienną autostradę. Skręcił w prawo i ruszył przed siebie, by jak najprędzej dotrzeć do miejsca w którym mogli by przeprowadzić atak na tyły wroga.
***
Szybki stał oparty o ciężarówkę i palił papierosa. Nagle usłyszał strzały i eksplozje dochodzące z dżungli.
- Kurwa! Panowie, do lasu!
Gdy banda gangersów biegła w krzaki, Szybki wsiadł do ciężarówki.
- Hank, wyciągaj graty ze skrzyni. Jedziemy im pomóc.
- Na chuj kazałeś chłopakom biec, skoro i tak tam jedziemy?
- Zamknij pysk… spanikowałem!
Hank sięgnął za siedzenie i wydobył ze skrzyni wyrzutnię rakiet. Zaczął ją ladować, gdy nagle przed nimi na horyzoncie ukazał się pędzący motocykl.
- Co do chuja?
To było ostatnie słowa, jakie Szybki zdołał powiedzieć w swoim życiu.
***
Marines dostrzegli ciężarówkę i bandę dziesięciu chłopa wbiegającą do lasu. Gdy zbliżyli się na odpowiednią odległość siedzący za gatlingiem wypalił. Motocykl zaczął zwalniać, pomimo iż silnik pracował na wysokich obrotach. Działko obrotowe było przeznaczone do montażu na helikopterach lub zamiennie z działem przeciwpancernym na Tramplerze. Siła odrzutu zwiększała się proporcjonalnie do długości serii. Wystrzały ucichły na chwilę i motocykl ruszył dalej. Po chwili kolejna seria. Po czterech takich Marine zaprzestał ostrzał. Motocykl dojechał do ciężarówki. Stalowy pancerz, maska i koła były przesitowane. W środku znajdowało się dwóch martwych ludzi. Żołnierze ruszyli dalej. Nagle coś strzeliło z wydechu i silnik zgasł. Po kilku nieudanych próbach odpalenia jeden spytał drugiego.
- Dasz radę to unieść?
- Pojebało cię?
***
Sytuacja pod Tramplerem wyglądała nieciekawie. W sumie, nieciekawie było bardzo lekkim określeniem. Pod drzwiami wejściowymi na prawym boku zebrało się już sporo gangersów. Czterech z drugiego pickupa, pięciu którzy wyruszyli wcześniej z ciężarówki Szybkiego i czterech niedobitków z drugiego tira. Grubas z minigunem skutecznie odpierał próbujące się przedrzeć bliżej krasnoludy w kombinezonach. Kierowca pickupa właśnie wyciągał coś z walizki. Coś co okazało się być spawarką. Gdy zaczął swoją pracę z dżungli wyłoniło się jeszcze dziesięciu raiderów od Szybkiego.
***
- Wycofać się! To rozkaz. Nie damy im rady.
- Szefie co pan? Nie zostawimy pana.
- Szeregowy, żyjesz?
- Ledwo. Poszarpało mi bark.
- Przypomnij mi, dlaczego ciągle tak cię nazywam?
- Bo byłem parszywą ciotą po tym jak się zaciągnąłem i powiedział pan, że nigdy nie osiągnę innego stopnia!
- A jednak, zaraz po mnie jesteś w tym oddziale najwyższy stopniem . Dbajcie o siebie.
- Poruczniku co pan. Wyciągniemy pana.
- Wycofać się! Każdy kto złamie ten rozkaz zostanie wyrzucony z zakonu!
Goro kopnął leżącą przy nim beczkę z benzyną. Zaczęła ona dolewać się do wielkiej kałuży w ładowni. Żołnierz usiadł na chodach i oparł się o otwartą skrzynię z granatami. Przeładował karabin i wyciągnął zawleczkę z granatu trzymanego w ręce. Schował ją do skrzyni, po czym uderzył kolbą w bezpiecznik odblokowujący magnetyczne drzwi. Po chwili gangersi wpadli do środka.
***
Drzwi do Tramplera otworzyły się. Zdziwieni raiderzy popatrzyli po sobie, po czym wbiegli do środka. Kilku pierwszy padło martwych po serii z karabinka. Następni byli już ostrożniejsi. Poczekali, aż żołnierzowi skończy się amunicja. Po czym niczym orki wpadli do środka. Jeden z nich puścił serię. Gdy zakonnik padał martwy zdążył jeszcze powiedzieć:
- Pierdolcie się skurwysyny.
Granat bez zawleczki wpadł pomiędzy inne w skrzyni. Niczego nie świadomi bandyci zawyli z triumfu. Trampler był ich.
***
Dwóch marines biegło ścieżką. Pozostawili za sobą motocykl. Gdy zobaczyli przez drzewa Tramplera było już za późno. Wielka eksplozja wstrząsnęła okolicą. Transportowiec dosłownie rozerwało. Wielka ściana ognia rozlała się po polanie. Nad płonącymi szczątkami unosiły się czarne kłęby dymu z dopalającej się benzyny.
Re: Teoria Wzrostu
Posted: Sat Apr 06, 2013 11:31 am
by Xellas
Czterdziesty piąty…
Trzask! – Usłyszała dźwięk z dołu. Pod jej stopami zaczęła tworzyć się niewielka pajęczynka pęknięć.
- Zgrubłaś. – Uśmiechnęła się do niej z przekąsem Satsuki.
- To doświadczenie życiowe – odwarknęła wampirzyca
- Oczywiście – Satsuki miała bardzo uradowaną minę.
Cieniutka pajęczynka pęknięć pod wampirzycą groźnie zazgrzytała i rozszerzyła swój zasięg. Naiee na brzegu umierała ze strachu. Nie wiadomo czy chodziło jej o życie Satsuki, czy sama świadomość, że lód pęka i woda może ją ochlapać powodowała histerię.
- Jak gruby jest ten lód?
- Kilka, kilka naście metrów. Kogo to obchodzi? Masz jakiś problem wnusiu?
- Nie skąd. Tak tylko z ciekawości pytam. Tam na dole to ten kryształ?
- Aha. Może chcesz usiąść i popatrzeć ze mną?
- Nie dziękuję, postoję.
Obie uparcie ignorowały dzikie wrzaski kotołaczki, która powoli zaczynała wychodzić z siebie, widząc jak pękniecie znowu wydłuża się o kilka centymetrów.
- Sat, muszę stąd iść.
- Czułam astral.
- Mhm, ja też. – zaczęła się wycofywać w stronę brzegu, ostrożnie bardzo ostrożnie, ale Satsuki złapała ją za rękę
- Co się stanie? – jej oczy zalśniły z zainteresowania
- Lepiej tego nie sprawdzać – zaczęła iść, ciągnąc za sobą Sat.
Kiedy wyszły z kopalni, Naiee doskoczyła do swojej pani i zaczęła się o nią ocierać.
- Wrrróciłaś do mnie!
---
Od wyjściu z kopalni Satsuki nie dawała Xellas spokoju.
- Czemu lód pod Tobą pękał?
- Przeszkadza Ci to? Szybciej dostaniesz się do kryształu.
- Nie odpowiadasz mi na pytanie! Słuchaj babci!
- Przytłoczyła mnie świadomość, że to nie ja znalazłam taki ładny klejnot.
- Nie wydurniaj się tylko odpowiadaj. – Satsuki nie dawała za wygraną, chociaż wyciąganie z Xellas informacji, których nie chciała udostępniać było jak rozmowa ze ścianą.
- Popilnujesz moich kotów? Muszę iść i nie mogę ich ze sobą zabrać.
- Są oswojone?
- Nie
- Naiee jest kotem, dogadają się. Więc co jeszcze mi powiesz?
- Dziękuję?
- Wiesz, że nie o to mi chodzi.
Wampirzyca odetchnęła głęboko i spojrzała w niebo obserwując księżyce, zawsze pozostawały ze sobą w tej samej odległości.
- Ty jesteś pełnym mazoku, a ja nie. Najwyraźniej dla kryształów jestem zbyt mało prawdopodobna.
- Pierdolisz
- Jaka jest szansa, że szalony eksperyment genetyczny się powiedzie, przybierze formę humanoidalną i do tego nie będzie bezmyślnie zabijać?
- Jak wygrana w totka.
- No właśnie, a moja ‘naturalna’ forma jest trochę większa i nieco cięższa dlatego lód pękał. – uśmiechnęła się odsłaniając zęby, skrzyżowała ręce na wysokości twarzy i zmieniła się w stado nietoperzy, które odleciało w stronę lasu.
Postanowiła podreperować zubożone siły i poszła na polowanie. Niestety w związku z pupilami Satsuki lokalne lasy były przetrzebione. Dlatego mimo usilnych poszukiwań przez resztę nocy trafiła tylko na jeżozające i boruskożaby, które nie były specjalnie apetyczne. Była coraz bardziej głodna, więc dłuższa gościna nie wchodziła w rachubę.
-----
Ehren korzystając z sytuacji postanowił zwiedzić fortecę. Przecież w fortecy przypominającej poligon, najeżonej od góry do dołu bronią musi być coś ciekawego. Bez powodu nie stawialiby takich murów.
Odkąd opuścił tramplera był obserwowany przez szczurkowatego młodzieniaszka. Driad, nie zyskał swojej nazwy przypadkowo. Poruszał się za Ehrenem praktycznie bezszelestnie, tereny dookoła znał doskonale czekał tylko na odpowiedni moment.
Tamci kretyni jak nic dali się pozabijać, nowicjusze się nie spisali. Ale Driad nie był nowicjuszem. Wychował się na ulicy, do tego miał instynkt, a on mówił mu, że do tego dziwnego kolesia lepiej nie wychodzić. Zresztą atak z zaskoczenia zawsze jest lepszy.
Ehren właśnie oceniał jak dostać się na szczyt wzniesienia, kiedy usłyszał za sobą dźwięk. Dźwięk okazał się spustem, coś co go trafiło, było duże i ciężkie – przysiągłby, że dostał mrożonym ziemniakiem. Gdyby się nie odwrócił, uderzenie trafiłoby w tył głowy, może by tylko ogłuszyło, a tak trafiło idealnie w skroń. Ehren padł nieprzytomny.
Driad splunął na ziemię, zza ucha wyciągnął papierosa i zapalił. Podszedł ostrożnie do nieprzytomnego, wycelował w jego głowę. To powinno mu rozbić czaszkę, a ten tylko się przewrócił, koleś wyglądał jakoś dziwnie. Może da się za niego jakiś okup dostać? Poza tym najwyraźniej trzeba się dowiedzieć kto tu się jeszcze szlaja.
------
Ehren powoli dochodził do siebie. Głowa pulsowała mu okropnie, nie mógł się skupić. Spróbował się ruszyć, ale jego ciało było przez coś trzymane. Ręce miał skute za plecami, dodatkowo był związany, metalową liną, wyglądała na co najmniej holowniczą. Na twarzy czuł lodowate krople wody.
- Obudziła się nasza królewna – zarechotał jakiś człowiek, z wiadrem wody. Znajdowali się w pomieszczeniu, które wyglądało jak standardowe wyposażenie każdego czarnego charakteru. Narzędzia tortur, łańcuchy, jakieś dziwne flaszki, akwarium, akcesoria BDSM itp.
- Szefuniu wróciła druga grupa. Udało im się zebrać tylko jakieś szczątki.
-------
Następnej nocy po odnalezieniu kryształu Xellas, wyruszyła w drogę do Khartum. Nie chciała przebywać koło tego paskudztwa, źle się przy nim czuła. Można się dziwić, ale nie lubiła tracić nad sobą kontroli, chociaż było to bardzo zgodne z jej naturą. Pomyślała, że może zobaczy co słychać u Psiej Ligi, do tej pory nie miał okazji ich spotkać.
Naiee okazała się bardzo pomocna, pokazała mapy, wytłumaczyła, gdzie co jest. Nawet znalazła dla niej pelerynę z kapturem, była trochę za duża, ale za to solidnie wykonana.
Na miejsce bitwy dotarła jeszcze tej samej nocy. Po drodze polowała, co umożliwiało jej poruszanie się z dużo większą prędkością niż mogliby sądzić co poniektórzy. Miejsce ewidentnie było przetrzebione i wysprzątane ze wszystkich resztek. Nie musiała zgadywać co, tu się stało. Zapach ludzkiej krwi nadal był wyczuwalny, zresztą nie tylko on. Badała miejsce przez chwilę, aż jej uwagę zwrócił porzucony, kosz piknikowy. Nie było wątpliwości do kogo należał, mimo całego dnia nie stracił jeszcze zapachu. Zresztą, kto inny mógł urządzać piknik w ciągu walki?
Po zbadaniu okolicy szybko znalazła miejsce gdzie Driad dopadł Ehrena. Sądząc po głębszych śladach, zawlekli go nieprzytomnego. Później samochód jechał bardzo obciążony, więc Ehren na pewno w nim był. Ślady biegły prosto, więc nie prowadził.
- Mężczyźni…pfff. Już idę damo w opałach.
Nie była jednak paladynem rzucającym się w wir wydarzeń. Postanowiła, że najpierw posiedzi i poobserwuje. Cokolwiek miało się dziać z Ehrenem była pewna, że tak łatwo go nie zabiją.
Re: Teoria Wzrostu
Posted: Sat Apr 06, 2013 12:56 pm
by Windukind
Dzień dwudziesty (niedziela)
Miejski park dawno nie tętnił życie tak jak tego wieczoru. Thirty Clicks dawali czadu na scenie, a tłum szalał. Maczer przyglądał się wszystkiemu z operatorki, gdy weszła Arrain. Anioł rzucił jej pytające spojrzenie.
- Ah nic, dziennikarze pytali się o sprzedaną kopalnię. Wciąż żyją plotką, że podobno byliśmy blisko wydobycia. Powiedziałam im, że mieliśmy trzy kopalnie i niech się zastanowią, którą z nich sprzedalibyśmy w takiej sytuacji. Mam nadzieję, że nie poczuli się zbyt głupio.
- Niezłe efekty – Maczer wskazał na lasery i mapping 3d, który wrzucono na ścianę muszli. Akurat właśnie pokazywał kopalnię, w której zapłonęły wyziewy gazu – musiało sporo kosztować.
- Nic w porównaniu do tego ile dostaliśmy za prawa do transmisji. Zrobiliśmy przetarg i tam dopiero było gorąco.
- Cztero -zerowa liczba?
- Tak.
- Rozumiem.
-Ale sześciocyfrowa – roześmiała się Arrain – jutro pójdzie kolekcja, którą chłopaki właśnie mają na sobie i płyta, jest na niej kilka arcydzieł Kurta – właściwie idź się baw- negocjatorka prawie wypchnęła Maczera na zewnątrz- ja zajmę się resztą.
Trochę dali w tłumie bawiło się pięciu gangsterów Borygomosa, wliczając w to jednego z najbardziej zaufanych ludzi. Kukę.
Tłum tymczasem zaśpiewał
„There's bullets flying through the air
And they still carry on
We watch it happen over there
And then just turn it off”
- Ej ty mały, dzięki, że przyniosłeś mi piwo – ryknął Kwaśny, jeden z bandytów noszący tonę kolczyków na twarzy do jakiegoś studenta informatyki.
Tego najwyraźniej zamurowało ze strachu.
- Co się gapisz jak szpak w muszlę? – gangster wyrwał młodemu butelkę piwa z ręki – wezmę też Twoją laskę, bo widać nie miała dawno faceta.
- Przymknij ryj Kwaśny – warknął Kuka.
- Uspokój się Kwaśny, Kuka stracił brata, kiedy dostało się Swędzącym Kabanosom – rzucił Zygzak – nie jest dziś w humorze.
- To nie mój problem!
- Kuka, Kasia jest w ciąży słyszałam , gratulacje! – rzuciła jedna z towarzyszących im dziewczyn .
- O to dlatego tak go przybiło, lepiej strzel jej w brzuch i nie marnuj w życia – zdążył wypowiedzieć Kwaśny zanim oberwał w splot słoneczny.
- Miałem taką samą poradę dla Twojego ojca- Kuka wyrzucił butelkę i odłączył od grupy.
- Zostawcie go, przejdzie mu za dwa dni – Zygzak nie odrywał oczu od sceny.
„But just like a heartbeat
The drumbeat carries on”
Znacznie później tego wieczora, kiedy radosny tłum rozchodził się do domów pośpiewując co lepsze kawałki, Maczer odłączył się od adoratorek, byw spokoju poszlajać się jeszcze trochę po nocnych ulicach. Wtem drogę zagrodził mu typ, lekko przypominający dealera, którego zatrzymał anioł.
- Kim jesteś?
- Zwą mnie Kuka.
- To nie nic mówi, kim jesteś?
- Nieważne kim jestem, ważne kim mogę być i co mogę zrobić... ale najpierw chcę pogadać.
Dzień dwudziesty pierwszy (poniedziałek)
Około godziny drugiej Hebi spostrzegła, że spora grupa górników wróciła na powierzchnię i rozsiadła się dyskutując. Miała złe przeczucie, ale nie pozostawało nic innego niż tylko sprawdzić, co oderwało ich od pracy. Zerknęła tylko w lustro czy wygląda dosyć poważnie, jak na właścicielkę kopalni i wyszła z domku.
- Przepraszam, jak idzie dzisiejsze wydobycie? – zagadnęła najbliższą grupkę.
Zapadła cisza podczas, której górnicy wymienili spojrzenia.
- Nie idzie – odezwał się najwyższy, prawdopodobnie brygadzista.
- A to czemuż?
- No bo, psze Pani, nie mamy planów wydobycia, Psia Liga zostawiła sprzęt, ale żadnych dokumentów. Skąd mamy wiedzieć, do którego tuneli iść
- I nie możecie po prostu wybrać pierwszy z brzegu?
- To chyba nieproduktywne. Poza tym nie ma też badań geodezyjnych. Nie wiemy, czy nie płynie tam gdzieś podziemna rzeka, która mogłaby zalać tunele, lub nie ma złóż gazu.
- A nie moglibyście ich zorganizować? – Hebi zaczynała tracić humor.
- Ja jestem tylko elektrykiem, psze Pani.
- To co tu robisz?
- No przecież ludzie nie mogą kopać po ciemku.
- A ktoś inny? – demonica zerknęła na górnika, który stał po prawej od dryblasa.
- Pani ja tylko obsługuję wiertła, wszyscy inżynierzy i całe biuro obsługiwała Psia Liga. Ludzi z takim wykształceniem trzeba ściągnąć z większych miast.
Hebi zamyśliła się. Problem rzeczywiście był. Może szybciej byłoby udać się do PL i odkupić od nich badania i plany.
- Ja chciałbym tylko zauważyć - Operator podszedł krok bliżej- że przy okazji można by zamówić nowe wiertła.
- A tam co leży?
- Ale te się łamią. Psia Liga dokopała się do bardzo twardej skały. Potrzebujemy przynajmniej diamentowych świdrów. Słyszałem, że tutejsi traderzy biorą sobie całkiem sporo, prawie dwa razy , ale podobno fabryka z Khartum ma dobre ceny. Tylko trzeba zamówić z cztery dni wcześniej, no i dostawa.
- Ile?- Hebi właściwie myślała o dobrym alkoholu na wieczór
- Mamy cztery maszyny, po trzy wiertła na szybkie zużycie do kalibracji od razu i dwa tygodniowo.
- Miałam na myśli cenę!
- Nie mam pojęcia, biuro zajmowało się zakupami, nawet nie wiem z kim rozmawiali. Ja tylko obsługuję maszynę – górnik splunął.
- Dobra znajdźcie sobie jakieś zajęcie.
Górnicy szybko zabrali rzeczy i udali się za najbliższą zasłonę składającą się z magazynu. Kiedy odchodzili demonica jeszcze usłyszała skrawek rozmowy „Mogłeś powiedzieć jej, że ludzie boją się tego cienia w korytarza”, „Daj spokój Zeniek pojechał dzisiaj po tych dwóch egzorcystów z klasztoru w Dagan, przepędzą wszelkie demony, a jej nie ma coj dokładać dodatkowych zmartwień”.
Re: Teoria Wzrostu
Posted: Sat Apr 06, 2013 2:09 pm
by Crow
WWWWypad na obozowisko Zakonu Cienistego Młota okazał się być dla rajdersów Borygomosa bardzo kosztowny. Szczęśliwie nie wrócili z pustymi rękoma. Skradziony przez Ehrena motor był zwykłą maszyną dostępną na planecie, ale zamontowany do niego Gatling stanowił już sensowne wzmocnienie warowni. Z samego tramplera wiele nie zostało, ale resztki pancerza zostały wykorzystane do wzmocnienia murów kryjówki, a nieliczne ocalałe podzespoły i zrabowane z ciał poległych zakonników wyposażenie osobiste szybko zostało zaadaptowane na użytek gangu. Najcenniejsze okazały się kombinezony bojowe krasnoludów. Nie na każdego człowieka pasował taki pancerz, ale każdy z nich natychmiast z przeciętnego pachołka stawał się istotnym wsparciem dla sił gangstera. Oczywiście cały sprzęt został dokładnie sprawdzony i usunięte z niego wszelkie możliwości zdalnej ingerencji zakonników.
WWWSam Borygomos nie był zdecydowany, czy złapany jeniec był najbardziej bezużytecznym, czy najcenniejszym łupem. Ludzie gangstera zaczęli zbierać na ulicach Khartum informacje o potencjalnych zainteresowanych wpłaceniem okupu. Pokryło się to w czasie z uruchomieniem przez Natienne domu gejsz, więc informacja o schwytaniu Ehrena szybko dotarła do podwładnych Satsuki.
WWWPrywatny radiowy telegraf został też wysłany do samego Raflika. Zawierał zaproszenie na szykującą się wkrótce jatkę, gdyż Borygomos nie wierzył, żeby zakonnicy nie zdecydowali się na jakąś formę zemsty. Przyszedł czas sprawdzić, ile warte było założone przez generałą CA porozumienie.
Re: Teoria Wzrostu
Posted: Sat Apr 06, 2013 6:18 pm
by Caerth
-Apsik!
-Nie kichaj mi tu tylko gadaj! - Oprawca o dźwięcznym imieniu Edward sięgnął po dźwignię i ponownie zanurzył więźnia od pasa w górę w akwarium.
Zanurzony w mętnej wodzie Ehren rozważał istotę bytu, robił listę zakupów do realizacji w mieście i uśmiechał się szeroko do ławicy nieco przegłodzonych piranii.
Ryby, wykazując inteligencję, albo i tylko kierując się starożytnym instynktem przetrwania, trzymały się możliwie daleko od intruza w ich akwenie.
Po dłuższej chwili kat, amator ale za to jedyny z jako takim pojęciem o prowadzeniu przesłuchań w całej zorganizowanej grupie przestępczej, przystąpił do zadawania serii pytań. O możliwy kontratak. O liczebność, uzbrojenie, taktykę. O tajemnicze przemysłowe. I inne - dostał zawczasu listę.
Ehren uśmiechał się jedynie, przyjmował razy i coraz bardziej kreatywne tortury jako przerywnik od nudy. Zastanawiał się tylko dlaczego go rozebrali i co miała oznaczać powtórzona szeptem wiadomość iż "szef zejdzie do piwnicy porozmawiać z nim. Biedny drań...".
Czas mijał leniwie. Kat Edward, znudzony widać wodą przeszedł do tortur ognia. Ehren powitał ciepło z radością - przynajmniej kichając płuc nie straci.
---
-Mówiłem by nie brać żadnych jeńców - Borygomos z dezaprobatą spoglądał na sprawcę zamieszania. Driad klękał przed wodzem zasiadającym na tronie w mocno niedbałej pozie. Fakt iż starszy mężczyzna nosił kilt nie pomagał chłopakowi się skupić - dlaczego mnie nie posłuchałeś?
- Bo szef widzi....on jest ładny! - wykrzyczał Driad, zaciskając w przerażeniu oczy. Byleby nie chciał karać, nie chciał karać.....
-O? - wódz nachylił się nad Driadem - przeszukaliście go już?
-Tak szefie!
-Dokładnie?
-...nie tak jak szef potrafi.
-Ah, dzisiejsza młodzież. Powiedzcie Edkowi że zaraz zejdę.
---
Ehren spojrzał na Borygomosa z zainteresowaniem.
Jednooki herszt odwzajemnił spojrzenie, dokładając szeroki uśmiech
-Faktycznie, dekoracyjny. Nada się.
-Mogę się dowiedzieć do czego? - Ehren uprzejmie próbował zagaić zebranych. Został zignorowany.
-To jego rzeczy? - wódz końcem pogrzebacza dźgnął kupkę ubrań i akcesoriów zdjętych z więźnia - hmm, ciekawe.
Łowy przyniosły owoc w postaci szmaragdowego naszyjnika.
- Nie chcesz tego przypadkiem odddać? - Ehren spróbował ponownie.
-Chłopcze! - głos Borygomosa zagrzmiał w ograniczonej przestrzeni niczym grom - jeśli postarasz się, to może. Baaaardzo postarasz - dodał z krzywym uśmiechem, mierząc wzrokiem nagie ciało.
-Ups - zdołał wykrztusić Ehren nim krzepcy pomagierzy nie przystąpili do przenoszenia więźnia do prywatnych kwater wodza.
Re: Teoria Wzrostu
Posted: Sat Apr 06, 2013 7:34 pm
by Koranona
Studentka zapukała cicho do drzwi wychodząc z założenia, że wejście bez ostrzeżenia mogłoby się nieprzyjemnie skończyć. Dla obu stron. Słuszne poniekąd wnioski potwierdziły się, gdy dziewczyna wchodząc zostałą przywitana cichym warczeniem wydobywającym się spod kłębka kołdry, prześcieradła i poduszek. Studentka przełkneła śline i odchrząkneła niepewnie. Warczące wcześniej stworzenie usiadło, przeciągneło się ziewajac i spojrzało świeżo rozbudzonymi, fioletowymi oczami na dziewczynę.
- Dzień dobry, jestem...
- Gdzie jestem? - przerwała powitanie wiedźma.
- W pokoju gościnnym Akademii w Khartum.
- A widziałąś takiego grubego, białego szczura?
- Jest tam - dziewczyna wskazała palcem stojącą na komodzie małą klatke, w któej spał Hektor.
- W klatce?!
- Nie-wiedzieliśmy-co-znimzrobić - wyrzuciła z siebie jednym ciągiem studentka i zaczeriweniła się.
- Nie szkodzi, jemu to i tak chyba nie robi różnicy.
- Hm - zamruczałą Nona patrząc na siebie - moje ubrania są...
- W grónej szufladzie komody.
- Teraz bardzo wazne pytanie. Jak sie tu dostałam?
- Zmaterializowała się pani...
- No proszę, nie "pani". Jestem pewnie młodsza od ciebie.
- Zmaterializowałąś się tu, w Akademii. Konkretnie nad biurkiem rektora. Spadłaś i straciłaś przytomność. Pan Crow chciałby się z toba zobaczyć.
- Rozumiem.
Wiedźma bezceremonialnie wyszła z łóżka, podeszła do komody, wyjeła swoje ubrania i zaczeła się ubierać. Szło jej to nie zwykle sprawnie.
- Zaprowadź mnie do niego proszę - powiedziała dopinając klamry plastronu pod cienkim płaszczem.
Studentka spojrzałą wymownie na jej włosy, a Nona przypomniała sobie, że zostawiła je takie, z jakimi się obudziła. Przeczesała je palcami, co wyjątkowo dało całkiem znośny efekt. Otworzyła klatkę, wyjęła śpiacego szczura i wepchnęła go do kieszeni.
- Teraz możemy iść.
Szły a i ch kroki odbijały się echem od ścian. Wiedźma nie zwracała uwagii na otoczenie próbując przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia, ale jakaś przytłaczająca ciemność za potylicą jej na to nie pozwalała. Owe rozmyślania zajeły jej czas przejścia przez akademie, więc zanim się spostrzegła znalazły się przed drzwiami do biura rektora. Studentka zapukała do drzwi i otworzyła je.
- Prosze - powiedział Crow i spojrzał na wchodzące do biura osoby.
Ta druga była tą, która spadła znikąd na dębowe biurko. Wydawała się niższa, niż wydawało się za pierwszym razem. Wręcz można by powiedzieć, że była dziecięco mała. Długie kasztanowe włosy ułożone były we wzglednym ładzie, a szare oczy rozglądały sie badawczo po pomieszczeniu.
- Dziękuję ci - zwrócił się Crow do studentki, która dygneła i wyszła - proszę, usiądź - poprosił Nonę wskazując jej ręką krzesło po drugiej stronie biurka.
Wiedźma usiadła niepewnie i spojrzała drektorowi prosto w oczy. Ten odchrząknął.
- Witamy ponownie w świecie żywych. Czy mogę pani zaproponować kawy, herbaty - spojrzał na wiedźmę próbując ocenić jej wiek, ale poddał sie szybko - albo coś mocniejszego ?
- Nie, dziękuję - odpowiedziała, po czym ostentacyjnie zaburczał jej brzuch.
- W takim razie może jakaś drobna przekąska? Kadra naszego wydziału gastronomii szybko zdobyła uznanie w Khartum.
Wiedźma speszyła się trochę.
- Może troche później...
- Dobrze. Nie będę w takim razie marnował pani cennego czasu. Jest jednak kilka palących pytań, które chciałbym zadać. Mogę zająć kilka minut?
- Oczywiście.
- Po raz pierwszy o pani przybyciu na Coddar usłyszeliśmy rzecz jasna, gdy przybyła pani jak każdy przez bramę przestrzenną. Gdy lądownik dotarł jednak do portu, nie było pani na pokładzie. Kilka dni później znalazłem panią ... tu na akademii. Może mi pani opowiedzieć, co działo się w międzyczasie?
Nona zasępiła się w zastanowieniu.
- Spotkałam sie z moim dziadkiem, potem prowadziłam badania... potem nie bardzo pamietam co sie działo... aż w końcu pojawiłam się tutaj.
- Pani dziadkem - zdziwił się Crow - Jest pani spokrewniona z którymś z mieszkańców Coddar?
- Tak tak... taki niski gość. Szara skóra, długie czerwone włosy, kilka ogonów...
- To... to brzmi jak Caibre! Z tego co wiem nie przebywa na planecie, ani tym bardziej nie jest jej rdzennym mieszkańcem - tu kolejna chwila zastanowienia się - chyba, że mówimy o Urzu Ehrenie? Nie jest dla mnie jasne jego powiązanie z Caibrem.
Wiedźma przekrzywiła głowe i wzruszyła ramionam. Ona też sie nie rozumiała tego za bardzo. Nigdy, w zasadzie. Rektor skinął głową.
- Dobrze wiedzieć, iż przeżyli awarię lądownika. Nie było z nim kontaktu odkąd przybył na planetę. - Crow przewraca kilka kartek w leżącej na jego biurku teczce.
- Wrócę jeszcze na moment do Pani samego przybycia na planetę. Jak to się stało, iż nie odnaleziono Pani w lądowniku po dotarciu do Khartum? Ukryła się pani w jakiejś skrytce na pokładzie?
- Nie, ja po prostu zniknełam.
Rektor pytająco podniósł brew.
- To klątwa, która kiedyś rzucił na mnie ojciec. Dematerializuje się i pojawiam w innym miejscu. Zazwyczaj w innym świecie, ale ten wyjątkowo mocno mnie trzyma.
- To może być związane z obecnością na planecie kryształów Stabilinum - na moment mężczyzna przyjął mentorski ton - zmniejszają one prawdopodobieństwo mało prawdopodobnych wydarzeń. Takich jak pojawienie się w zupełnie innym świecie.
Po wypowiedzeniu tych słów Crow posępniał. Rozmowa zdecydowanie nie szła tak, jak by chciał. Młoda wiedźma wierciła się w krześle, wyraźnie nie czując się komfortowo w krzyżowym ogniu pytań. Spoglądała co chwilę w stronę okna, wyraźnie myśląc jak by tu najszybciej opuścić gabinet.
- Myślę - podjął w końcu rektor, zmieniając strategię - że na najważniejsze pytania poznałem już odpowiedź. Czy jest jakiś sposób, w który Akademia lub moja skromna osoba mogła by udzielić pani wsparcia?
Nona spojrzałą zaskoczona na dyrektora. Niewiele słyszała w życiu propozycji pomocy.
- A nie jestem tu niechcianym gościem?
- W żadnym wypadku. Niemal cała Akademia stoi przed Panią otworem. Proszę u nas zostać, ile czasu pani ma ochotę. Tak ja sam, jak moja kadra jest służy chętnie pomocą.
- Ja prawde mówiąc najchętniej wróciłabym do dziadka - przyznała cicho wiedźma.
Crow zastanowił się chwilkę, poprawił zsuwające się z nosa okulary po czym odpowiedział.
- Jutro Agenda organizuje uroczysty bal dla najważniejszych osób w mieście. Nie wiem, na ile jest pani zaznajomiona z organizacjami Multiuniwersum, ale podwładni Distanta słyną ze swych umiejętności wywiadowczych i nieustannego wiedzenia wszystkiego. Być może zechciałaby Pani towarzyszyć mi na tym balu. Myślę, że będzie to idealna okazja by uzyskać jakieś informacje na temat tego, gdzie obecnie znajduje się Urzu.
- Oh, bal! - wykrzykneła z radością wiedźma zaskukujac nieco Crowa - uwielbiam bale! Choc ostatni może nie był najlepszy...
Nona wzdrygnęła się na wspomnienie balu w MACu, gdzie zgubiła swoją miotłe.
- Znaczy, dziekuję za propozycje, chętnie zostane pana towarzyszką - opamiętałą się wiedźma - i zapomniałam sie chyba przedstawić. Jestem Koranona - wyciagneła rękę do rektora.
Rektor wstał i zdecydowanie uścisnął podaną mu dłoń - Jestem Crow. - "niestety nie żaden James Bond" dodał w myślach. - Moja asystentka pomoże pani w przygotowaniach. Do tego czasu proszę czuć się na Akademii jak u siebie w domu.
- Dziękuję bardzo - Nona uśmiechneła się i cała w skowronkach wyszła z gabinetu.
Crow usiadł z powrotem na fotelu, i splótł ręce tak, by zasłonić uśmiech malujący się na twarzy. Bal będzie wyśmienitą okazją, by dowiedzieć się więcej o młodej podróżniczce a i ona sama będzie miała okazję zapoznać się z obecnymi na Coddar znaczącymi figurami Multiuniwersum.
Re: Teoria Wzrostu
Posted: Sat Apr 06, 2013 11:28 pm
by Satsuki
Dzień 13, późna noc.
WWWSatsuki z założenia nie dbała o swoje pociechy. Zegis wyrósł na czarna owce, Raflik był Mroczną Emo Plamą a Aria i tak nie była jej córką biologiczną. Zdziwiła się więc, gdy poczuła nieprzemożoną potrzebę sprawdzenia, co się dzieje z jej synem marnotrawnym. Z drugiej strony – kryształ kusił swoimi możliwościami, nie zamierzała się bez niego ruszać. Dosyć szybko w jej głowie zakiełkował PLAN.
WWWPierwszą sprawą było zabrania całego sprzętu zebranego przy jeziorze. Drugą – dopilnowanie, żeby na miejscu nie pozostała ani jedna osoba, wliczając w to Naiee. Na miejscu zostały tylko pochodnie, Satsuki, oraz zabrane w ostatniej chwili mizergi, w ilości sztuk pięćdziesiąt. Po drodze przypałętały się jeszcze Nargi Xellas.
WWWSatsuki natychmiast skierowała się ku środkowi jeziora i pajęczynce pęknięć. Najpierw zaczęła podskakiwać – nic. Spróbowała tej samej sztuczki z mizergami – lód ani drgnął. Trudno, nie od razu Rzym zbudowano. Skupiła się na własnej dłoni, materializując po chwili niedużą kulę ognia. Natychmiast wystrzeliła ją w podłoże, ale jedyny efekt, jaki uzyskała to usmolone nogawki spodni. Nie przejęła się zbytnio i już po chwili siedziała po turecku, ręce trzymając przed sobą na podłożu. Wtedy zaczęła się dopiero zabawa! Satsuki jakby straciła na ostrości. Obraz jej ciała migotał i mienił, jakby wypełniona była malutkimi, fioletowymi iskrami. Spod jej dłoni – jako jedynych z wyglądu materialnych, malutką stróżką płynęła woda. Lód topniał pod jej gorącym dotykiem.
WWWNad oceanem zawidniało słońce, gdy Satsuki skończyła pracę. Oczywiście z wnętrza głębokiej jaskini nie mogła dostrzec złocistej tarczy. Cała przemoczoną i przeźroczysta wydostała się z głębokiego dołu. Cienka warstwa lodu pękała jej pod stopami. Wtedy do akcji wkroczyły mizergi, jak doskonale naoliwiona maszyna, wskoczyły do dołu w tej samej chwili. Lód pękł z głośnym trzaskiem. Część mizergów natychmiast zaczęła wspinać się na powierzchnię – przy aktywnej pomocy Satsuki. Kilka zwierzaków zanurkowało a skrzydełka znacznie ułatwiały im pływanie. Złapały kryształ i migiem wypłynęły na powierzchnię. Satsuki najpierw wyłowiła kryształ, następnie pomogła swoim podopiecznym. Następną godzinę spędziła w ciszy, trzymając kryształ w mocnym uścisku i wpatrując się w niego złotymi oczami, mizergi ciasnym kołem otoczyły swoją Panią.
WWWTylko tyle czasu było jej potrzeba na stanie się na powrót materialną.
WWW***
WWW- Och wyciągnęłaś go! – Zamruczała głośno Naiee, stojąc na straży przy wejściu do pieczary. – Jaki śliczny, jak się błyszczy! – Oczy kotołaczki wyglądały jak dwa wielkie dublony. – Mogę dotknąć?
WWW- Śmiało. – Satsuki nie miała nic przeciwko. Była nawet ciekawa, czy kotołaczka jakoś zareaguje na kryształ. – Tylko nie upuść.
WWW- Miaaaau! – Kryształ był półprzeźroczysty, mlecznoniebieski i emanujący własnym, niebieskim światłem. Ledwo mieścił się w dłoni Naiee. – I co teraz z nim zrobimy?
WWW- Wy raczej nic. – Uśmiechnęła się wrednie Satsuki, zabierając z powrotem kryształ. – Ja go zdecydowanie wykorzystam. – Podrapała Naiee za uchem i skierowała się ku światłu.
WWWPrzed drzwiami kopalni stał już tłumek ludzi. Każdy chciał kryształ dotknąć, albo chociaż zobaczyć z bliska. Od wielu lat nikt nie kopał w jaskini, od dawna też nie wydobyto kryształu. Kilku staruszków pamiętało jeszcze te czasy, dla większości osady była to jednak pierwsza możliwość obejrzenia kryształu na własne oczy. Tłum szalał z zachwytu, Satsuki wyłapała większość komentarzy.
WWW- Wspaniałą mamy Panienkę Liderkę! Gołymi ręcyma wydostała kryształ z lodu.
WWW- Taje! Jest jego prawowitą posiadaczką i właścicielką!
WWW-Ano!
WWW- Ja to siem dziwię, że taka mała a takiego ma kopa! Ja tom myślał, że z tydzień kryształu nie wygrzebią z tego lodowiska.
WWW- Bzdura. Panienka ma przecież mnóstwo mądralińskich pracowników. Ze dwa dni i byłoby wyciągnięte.
WWW- Jakie dwa! Pół dzionka i z głowy.
WWW- Głupiś, całą noc sama wyciągała. To oni by mieli tyle samo?
WWW- Jak my byśmy wyciągali to pewnie co drugi utopiony. Jezioro głębokie jak ostatni diaboł!
WWW- Ano!
WWW- Nasza Paninka Liderka to pikna dziewczyna!
WWW- Ano!
WWW- Proszę o ciszę! – Aksamitnym głosem zawołała Satsuki. – Każdy pełnoletni mieszkaniec wioski dostanie premię do waszego tygodniowego wynagrodzenia. – Wszyscy mieszkańcy umilkli. – Niestety nie mogę wam obiecać drugiego, natomiast pieniądze z trzeciego wykopanego kryształu pójdą w całości na rozbudowę wioski. – Tłum zaczął wiwatować. Satsuki potrzebowała chwili, żeby ich ponownie uciszyć. – Jest jeden warunek. Kryształ musi zostać sprzedany Agendzie. – Tłum ryknął z zachwytu.
WWWSatsuki była zadowolona. Na Moherach mieszkali prości ludzi, po stokroć inni od egoistów ze stolicy. Wiedzieli, że lepsze jest dla nich dobro ogółu nad dobro jednostki, a sami nie mieliby szans na wydostanie tamtego kryształu. Pozostawiła kryształ z żołnierzami, pozwalając każdemu na dotknięcie drogocennego kamienia, a sama udała się na stronę z Naiee.
WWW- Mam dla Ciebie robotę kotku. Musisz przerobić mi kapsułę ratunkową na ścigacz*. – Naiee parsknęła.
WWW- Kapsułę z naszego STATKU?
WWW- Aha. – Satsuki przytaknęła. – Na wczoraj. I żeby jeździł po wodzie.
WWW***
Dzień 14, późny wieczór.
WWWSatsuki pakowała się na swój nowy ścigacz. Nawet ona ledwo mieściła się w fotelu dla kierowcy, nie miała więc z sobą żadnych bagaży. Niewielką sakiewką z kamieniami szlachetnymi przypięła do pasa.
WWW- Pamiętaj, że Xellas zostawiła nam Nargi. Przypilnuj, żeby się nie pozagryzały z mizergami, bo będzie mi suszyć głowę przez stulecia.
WWW- Miau! – Miauknęła smutno Naiee.
WWW- Wrócę niedługo.
WWW- Masz wśród miejscowych największe poparcie.
WWW- Zarządź dodatkowe zajęcia dla dzieciaków, to i Ciebie zaczną kochać. – Satsuki uśmiechnęła się wesoło i poklepała kotołaczkę po głowie. – Sama daj im kilka lekcji z mechaniki, będą zachwycone.
WWW- Może…
WWW- Nie może tylko tak. Podaj mi kryształ.
WWW- Nah, chyba go sobie zostawię, będzie udawał kłębek. – Przekomarzała się Naiee. – Nauczę dzieciaki jak się bawić kłębkiem.
WWW- Tak, to świetny pomysł. Na pewno zdobędziesz od tego plus dziesięć do szacunku. – Satsuki nachyliła się i zabrała kryształ z rąk podopiecznej. – No i co ja mam z tą krową zrobić. – Westchnęła z niechęcią, popatrzyła chwilę na kryształ a następnie wepchnęła go do ust i połknęła. Naiee oniemiała. – What? Coś z nim przecież musiałam zrobić!
WWW- Deep Throat… - mruknęła Naiee pod nosem i natychmiast uciekła z zasięgu Satsuki. – Szerokiej drogi! – Instynkt samozachowawczy nie pozwolił jej się zatrzymać, póki nie dobiegła do pierwszych zabudowań osady.
WWW***
Dzień 16
WWW- Natienne. – Eranai publicznie traktowała swoją siotrę bardzo oficjalnie. – Otrzymaliśmy telegram.
WWW- Tak? – Gejsza spojrzała na bodyguardkę znad książki, przez różowe okulary. – Przeczytaj proszę.
WWW- Ekhm. – Eranai chrząknęła. – Ehren uwięziony STOP Borygomos STOP Piętnaście STOP. Koniec wiadomości. Co zamierzamy z tym zrobić?
WWW- Nie mam zielonego pojęcia. – Odparła szczerze Natienne. – Nasi ludzie już prawdopodobnie odpłynęli więc i tak nic byśmy z tym nie zrobiły.
WWW- Ehren był bratem Satsuki, prawda?
WWW- Przyszywanym.
WWW- Aha.
WWW***
WWWNaiee z zaskoczeniem przyglądała się kolejnemu mizergowi. To już czterdziesty osobnik, któremu na grzbiecie zaczęły rosnąć kolce… Dziwne, przecież do zwierzaków nikt się nie zbliżał i nikt ich nie dokarmiał. Z drugiej strony… czy to nie były dokładnie te sztuki, które Satsuki zabrała do jeziora? Czyżby…
WWWPrawdopodobieństwo kryształu wywołało mutację?
WWW***
Dzień 17
WWWSłońce stało w zenicie, gdy Satsuki dojrzała pierwsze wieże Khartum. W samą porę, uśmiechnęła się pod nosem, zdążę akurat na kolację.
WWW***
WWWNatienne trochę zasmucił fakt, że moda na kimona zniknęła równie szybko, co się pojawiła. Trudno, nie zamierzała płakać. Teraz przynajmniej nikt nie pomyli zwykłych kobiet z jej gejszami. Przygotowania do balu trwały pełną parą. Ku jej zachwytowi, hotel posiadał przestronną i przepiękną salę balową. Wystarczyło tylko pomachać zalotnie rzęsami, a dyrektor hotelu już organizował dzisiejsze menu, orkiestrę i w ogóle wszystko. Natienne w tym czasie ręcznie wypisywała zaproszenia do każdej ważnej szychy. Oczywiście każdy zainteresowany otrzymał ustne zaproszenie na bal jeszcze wczoraj, ale dobre maniery wymagały rozesłania oficjalnych, papierowych zaproszeń.
WWWZaproszenia dostała między innymi Psia Liga, Zakon Cienistego Młota i oczywiście Akademia. Udało się nawet przesłać odpowiednią informację Raflikowi z Chaotic Alliance. Z Coddarczyków zaproszono oczywiście Wielką Radę oraz liczącą się arystokrację. W przebłysku geniuszu zaprosiła też dowódcę straży – Inspektora Xaviera.
WWWZostało około dwóch godzin, gdy Natienne zaczęła szykować się do balu. Kąpiel, makijaż, fryzura, strój… To wszystko wymagało czasu. Włożyła swoje najlepsze fiołkowe kimono, malowane we wzór malutkich, różowych róż. Zostało 15 minut do podanej na zaproszeniach godziny a prawdziwy gospodarz nie powinien się spóźniać.
WWWW chwili gdy sięgała po klamkę, drzwi otworzyły się z hukiem. Natienne stanęła twarzą z twarz z właścicielką złotych oczu.
WWW- Satsuki. – Powiedziała śpiewnym głosem.
WWW- Natienne. – Wyszeptała zdziwiona. Obie umilkły na dobrą minutę. – Wpuścisz mnie do mojego Penthousa?
WWW- Oczywiście. – Natienne ustąpiła przejście. - Wczoraj wysłałam Ci posiłki.
WWW- A ja nie spodziewałam się Cię tu zastać.
WWW- Wysłał mnie GvS.
WWW- Świetnie, na coś w końcu przydała się ta kupa kości. Miałam tu gdzieś kufer ubrań. Jestem zakurzona.
WWW- Doskonale! Mam nadzieję, że masz suknię wyjściową?! – Zawołała zachwycona.
WWW***
WWWWszyscy zaproszeni goście byli już przynajmniej po dwóch kieliszkach szampana, gdy Satsuki pojawiła się w sali balowej. Pojawiła się bez zapowiedzi i natychmiast spróbowała wtopić w tłum, ale gdy tylko została zauważona przez pierwszą osobę, informacja natychmiast rozeszła się po całej Sali.
WWWSatsuki z Agendy pojawiła się na balu.
WWWJedwabna sukienka w kolorze głębokiej czerwieni zdecydowanie nie wtapiała się w tłum. Szczególnie jej górna warstwa, w całości stworzona z setek cieniutkich tasiemek. Cóż, Satsuki nie miała się jak tu ukryć.
_____________________________
*- Ścigacz w stylu tych z gwiezdnych wojen.
Re: Teoria Wzrostu
Posted: Sun Apr 07, 2013 8:33 am
by Taii
Dzień czternasty.
Jaskinia w której zatrzymali się krasnoludzi była zimna, wilgotna i obskurna. Siedzieli we trzech przy wejściu. Starali się ogrzać od rozpalonego małego ogniska. Na patykach nad ogniem smażyły się małe gryzonie i jaszczurki. Nie mogli upiec niczego większego, gdyż musieli by wtedy rozpalić większy ogień. Nie było by to zbyt mądre, ktoś mógł by je dostrzec.
- Dlaczego nie poczekaliśmy na Szeregowego?
- Kazał nam spieprzać i znaleźć kryjówkę. Znajdzie nas. Zostawiłem włączony implant.
- A co wróg wysłał kolejną bandę i go złapali?
- To jeden z lepszych komandosów jakiego znam, nic mu nie będzie.
Nagle na twarzy czerwono-włosego zakonnika pojawił się lekki uśmiech.
- Jest niedaleko. Właśnie wszedł w zasięg. Mówiłem, że da sobie radę. Poczekajcie. Coś jest nie tak. Za szybko się zbliża!
- Co?!
- Jak by używał transportu! Gasić ogień! Do jaskini. Możliwe, że go złapali.
- Szeregowy nigdy by ich do nas nie doprowadził!
- To się okaże…
Gdy krasnoludy próbowały wgramolić się do kombinezonów, pod jaskinię zajechał pojazd gangersów. Cały osmolony, z podtopionym pancerzem z jednej strony.
- Mówiłem! Do broni!
- Panowie spokojnie. To my! – Dało się słyszeć głos Szeregowego z pojazdu. Mat i Kirk też przeżyli.
Krasnoludy wyszły z jaskini. Gdy podeszli bliżej pojazdu zobaczyli trzech marines wewnątrz pickupa. Szeregowy i Kirk wysiedli. Mat został w środku.
- Jest ranny w nogę.
- Jak wam się udało przeżyć?
- Gdyby nie Szeregowy było by ciężko. Po bitwie, gdy Trampler eksplodował… - Tu Kirk zrobił przerwę i zacisnął mocniej szczękę. – Eksplozja trochę nas oszołomiła. Na szczęście staliśmy za ciężarówką. Mat dostał jakimś odłamkiem w kolano. Szeregowy wyszedł z lasu i nas pozbierał. Okazało się, że jeden z pojazdów tej bandy był sprawny. Wpakowaliśmy do niego Mata i poszliśmy po ciała.
- Przywieźliście je tuta?
- Tak, musimy ich pogrzebać.
- Co się stało później?
- Jak to co się stało? Spakowaliśmy się o odjechaliśmy. Bardzo możliwe, że ci gangersi wrócili szabrować. Nie było tam za dużo fantów. Resztki Tramplera co najwyżej na pancerz. Mogli się obłowić kombinezonem Choga. Miał tylko przestrzelony zbiornik.
- Jak tu dojechaliście?
- Zapewne tą samą drogą co wy. Użyliśmy tej wiejskiej ścieżki za dżunglą. Nie wytropią nas.
- Panowie. Będziemy rozmawiać po drodze. – Powiedział Szeregowy. – Musimy pochować towarzyszy i ruszać do Khartum.
***
Zakonnicy, gdy tylko zakończyli ceremonię ruszyli w drogę. Księżyc powoli wędrował coraz wyżej. Marines jechali w pickupie. Krasnoludy ruszyły na „piechotę” w kombinezonach. Na szczęście mechanizmy były tak zaprojektowane, że zwiększały dziesięciokrotnie wydajność pilota, nie obciążając go przy tym. Ruszyli na północ używając bardziej zalesionych ścieżek, by nie zostali ponownie wykryci. Do przebycia mięli prawie trzysta kilometrów.
Po dwóch godzinach i około stu klikach, postanowili założyć obóz w dżungli.
- Godzinne warty. Stoję jako pierwszy. Kolejność taka jak zawsze. O świcie ruszamy dalej. – Zarządził Szeregowy, gdy krasnoludy ładowali się na przyczepę pickupa.
***
Dzień piętnasty.
Pickup zatrzymał się kilka kilometrów od miasta, przy opuszczonej farmie. Kirk z dwoma krasnoludami sprawdzili teren. Wydawało się, że nikt tam nie mieszkał od lat. Wprowadzili sprzęt i samochód do rudery przypominającej stodołę. Wynieśli Mata i ułożyli na prowizorycznym łóżku ze snopków siana. Jego rana nie wyglądała dobrze. Na szczęście nie zagrażała jego życiu.
- Kirk, prześpij się. Jutro udasz się do Khartum i poszukasz szefa. Trzeba mu zgłosić jak wygląda sytuacja. My tu zostaniemy, żeby nie robić zamieszania. Weź tylko niezbędny sprzęt. Najlepiej zakryj naszywki zakonu. Nie wiemy, czy szef skontaktował się już z bazą.
***
Dzień szesnasty.
Kirk dotarł do Khartum późnym popołudniem. Nie miał pojęcia, gdzie może odnaleźć Wells’a. Na szczęście bycie komandosem dawało pewne doświadczenie. Wiedział, że najlepszym miejscem w którym może podłapać jakieś informacje i plotki były lokalne speluny. Wiedział też, że istnieje możliwość spotkać tam swojego przełożonego. Znał przywary Wells’a aż za dobrze.
***
Khaj’llit, jeden z członków rady jadł właśnie obiad w swoim apartamencie, gdy nagle zobaczył wbiegającego na stół szczura. Zaklął głośno i próbował przywalić w niego butem. Szczur uciekł. Nagle radny zobaczył leżącą w miejscu, gdzie chwilę wcześniej przebiegał gryzoń, karteczkę. Wziął ją do ręki i przeczytał:
„Witaj przyjacielu. Przepraszam, że dostarczam wiadomość w taki sposób, ale nie mogę się jeszcze ujawnić. Proszę Cię o przekazanie wiadomości bazie ZCM’u. ”Chaotic Alliance postąpiło jak zawsze. Uważajcie na Jamesa”. Z góry dziękuję. Gdybyś chciał się ze mną skontaktować Wystarczy, że wystawisz kawałek sera i karteczkę z wiadomością. Szczury zrobią resztę. Jak sytuacja się uspokoi na pewno się spotkamy. Z poważaniem, Ryghatr Wells”
***
- Zjadłbym coś normalnego, na przykład dzika albo nie, bażanta. Co ja gadam, królestwo za bułkę z bananem! – Ryghartowi na dłuższą metę nie służyło oferowane przez nowych kolegów Behemota menu. Tylko czego może spodziewać się człowiek, którego śniadanio-obiad przyciągnęły w pyskach dwa kanałowe gryzonie? Na kurczaka to nie wyglądało ani tak nie smakowało. Resztki i padlina, ot zwykłe szczurze żarcie.
- Wytrzymaj do wieczora, przynajmniej nie musisz przed nikim uciekać, a i deszcz nie leje Ci na głowę.
- Przecież jest słonecznie! Szamanie? Potrafiłbyś przywołać deszcz? – zaciekawił się Wells.
- Hmm.. w zasadzie to mógłbym, deszcz, burze, tornado. Uważam jednak, że przyroda winna żyć swoim własnym życiem, a ingerować w nią powinniśmy tylko w ostateczności.
- Awesome!
Niebo przybrało kolor szarości gdy wyruszyli w stronę miasta. Lucjan polecił Kirze pozostanie w formie astralnej i odpoczynek z powodu energii kryształów w stolicy. Podróżników jednak nadal było czterech. Behemotowi towarzyszył jeden ze szczurów kanalarzy nazywany przez nich Loki, zaoferował on pomoc w dostaniu się do Cathrum i ominięcie ewentualnych niebezpieczeństw.
- On pyta – Behemot wskazał na szamana - czy mógłbyś zaprowadzić nas, bezpieczną drogą, do pubu zwanego kiedyś „Kompostownik”?
Loki popatrzył się na nich spode łba i roześmiał szczurzym śmiechem. – Pub? Może i kiedyś to był pub albo bar, teraz jest to zwykła melina. Miejsce bardziej dla szczura niż człowieka. Nie radzę wam się tam zapuszczać jeśli chcecie żyć.
- Mógłbyś to zrobić, czy nie?
- Tak, zaprowadzę was pod drzwi „Kompostownika”.
Loki prowadził ich nie znaną Szamanowi ścieżką. Bywał w stolicy wiele razy jednak nie przepadał za miastem. Za żadnym, ale za tym szczególnie. – Ile to już lat? – zamyślił się – 5, 10, 15 ? Eh nie ważne…
- Lucjanie? – zagadał Wells – do tej pory ufałem Twoim dziwnym pomysłom, czy odnośnie tego co teraz planujesz, również mogę być spokojny?
- Oczywiście Wells, gwiazdy nam sprzyjają ;) ! Odwiedzimy moją starą przyjaciółkę, która kiedyś pracowała w tej „melinie”, a później możesz załatwiać swoje sprawy w stolicy. Gwarantuję, że Minea Ci się spodoba, ale z vice versa może być problem – błysną humorem Szaman.
Od opuszczenia starego magazynu minęło kilka godzin, mogło być już w granicach godziny 23 czasu ziemskiego. Szczur przeprowadził ich wąskimi, mokrymi uliczkami. Raz nawet przeszli kilkadziesiąt metrów kanałem ściekowym. Lucjan uparł się na maksimum ostrożności skoro realizowany jest jego plan, czuł się odpowiedzialnym BeHaPowcem.
- To te drzwi. – Loki wskazał łapą stare zdezelowane wrota, które widziały nie jedną bójkę, nóż, siekierę i wiele uryny. Wkomponowane były w walącą się, ale zamieszkaną kamienicę, na co wskazywały światło i dziurawe zasłonki w oknach. Domyślali się, że nie jest to luksusowa dzielnica, a mieszkańcy kamienicy przed nimi byli wątpliwej klasy społecznej.
- To ja się zmywam, zgłodniałem. Może jednak zmienicie zdanie i odwiedzicie moich braci w stolicy, jest pora kolacji także na pewno coś wam się dostanie…
- Wells pewnie nie skorzysta. – zaśmiał się Behemot
- Jak wolisz. Do zobaczenia! – Szczur odchodząc machnął łapą na znak pożegnania i zniknął w najbliższej dziurze.
- Wchodzimy?
- Panie przodem!
Dźwięk otwieranych drzwi rozległ się w cichej alejce i wewnątrz meliny. Pomieszczenie było ciemne i puste. Dostrzegli zarysy krzeseł, stołu do bilardu i sypiącego się baru, za którym znajdowały się dobrze zaopatrzony barek. Butelki różnych kształtów i rozmiarów pokrywała gruba warstwa kurzu, uniemożliwiająca ich identyfikację.
Gdy ich wzrok się jeszcze wyostrzył uderzył w nich strumień światła z jakby halogenu. Stali nieruchomo na środku pokoju oślepieni blaskiem. Czekali. Ciszę przerwał ostry, ale chrapliwy głos:
- Czego tu!
- Rozglądamy się. – odchapnął Wells.
- To prywatny lokal. Wypad stąd! – głos nie ustępował.
- Szukamy przyjaciółki! Może ją znasz?
- A co ja jestem? Informacja? Wypierdalać!
- Minea. - Powiedział cicho Lucjan, a opryszek opanował aparycje.
- Jaka Minea?
- Słodka Trzpiotka!
- Znacie Szefową?
- Tak, wiesz gdzie się teraz znajduję?
- Haha, nawet jeśli naprawdę ją znacie, chyba nie myślicie, że was do niej zaprowadzę!
- To może mógłbyś ją poinformować o odwiedzinach? Dodam, że Minea będzie zła, jeśli się dowie, że nas odesłałeś. A domyślam się że wiesz, jak zła może byś.
- O kogo mam pytać?
- Lucjan. Zapytaj o Lucjana.
Mimo nie gasnącego źródła światła dostrzegli kolorowe diody komunikatora.
- Powiedzcie Szefowej, że pyta o nią jakiś Lucjan. – chwila ciszy – Ok.
- Jesteś pewny? No dobra, ja tu nie jestem od myślenia. Bez odbioru.
Postać popatrzyła na nich przez chwile, następnie przekręcił reflektor w stronę ściany obok baru i kopnął w nią z trepa. Zamaskowane drzwi otworzyły się. Widoczny teraz cieć okazał się ogolonym, przypakowanym karkiem w obcisłym czarnym dresie.
- Zapraszam – powiedział i wskazał im gestem czarny korytarz.
Szli w głębokiej ciemności, a kierunek wskazywała im mała jasna kropeczka na horyzoncie. Prawdopodobny cel ich dzisiejszej podróży. Mimo ze otoczenie było ciemne i wilgotne z rozchodzącym się dookoła echem kapania kropli wody, Behemot nie czuł się dobrze w swoim naturalnym środowisku i schował się do kieszeni Wellsa.
Na końcu korytarza były drzwi. Popatrzyli po sobie i Lucjan zapukał.
Rozsunęła się staromodna zasuwa na drzwiach i zobaczyli pokrytą bliznami, nieprzyjemną i odpychającą męską twarz.
- Hasło!
- Nie znamy. My do Minei.
Brzydal popatrzył na nich przez otwór, zasunął zasuwę i otworzył drzwi.
- Tędyk. – wskazany głową kierunek był jednoznaczny.
Weszli przez drzwi i znaleźli się w pokoju pełnym różnej maści plugastwa. Około dziesięciu zbirów przyglądało się im. Byli tacy co dłubali sobie nożem w zębie, inni wykorzystywali narzędzie do czyszczenia żałoby zza paznokci dając do zrozumienia, że potrafią go używać.
- Przejdzie do następnego pomieszczenia – odźwierny wskazał im drzwi po drugiej stronie pokoju.
Przeszli przez niego dumnie i zawadiacko, nie spuszczając wzroku.
Kolejne pomieszczenie było inne. To co rzucało się w oczy to brak smrodu, a nawet delikatny zapach kadzidła albo kardamoru. Na środku pokoju stało biurko, a oświetleniem zajmowały się znajdujące na nim świece. Za meblem było kolejne przejście, przez które wszedł elegancko ubrany kafar z melonikiem na głowie i zatrzymał się naprzeciwko nich. Patrzyli na siebie długo.
- Wystarczy! – niezręczną sytuację przerwał kobiecy głos. – Franki, zostaw gości w spokoju. Na razie.
- A więc to naprawdę Ty? – mówiąc to ubrana w skurzany, czarny strój kobieta zbliżała się powoli – Ile to już lat 10? 15? Hm? – była już naprawdę blisko nowoprzybyłych, ale patrzyła tylko na Szamana – Witaj… - szybkim ruchem objęła jego szyję i pocałowała w policzek - …Lucjanie.
- Witaj Mineo. Minęło 13 lat od naszego ostatniego spotkania, 13 lat. Zmieniłaś się.
- Uuu, mam nadzieję, że na lepsze. Ale Ty też się zmieniłeś, wydoroślałeś? – uśmiechnęła się zaczepnie. – Franki, krzesła, szklanki i wino.
Gdy ochroniarz wyszedł, obdarzyła spojrzeniem Wellsa. – Twój znajomy?
- Tak, podróżujemy razem. Nazywa się Wells Ryghart, a ten wystający ryjek to Behemot. Poznajcie moją przyjaciółkę Mineę.
Ukłonili jej się dystyngowanie, a kobieta odwzajemniła ukłon.
- Tak więc, mając za sobą grzeczności i maniery. Co was sprowadza?
Zaczął Lucjan – Skoro tak, to powiem to bez owijania w bawełnę. Jesteśmy po długiej podróży i mamy do załatwienia parę spraw w stolicy, więc pomyślałem, że Cię odwiedzę. Czasy są niebezpieczne, a nie chcieliśmy się wychylać. Znasz mnie, bezpieczeństwo przede wszystkim.
- Postanowiłeś więc, przyjść tutaj bez zapowiedzi, po wieloletniej nieobecności i próbujesz wprosić się, jak się domyślam na nocleg. A słysząc skurcze brzuszne Twojego towarzysza sądzę, że i jakaś kolacyjka by się przydała? – zaironiowała.
- W sumie to tak.
- Wykorzystujesz moją słabość, którą kiedyś do Ciebie miałam. Pamiętaj jednak, że jak słusznie zauważyłeś, zmieniłam się. Nie jestem już tą samą chłopczycą na posyłki, którą kiedyś znałeś. Teraz mam pod sobą ludzi, którzy są na posyłki dla mnie. Przewodzę Krwawym Kamieniom, największemu…, drugiemu po Radzie największemu gangowi w mieście, a Wy przychodzicie tutaj, gdzie nikt o zdrowych zmysłach nie przychodzi, czyli do paszczy lwa. – jej władczy ton zmienił się na delikatny – Jednak dzisiaj jest Wasz szczęśliwy dzień. Przez wzgląd na dawne czasy i sympatię, którą do tej pory Cię darzę, pragnę zaproponować Wam gościnę w moich skromnych progach. Możecie tutaj odpocząć, zjeść i zażywać innych dostępnych przyjemności. Możecie oczywiście zostać tak długo jak chcecie, jeżeli nie potrwa to dłużej niż tydzień. – uśmiechnęła się.
- Minea… - zaczął Lucjan, ale przerwała mu uniesioną ręką i dodała.
- Porozmawiamy później. Mam kilka ważnych rzeczy na głowie. Zaczekajcie tutaj, za chwilę ktoś po was przyjdzie.
Minea i Lucjan patrzyli na siebie, a Wells zerkał to na jedno, to na drugie. Kobieta odwróciła się i wyszła. W przejściu wpadła na niosącego ekwipunek Frankiego.
- Zostaw to, wychodzimy.
Franki usłuchał i ruszył za szefową.
Na brodzie Wellsa pojawiła się długa, gęsta i cieknąca ślina, spowodowana prawdopodobnie otwartym trunkiem stojącym naprzeciwko niego.
- Myślisz, że mogę?
- Jasne, bierz. I mi też nalej, proszę.
- I mi, i mi – krzyczał wyskakując z kieszeni Wellsa Behemot.
Do pomieszczenia wszedł niski, ale krępy mężczyzna i zakomunikował im:
- Chodźcie ze mną, pokaże wam wasze lokum.
Dostały im się dwa pokoje, całkiem nieźle urządzone. Najważniejsze było to, że znajdowały się w nich fotele, wanna z ciepłą wodą, całkiem nieźle zaopatrzony barek i wygodne łóżko. Znalazło się też małe radyjko, z którego leciał niezły rock&roll.
Do pokoju Wellsa i Behemota zapukał karzeł, którego już znali.
- Przyniosłem wikt.
Oczy Wellsa i Behemota zabłysły żywym ogniem na widok pieczonego kurczaka z ziemniakami! Nawet nie podziękowali, od razu zabrali się do jedzenia.
- Czy macie jakieś życzenia? Pani rozkazała, aby spełniać wszystkie wasze realne zachcianki.
-Co masz na myśli mówiąc realne?
- Dziewczyny, alkohol, narkotyki. Takie przyziemne przyjemności.
Oczy rozbłysły im jeszcze bardziej, ale nie chcąc nadużywać gościnności poprosił o dziewczynę i trochę dragów.
- Dziewczyny macie dobre?
- Najlepsze! – odpowiedział karzeł i wyszedł.
- A co ze mną? – Oburzył się Behemot.
- Ty zadowolisz się alkoholem.
Lucjan leżał na łóżku i patrzył w sufit. Drzwi otworzyły się, a do pokoju weszła Minea.
- Mamy do pogadania Szamanie.
- Słodka trzpiotko…
Minea rozpięła skurzaną kurtkę i w jednym skoku znalazła się okrakiem na Lucjanie i poczuła, że on także cieszy się na jej widok.
- Mamy sporo do nadrobienia! – szepnęła mu do ucha.
Wells totalnie odleciał. Narkotyk ze stabilinium sprawiał, że czuł wszechświat. Nawet dziewczyna, która wykonywała na nim rytmiczny taniec bioder wydawała się bardziej realna niż w rzeczywistości. Czuł jakby jego świadomość rozerwała się na tysiące części, a każda z nich żyła i czuła oddzielnie. Nigdy jeszcze nie przeżył czegoś takiego. Jednoczesne podniecenie, refleksja, euforia i egzystencjalny rajd. Odpłynął.
***
Kirk był na siebie zły. W całym jego doskonałym planie była tylko jedna skaza. Nie miał lokalnych pieniędzy. Szedł brukowaną ulicą i myślał co powinien zrobić. Obszedł już sporo barów, ale w każdym powtarzała się ta sama sytuacja. Nie kupujesz to wypierdalaj. Takie były twarde prawa miejscowych spelun. Dobrze, że schował pistolet pod ubranie, bo prawdopodobnie przyciągnęło by to do niego jeszcze więcej kłopotów. Słońce powoli wychodziło na horyzont zwiastując nadejście nowego dnia. Gdyby nie pigułki pobudzające, które posiadał każdy żołnierz ZCM’u w swojej apteczce pewnie już dawno padł by z wycieńczenia. Jednak za wszelką cenę musiał odnaleźć Wellsa. Gdy przechodził koło kolejnej speluny dwóch stojących przed nią pijanych oprychów właśnie prowadziło burzliwą konwersację.
- No i mówię ci. Nie wiem co to za chłopy. Jeden jak by z wojska się urwał z wielkim mieczem na plecaku. Drugi w śmiechowej pelerynie. Mieli też takiego gadającego gryzonia. Myszoskoczka czy inne gówno.
- Niby znajomi szefowej? Nosz powiem ci Marian, że ostatnio to za dużo tych dziwolągów się po mieście pałęta…
Kirk uśmiechnął się w duchu. Nie zatrzymał się jednak. Wszedł do zaułka z którego miał dobrą widoczność na spelunę. Usiadł na ziemi i przykrył się leżącymi nieopodal kartonami. Dzięki temu wyglądał jak najzwyklejszy kloszard, albo pijak.
***
Dzień siedemnasty.
Około południa postać w kapturze wyszła z „Kompostownika”. Kirk natychmiast rozpoznał posturę i sposób chodzenia swojego przełożonego. Był przecież tropicielem. Tym co przekonało go ostatecznie były bluzgi dochodzące z kieszeni zamaskowanego. Zebrał się spod kartonów i podążył za Wells’em.
- Szefie. Musimy pogadać.
- Kirk? Co ty tu robisz?
***
Gdy Kirk skończył opowiadać co się stało, Wells uderzył pięścią w stół. Lucjan siedział na łóżku i kręcił tylko głową.
- Pomścimy naszych. Najpierw niestety musimy skończyć naszą misję. Dostałem wiadomość od znajomego z rady. Agenda urządza dziś bal. Muszę się tam dostać. Tylko tak, by nikt nie wiedział, że to ja. Muszę skontaktować się z Satsuki i obgadać strategię odnośnie Zergów. – Powiedział Wells
- Masz już jakiś pomysł? – Zapytał Lucjan.
- Na szczęście to bal maskowy. Nikt nie powinien mnie rozpoznać. Powinienem mieć możliwość spokojnie z nią porozmawiać.
***
Dzień dwudziesty pierwszy
Menza zerwał się z sennego koszmaru zlany zimnym potem. Sny zdarzały mu się rzadko, ale nigdy nie wróżyły nic dobrego. Usiadł na swoim posłaniu i zaczął wszystko analizować. We śnie był na wczorajszym spotkaniu rady. O dziwo odbywało się ono w wielkim namiocie. Później informacja o truciźnie… Coś złego miało wydarzyć się już niebawem. Czuł to w kościach. Nagle do jego namiotu wpadła jedna z wojowniczek.
- Menza! Złapaliśmy intruzów. Próbowali nas otruć!
Zaczęło się. Pomyślał. Narzucił na siebie ubranie i wyszedł ze swojego lokum.
***
Na środku obozu, na ziemi siedziało pięciu związanych ludzi odzianych w skóry wywern. Menza podszedł do nich. Jeden ze strażników podał mu pas z dziwnymi buteleczkami. Do całego zgromadzenia dołączył Trevor.
- Chcieliście nas otruć? Przyszliście tu i sądziliscie, że nie zorientujemy się, że są wśród nas obcy? Chcieliście dodać dziwne mikstury do posiłków? Nie sądzicie, że ta sama sztuczka nie przejdzie? Która to już próba? Druga, trzecia? Czy wasz przywódca jest kretynem? A może to nas bierze za głupców?
Schwytani nic nie odpowiedzieli. Jeden z nich tylko splunął. Menza kopnął go w twarz, ten upadł do tyłu. Posypały się zęby zbroczone krwią.
- Strażnicy dojrzeli ich rano na pustyni. – Powiedział do łowcy kapitan. – Czekaliśmy by zobaczyć, co będą próbowali zrobić. Reszta ich bandy czeka na skraju dżungli. Pewnie czekają na sygnał, albo ich powrót.
Menza wręczył pas z truciznami Benowi.
- Twoi ludzie zrobią z tym lepszy użytek. Ja tymczasem przesłucham tych idiotow.
- Może wypuścimy jednego z wiadomością?
- Po co? Niech przyjdą. Będziemy czekać. Jak sam powiedziałeś. Widać ich z daleka.
- Mamy też dla nich niemiłą niespodziankę. – Powiedziawszy to Trevor się uśmiechnął.
Menza rozkazał zabrać piątkę intruzów do ratusza.
- Menza, przecież to Rez, Fez, Kuran, Bnali i Entana. Byli w naszym plemieniu. - Powiedziała jedna z wojowniczek, dobiegając do łowcy.
- Byli, jest idealnym określeniem. Od momentu ucieczki z Faron zostali uznani za zdrajców. Ten incydent tylko przypieczętował ich los. - Odpowiedział chłodno Menza wchodząc do budynku.
Tam rozpoczął przesłuchanie. Po godzinie wiedział już wszystko czego potrzebował.
***
- Piękne. – Powiedział profesor Haru. – Zabranie tych planów było genialnym pomysłem. – Pochwalił asystenta. –Nie ma to jak stara ziemska technologia. Powiedz, że potrzebujemy dwóch chętnych pilotów.
Haru jeszcze przez chwilę przyglądał się maszynie. Dwupłatowiec wspaniale prezentował się przy wschodzącym słońcu.
Re: Teoria Wzrostu
Posted: Sun Apr 07, 2013 7:15 pm
by Satsuki
WWWSatsuki nie miała szans sobie bezczynnie posiedzieć. Co chwila ktoś do niej podchodził, wymagając stuprocentowej uwagi. Gdy tylko rozmówca odchodził – pojawiał się następny i następny… Każdy pytał o to samo – siłę militarną Agendy, jej zdolność finansową, liczbę współpracowników… Czy tak ciężko zrozumieć, że większości tego typu informacji podawać po prostu NIE WOLNO? Oczywiście na każde pytanie musiała odpowiedzieć z pełną powagą i kulturą…
WWW- Tak? – Satsuki pełna negatywnych myśli odwróciła się na kolejne stuknięcie w ramię.
WWWPrzed oczami miała seksowną, dobrze umięśnioną klatę wynurzającą się zza niedopiętej, czarnej koszuli. Spokojnie przejechała wzrokiem w dół: na brzuch, biodra, nogi.. Wszystko w czerni, do tego czarna peleryna, czerwone buty z noskami… Spojrzała do góry na twarz postaci i parsknęła głośno. W pierwszej chwili zauważyła zakończenie peleryny – bardzo wysokim kołnierzykiem, dopiero później zauważyła jego twarz. Ciemnowłosy, całkiem przystojny mężczyzna miał na sobie materiałową maskę zakrywającą oczy. Po raz ostatni otaksowała wzrokiem całą postać.
WWW- Rydziu* – Powiedziała niewyraźnie, tłumiąc śmiech. – A Ty co, Szpieg z Krainy Deszczowców?
_____________
* - zdrobnienie od Ryghart