
Jaki jest najkrótszy dystans między punktem A i punktem B?
Po cholerę się nad tym zastanawiasz? Zegnij kartkę i niech oba się nałoża na siebie.












autor nieznany


Obiekt ma sto sześćdziesiąt kilometrów długości - w głosie Sirrah pobrzmiewało niedowierzanie. - A na Hellstormie ktoś stwierdził, że to niby ja mam kompleks niedopchnięcia - prychnęła.

- Gdybyś zobaczyła "Legion", zobaczyłabyś wszystkie kompleksy wszechświata - Roevean zmrużył oczy. - Co my tu... rozpieprzona planeta, arhanas w początkowej fazie rozruchu, całkowity brak krismatów, brak jednostek liniowych, zero myśliwców, jeden ciężko uszkodzony krążownik w doku, ludzka korweta również w doku, cholera, nawet nie ma żadnych transportowców... ta sprawa zaczyna śmierdzieć coraz bardziej. I na cholerę im ludzie? Z tego, co pamiętam, shivianie ledwo tolerowali Imperium, a gdy Faroo nie patrzył karmili nimi rdzenie swoich statków.

- Może o to chodzi?

- Zarov chce znowu zacząć tworzyć zombie? I ładować je do tych swoich łajb? Nie sądzę, żeby był na tyle głupi. Wiedział, co działo się z imperialnymi dragonami... chyba, że...

- Udało mu się ominąć blokadę psychiczną.

- A krążownik przejął resztki ich rozwalonych okrętów i teraz jesteśmy tutaj - zastanowił się. - Są więźniami - powiedział, chociaż wydawało się to średnio oczywiste.

- Jedna z sond zgłosiła próbę skanu.

- W trybie przypadkowej trajektorii? Niemożliwe. Sensory stacji?

- Nie, ludzki okręt. Sposoby próbkowania sygnałów zdecydowanie wykluczają jakąkolwiek ingerencję shivian, bo już dawno by nas odkryli. Starają się trafić na czuja. Kolejna próba.

Mężczyzna skrzywił się.

- Czyli wnioski szlag trafił. Współpracują mimo wszystko.

- Może to jakiś szerzej zakrojony plan, w którym chodzi o zemstę?

- Gorzej. Tutaj chodzi o pieniądze.

- Pieniądze?

- Tak, każdy inny starałby się zaszkodzić wrogowi, który na twoich oczach wyrżnął ci załogę, nawet wśród ludzi to jest normalne.

- Ale przecież oni są ludźmi.

- Nie Sirrah, oni są najemnikami.

- A to znaczy, że...

- Mają coś, czego shivianie chcą - tym razem on dokończył za nią. - Być może nie trzeba będzie...

Podeszła do niego i położyła rękę na ramieniu, przymknęła oczy.

- Korweta opuszcza dok.

- Dajmy im przedstawienie więc.


dwadzieścia minut wcześniej
Pokład korwety "Freya"
Orbita geostacjonarna planety Khaj’Litt
21:19 czasu pokładowego


Miarowy odgłos kroków odbijał się echem w plątaninie wąskich korytarzy w samym sercu fregaty najemników. Stukot wojskowych magnetycznych trepów mieszał się z krótkimi, przypominającymi wystrzały uderzeniami szpilek. Tym razem szli ramię w ramię. Hybryda i człowiek.

Okręt drżał. Monstrualna konstrukcja wisząca nad Khaj' Litt budziła się po wielu latach letargu, a obie zadokowane jednostki - krążownik i korweta - odczuwały jej mechaniczny oddech. Kolejne sekcje, podsystemy i linie produkcyjne przyjmowały pierwsze od wielu lat polecenia i kolejno rozpoczynały testy diagnostyczne. Sieć głębokich intersekcji w chropowatym pancerzu stacji wypełniła opalizująca czerwień. Energetyczna posoka powoli rozprzestrzeniała się po ogromnym kadłubie, a wraz z nią budziły się do życia skomplikowane struktury przekaźników energii, uśpione sieci teleportów, dawno zapomniane podstacje konstrukcyjne, doki remontowe, fabrykatory części oraz komory dostosowawcze. Ożyły kanały transportowe, przewożąc na pokład Scylli pierwszych gości. Dwustu ludzi, śpiących spokojnym snem stazy. Jeszcze ludzi, czy już bezwolne marionetki w rękach tej bladej suki...?

Zatrzymali się przed drzwiami mesy. Tym razem korytarz nie był opustoszały i Eris miała okazję zauważyć przemykających oboj niej najemników. Hybrydę zaskoczyła śmiałość, z jaką ci ludzie spoglądali jej w twarz. W tej chwili była ich panią życia i śmierci. Jednym myślowym poleceniem mogła nakazać Scylii zniszczenie Frei... a jednak ci ludzie patrzyli na nią hardo, bez strachu do którego zdążyła już się przyzwyczaić. Mijali właśnie zbrojownię. Barczysty najemnik w bojowym kombinezonie spojrzał na nią wyzywająco spod zabytkowych okularów przeciwsłonecznych. Nagle jego wielka, opancerzona dłoń obrała kurs zbliżeniowny z pośladkami hybrydy.

- Nie radzę, Cole - Steiger westchnął tak, jakby przerabiał podobne sytuacje co tydzień - Miejże trochę szacunku dla gości. Dłoń olbrzyma zatrzymała się kilka centymetrów od zgrabnego tyłka. Eris nie potrafiła ocenić, czy marine miał tak dobry refleks, czy Steiger pomógł mu odrobinę telekinezą. Wielkolud nazwany Cole skłonił się z gracją nietypową dla człowieka swojej postury i posłał hybrydzie szeroki uśmiech. Po chwili zniknął za pancernymi wrotami zbrojowni.

- Zdaje się, że uratował pan jeden nędzny żywot, kapitanie Steiger - zacięte wargi hybrydy uniosły się w oszczędnym uśmiechu. - Przyznaję, że jednej rzeczy nie rozumiem. Od naszego pierwszego spotkania nie minęło sześć godzin. Pan i pańscy ludzie znajdujecie się w sytuacji dość... mocno ograniczającej wachlarz dostępnych wariantów działania. Ponieśliście straty, i to znaczne. Według schematów zachowań typowych dla waszej rasy, na pańskim okręcie należałoby się spodziewać paniki, buntu lub przynajmniej rezygnacji i przyjęcia postawy poddańczej w nadziei na uratowanie życia.

- Ech, cholera. Kiedyś byliście zajęci rozpierdalaniem wszystkiego co nie jest czarno-czerwone. I takich was lubiłem. Konkretna rasa która wie, czego chce. Tam, gdzie się pojawialiście, można było zarobić krocie. - Steiger westchnął, wizualizując sobie swoje najlepsze momenty za sterami myśliwca. - A teraz co, nagle interesuje was psychologia ludzi? Podpowiem tylko tyle, że wyrażenia "schematy" i "najemnicy" zwykle nie chodzą w parze. Chyba, że do grobu.

Dotarli do celu. Lewe skrzydło drzwi płynnie wsunęło się w ścianę. Prawe potrzebowało kapitańskiej motywacji w postaci solidnego kopniaka w okolice serwomechanizmu. Mesa miała kształt okrętu, którego centralnym punktem był również okrągły stół. Dyskretne lampki impulsowe podświetlały kontury mebli, sufit natomiast zrobiła dziwna figura o ostrych, kanciastych rysach. Eris zmrużyła oczy na widok zachowanego praktycznie w całości dziobu shivańskiego myśliwca klasy Titrari.

- Proszę się czuć jak u siebie w domu - Steiger uśmiechnął się i wskazał gościowi miejsce. Ferroplastyczny fotel natychmiast dopasował się do kształtu ciała hybrydy. Iście modelowego kształtu. Garret z trzaskiem wyłamał palce i usiadł przy stole naprzeciwko Eris. Środkowa cześć stołu powoli zapadła się do wnętrza mebla, a po chwili powróciła na swoje miejsce z się z butelką złotego napitku i dwoma szklaneczkami.

- Jak mniemam moja wiedza o okrętach ZCMu nie są jedynym powodem, dla którego chciała pani rozmawiać. Pewnie będziemy musieli poświęcić słówko wydarzeniom w systemie CA, których zapis przybył całkiem niedawno wraz z waszą sondą zwiadowczą - najemnik sprawnie napełnił szklaneczki - Proszę darować sobie zaskoczoną minę... przechwytywanie danych i enkrypcja to takie nasze najemnicze hobby.

Wypili pierwszą kolejkę. Steiger ze smakiem, hybryda z ciekawości. Sens toastu "Twoje zdrowie!" do końca pozostał zagadką dla fizycznie nieśmiertelnej i niewrażliwej na choroby Eris.


Mostek korwety "Freya"
Orbita geostacjonarna planety Khaj’Litt


Czerwona kropka na kulistym displeju sensorów żyła zaledwie jedną dziesiątą sekundy. Sensory korwety miały problemy ze skanowaniem w pełnej rozdzielczości znajdując się praktycznie wewnątrz shivańskiej Scylli, która w tym momencie była niczym innym jak rozpoczynającą pracę fabryką. Setki źródeł energii i nieustanny ruch coraz to nowych serwosystemów stacji działał jak jedna wielka sfera zagłuszania.

To jednak wystarczyło, żeby Benedict Ocano przestał grać w Space Invaders, skierował cztery sondy w miejsce gdzie pojawił się sygnał i zaczął węszyć.

- Ktoś wpadł do nas z wizytą - mruknął poirytowany, ustawiając bardziej efektywny układ sond. - Tylko nie mogę kurwa złapać namiaru. Vik, analizator taktyczny zdążył to liznąć zanim wyparowało?

Vikkta jak zwykle siedziała z jedną nogą zalotnie założoną na drugą i żuła pakiet energetyczny. Co jakiś czas rozlegał się trzask balonów gumowatej substancji.

- Gówn... oho, pospieszyłam się - roześmiała się, odczytując dane. - Masz do wyboru: wrak myśliwca klasy Angel, chmurę pyłu po kolizji asteroidów klasy XS, albo dorodny okaz khalorskiego gwiezdnego pełzacza. Ah, uważaj, jest jeszcze adnotacja, że pełzacz może być w ciąży. Ogłosić alarm bojowy?

- Vik, słonko, ja się na poważnie pytam - warknął najemnik. - Jeśli zaraz zwali nam się na głowę jakaś flota wolałbym nie być uwięziony w bebechach tej przerośniętej planetarnej pijawki.

- Nie wiesz, co mówisz, Ben - włączył się Johann Niven, odpowiedzialny na "Freyi" za kontrolę uzbrojenia. - Przez ostatnią godzinę nic innego nie robię, tylko skanuję wyposażenie naszego przytulnego gniazdka i mogę ci powiedzieć jedno - ta stacja potrafi samodzielnie zmielić flotę dreadnaughtów. I to nie przemęczając się zbytnio. Widziałeś, co potrafią ich krążowniki. Pomnóż to przed odpowiedni rząd wielkości, uzupełnij o samozaopatrujące się fabryki i masz mniej więcej obraz Scylli.

- Nie lubię siedzieć w zamknięciu, Niv. Zwłaszcza, jeśli to zamknęcie specjalizuje się w wysysaniu z otoczenia wszystkiego co wartościowe i przerabianiu tego na shivańskie okręty. Bo widzisz, ja czuję się cholernie wartościowy i dobrze mi z tym - Ocano wykonał ostatnią roszadę wśród sond zwiadowczych, po czym zmarszczył brwi. - Vikkta, ten twój khalorski pełzacz urósł i zaczyna zbliżać się do stacji. Sądząc po przyspieszeniu, zamontował sobie w rzyci silnik jonowy siódmej kategorii.


w międzyczasie


Z niszy startowej krążownika gwiezdnego klasy lancryer oderwał się jeden z myśliwców naglarfar i na pełnej mocy silników wypruł do przodu. Komputer przeliczył dane skoku, zabrzęczał w symtakcie i Roevean machnął ręką nad ikoną rozruchu. Statek jakby zatrzymał się w miejscu, zamigotał i zniknął. Zniknął również z ekranów korwety. Lancryer, do tej pory niewykryty, również zadrżał w pseudoruchu, ale trajektoria, którą Sirrah ustawiła przerzuciła go bliżej w stronę shiviańskiej stacji. Kadłub wychynął zza tarczy słońca, ale heliosfera skutecznie tłumiła wszelkie sygnały emitowane przez okręt.


Mesa korwety "Freya"
Orbita geostacjonarna planety Khaj’Litt


Planeta - zadumał się Steiger - Zdarza się. Mojemu wujowi, niech sobie pani wyobrazi, Sy'khanie podpierdolili hoovera. W trakcie jazdy. Przy pełnej prędkości. Niewykluczone, że mieliście pecha trafić na kurewsko zaawansowanych technologicznie Sy'khaanów.

Gdyby spojrzenie mogło zamrażać, Garret Steiger zakończyłby żywot w mesie własnego okrętu jako stylowa lodowa rzeźba.

- Wracając do konkretów... tak, chyba będę w stanie wam pomóc. W pewien sposób mam wobec was dług wdzięczności. Nie, nie za jakieś banalne uratowanie życia - przerwał kobiecie, która już zbierała się do zabrania głosu. - Tutaj możemy się licytować - gdyby nie ja, pani krążownik zostałby rozbity na miazgę przez tego cholernego maga w pasie asteroid. Przy okazji - udało się wam wypompować coś z resztek?

- To jest temat na osobną rozmowę - odparła chłodno hybryda - Jeśli uda nam się ustalić warunki współpracy.

Gdzie się podziali starzy Shivanie, dla których wszystko było czarne, albo... czerwone. Dyplomacji im się, kurwa, zachciało - mruknął w myślach i dopił swoją szklaneczkę jednym głębokim haustem.

- A więc chcecie, żebym użył moich kanałów i znajomości do znalezienia waszej... skradzionej planety - najemnik z trudem powstrzymywał śmiech. - Która, sądząc po śladach, odleciała ciągnięta przez kogoś jak balon na sznurku.

- Chyba, że jest pan w stanie zaproponować kogoś lepszego, kapitanie - Eris zmarszczyła brwi, lekko poirytowana dobrym humorem najemnika - Ale wtedy pan i pańska załoga staniecie się zbędnym balastem.

- Był taki jeden! - Steiger pstryknął, jakby sobie coś przypomniał. Trunek obudził w jego oczach drapieżne ogniki - Nazywał się Philip Marlowe. Tak, ten to potrafił rozplątać najbardziej zamotane sprawy. Ale obawiam się, że biedaczysko od dawna nie żyje. A może nawet nigdy nie istniał? Sam już nie wiem...

Zza uśmiechniętej maski wyjrzały spokojne, pewne siebie oczy doświadczonego najemnika.

- Urządzając swoją bezsensowną szopkę w pasie asteroid zmiotłaś dwa moje okręty. To niewiele - w dokach "Szponów" mam jeszcze dwa tuziny fregat i korwet. Drugie tyle wykonuje zlecenia w okolicznych systemach. Ale to kropla w morzu, jeśli macie zamiar mierzyć się z kimś, kto posiada jednostki zdolne to przemieszczania planet. To wystarczy do rozpoczęcia poszukiwań. I to niezbyt dokładnych.

Eris skinęła głową, dając znak aby kontynuował.

- Widzę, że brakuje wam jednostek. Dopiero zabieracie się za odbudowę floty. Stworzenie siły na tyle licznej, żeby prowadzić skuteczne poszukiwania, i na tyle dobrze uzbrojonej, żeby mierzyć się z przeciwnikiem zdolnym ot tak sobie ukraść wam planetę, zajmie wam sporo czasu. A ja mogę odświeżyć pewne znajomości z dawnych czasów. Przycisnąć niektórych ludzi. Sprawdzić pewne miejsca... Zawęzić obszar poszukiwań.

- Dokładnie tego od pana oczekuję, kapitanie Steiger.

- A ja oczekuję wynagrodzenia. Stosownego do stopnia trudności zadania.

- Czego pan chce? Pieniędzy?

Steiger przeciągnął się w fotelu, zawiedziony propozycją hybrydy. Dziewczyna była jednak bardzo schematyczna.

- Pieniądze są miłym dodatkiem, który zapewne ucieszy większość mojej załogi. Pod warunkiem, że mówimy o astronomicznych sumach, ale w temacie astronomii akurat wy, Shivanie, zawsze byliście nieźli. Ale tak naprawdę interesuje mnie technologia. Technologia okrętowa, jeśli mam być precyzyjny.

Steiger wyprostował się i spojrzał hybrydzie prosto w oczy. Były nieprzeniknione jak zawsze, zimne i również wpatrzone w niego. Nie był w stanie nic wyczuć, a nie chciał wspomagać się psioniką.

- Krystaliczna materia, torpedy rozpierdalające okręty od środka, kosmiczny piorunochron... zdaje się, że to podstawowe uzbrojenie pani krążownika? Chcę położyć na tym swoje zachłanne łapska. Oczywiście na wyłączność.

Kobieta już miała odpowiedzieć, gdy nadeszła wiadomość. Otrzymali ją prawie jednocześnie, choć psioniczny przekaz świadomości roju był o ułamek sekundy szybszy niż przytłumiony głos wmontowanego w czaszkę komunikatora. Spojrzeli po sobie i bez zwłoki ruszyli do centrum bojowego.




[Status aktywny. IMD uzbrojone, namiar na razie słaby. Podejście od rufy ludzkiego okrętu], powiedział mężczyzna. Myśliwiec trochę rzucał, bardziej niż ferrox, na którego bazie został zbudowany, ale mniej niż imperialny lansjer.

[Przyjęłam], zabrzmiał w głośnikach głos Sirrah, lekko zniekształcony, kiedy krążownik dokonywał przeskoków, zbliżając się do stacji.

[Staraj się trzymać jasnej strony planety.]


Mostek korwety "Freya"
Orbita geostacjonarna planety Khaj’Litt


Dwie minuty dwadzieścia jeden sekund od wykrycia obiektu. Zmełł w ustach przekleństwo. Zardzewieli. Albo zignorowali zagrożenie. Powinien mieć meldunek przynajmniej minutę wcześniej. Pewnie poczuli się bezpiecznie we wnętrzu tego shivańskiego molocha. Kurwa, nawet nie wiemy czy oni są do końca po naszej stronie, a załoga już czuje się jak na pierdolonych wczasach - Steiger obiecał sobie w duchu solidnie opierdolić obsadę mostka.

- OK, misiaczki - powiedział zająwszy miejsce się na fotelu kapitańskim. - Ktoś przyleciał nas odwiedzić. Nie wiemy kto to, ale po tym, co przeżyliśmy w ciągu ostatnich godzin nie robiłbym sobie większej nadziei na przyjazną pogawędkę. To jakaś mała, zwinna pchełka z dobrym maskowaniem. Po ludzku - jednostka zwiadu. Musimy to sprzątnąć, zanim zdąży zebrać dane i spieprzyć w podprzestrzeń, chociaż mając prawie dwie i pół minuty pewnie zdążyli już zbadać każdą jebaną śrubkę shivańskiej instalacji - ostatnie słowa wycedził lodowato w stronę Bena i Vik.

Do momentu pełnego uruchomienia linii produkcyjnych Scylli Freya była jedyną jednostką zdolną odnaleźć i neutralizować zarówno większego, jak i mniejszego przeciwnika. Prośba Eris o sprawdzenie podejrzanego impulsu w bezpośrednim sąsiedztwie stacji nie była dla Steigera żadnym zaskoczeniem. Plazmowe działa strumieniowe, wyrzutnie rakiet oraz poczwórne baterie laserowe stanowiły bardzo niemiłą niespodzianką dla każdego, kto oceniłby jednostkę po jej wielkości. Zaskakujący arsenał był zawsze mocną stroną najemników.

- Silniki... aktywne. Nawigacja... aktywna. Sensory... aktywne. Uzbrojenie - odbezpieczone. Wszystkie systemy sprawne.

Smukły kształt opuścił mroczny dok Scylli i zaczął gwałtownie przyspieszać.

- Zbliżamy się do ostatniej znanej lokacji celu - zameldował Ocano. - Skoro już tu jesteśmy, zbierzmy na pokład sondy. Może wyciągniemy z nich więcej danych.

- Czemu nie... Hamowanie impulsowe na czas trzy, dwie sekundy, Vik, złap je promieniem ściągającym - rozkazał Steiger. Palec dziewczyny musnął panel kontrolny konsoli uzbrojenia, gdy pierwsza z sond rozprysnęła się niczym metalowy arbuz. Sekundę później eksplodowała kolejna.

- Kurwa...

Steiger nie miał zamiaru czekać aż skończą się sondy. Korweta szarpnęła lekko, kiedy komputer nawigacyjny oddał pełnię władzy w ręce kapitana. Zmęczyła mnie ta dyplomacja... pomyślał. Czas na zabawę w starym, dobrym stylu.

"Freya" wywinęła ciasną pętlę, kierując się w stronę domniemanego zagrożenia.




Myśliwiec wychynął z przeskoku trochę przedwcześnie. Korweta właśnie ściągała sondy. Roevean odpalił standardową K-K, ale zapalnik nie zadziałał i rakieta tylko siłą innercji rozbiła ludzki obiekt. Drugą sondę przeorał ogniem z działek. Okręt zaczął wchodzić w ciasną pętlę, naglarfar skorygował lekko kurs i na na pełnym ciągu przeleciał tuż przy lewej burcie, gdzie lekko zamazany majaczył się napis "Freya". Wszedł w korkociąg włączając aktywny skan. Dane na temat tarcz i kadłuba wrogiego okrętu spłynęły wprost do symtaktu. I już oddalał się przygotowując do następnego przelotu.

- Szefie - krzyknął Ocano. - Trafił pan w dziesiątkę! Jednoosobowy statek, prawdopodobnie myśliwiec dalekiego zasięgu, technologia nieznana, sygnatura nieznana, namierzam...

- Mów do mnie Ben! - Steiger wychodził z pętli starając się dotrzymać kroku mniejszemu statkowi. - Gdzie ten namiar?

- Komputer ma problem z właściwym uchwyceniem celu. Dobra mam...

Ożyły działa korwety, wysokoenergetyczne ładunki pomknęły w stronę myśliwca, ale trafiły w pustkę.

- A żeby cię, kurwi synu! Zniknął!

- Co? Aktywne maskowanie bojowe?!

- Na to... Kurwa, jest z drugiej strony!

- Dawaj namiar - kapitan zredukował moc i w ciasnym, podwójnym skręcie, nie czekając na dane od podwładnego, odpalił rakiety.

Roevean za sterami myśliwca mało nie władował się prosto w rufę okrętu, pociągnął drążek do siebie i świecą wyprysnął ponad kadłub korwety. Steiger przewidział to kierując "Freyę" wprost na tył naglarfara.

[Dobry jest], powiedział w symtakcie.

[Ściągnij go bliżej planety.]

- Vik, status strumieniówki?

- Pełna moc!

Promień działa strumieniowego pomknął w stronę zygzakującego statku, który raptownie odwrócił się o sto osiemdziesiąt stopni na pełnym ciągu. Strumień energii liznął górny statecznik i przeorał prawy silnik, rzucając statek Roeveana w niekontrolowany korkociąg.

Symtakt rozjarzył się na czerwono, kiedy sztuczna inteligencja zarządzająca mechanizmami myśliwca zaprotestowała przeciw olbrzymiej dawce energii, którą musiała pochłonąć i skomasować. Mężczyzna zbył ją burknięciem, walcząc ze sterami starał się wyrównać lot i jednocześnie unikać miotającego się promienia. Na chybił trafił wystrzelił jednego IMDka, nie trafił, ale nuklearna eksplozja stu gram AM
6 oślepiła na chwile czujniki ludzkiego statku. Przeliczył skok i myśliwiec dokonał translokacji za rufę korwety.

- Co to było? Atomówka?

- Nie wiem, kurwa, nieważne, pilnuj celu!

- Zniknął znowu, nie, jest za nami.

"Freya" ponownie wykonała zwrot, wsiadając na ogon zygzakującego myśliwca.

[Dobra, dosyć zabawy], Roevean uzbroił trzy IMDki wprowadzając zeskanowane z korwety dane. Nakazał komputerowi przeliczenie kolejnego skoku, ponownie za rufę korwety i jego ręka zawisła nad ikoną [Sirrah?]

[Już.]

- Teraz nam się nie wywinie - Steiger wdusił przyciski zwalniające rakiety i uruchomił lasery. Trafiły w pustkę, bo naglarfar zniknął. Znowu. Pojawił się natomiast kadłub znacznie większego statku. - Kurwa, odpalajcie strumieniówki! Namiar!

- Znowu zniknął! Nie mam nic na skanie!

- To wyjrzyj durniu przez okno!

- O kurwa...

- Przygotować się na impakt! - kapitan pociągnął drążek do siebie, dziób uniósł się ponad zbliżającego się lancryera. - Pełna moc na przednie tarcze!

- Myśliwiec z tyłu!

Celownik zalśnił zielenią. Roevean zwolnił rakiety, które wyskakując z wyrzutni zniknęły, materializując się tuż przy tylnych osłonach zredukowanych na rzecz przednich tarcz. Pierwsza przeciążyła generator i lekką mętna zasłona opadła, druga eksplodowała trochę ponad rufą rzucając korwetę w stronę krążownika a trzecia wryła się w zespół napędowy, który momentalnie wyparował. Pozbawiony napędu okręt siłą rozpędu wbił się majestatycznie w przednie tarcze HSC
Temporis Semperrum. Z uszkodzonych przewodów, które nie wyparowały w wybuchu antymaterii numer 6, uciekało powietrze.

- Tośmy se polatali - Steiger podnosił się właśnie z podłogi, mostek pogrążył się w ciemnościach gdzieniegdzie rozświetlanych snopami iskier z rozwalonego okablowania. Po chwili włączyło się zasilanie awaryjne, czerwona poświata zasnuła pulpity, ekrany i displeje. Spojrzał przez główny wizjer okrętu, oprócz dziwnie zakrzywionego kawału metalu, należacego zapewne do obcego statku, zobaczył również unoszący się obcy myśliwiec z przetrąconym statecznikiem.

- Co do kur... - Vikkta spojrzała na panel łączności. Zalśnił feerią świateł, gdzieś sypnęło iskrami, widać przepalił się kolejny układ. - Połączenie.

Kapitan oparł się o fotel, z którego wcześniej spadł.

- Daj na główny.

Holodisplej śnieżył przez chwilę, obraz powoli się wyklarował i Steiger zobaczył twarz czarnowłosej kobiety. Człowieka.

- Miło, że wpadliście - powiedziała trochę metalicznie, gwałtowne sprzężenie przelało się przez mostek, widać usmażyły się też obwody dźwiękowe. - Powiedziałabym, że macie natychmiast wyłączyć napęd, ale jak widzę, wasze silniki są w powijakach.

- Eee - zaczął Garret Steiger, ale już po chwili wskoczył w dobrze wyćwiczoną rolę. - Państwa nie ma w domu, czy coś przekazać? - w głębi ducha aż się gotował. - Rozwaliliście mi okręt.

- To samo byś zrobił z myśliwcem, którego ścigałeś.

- Załoga...

- W sekcji napędowej nie było nikogo - spojrzała gdzieś w bok, a kapitan zauważył, że myśliwiec unoszący się przed dziobem zniknął. Znowu. - Nie martw się, my nie porywamy ludzi, żeby robić z nich zombie. Mniejsza zresztą z tym, czas ucieka, tak samo jak wasze powietrze.

- Czego chcesz?

Machnęła ręką. Poczuł lekki zawrót głowy i ucisk w brzuchu. Mostek zniknął zastąpiony małym pomieszczeniem. Ściany, sufit i podłoga pulsowały zielonkawą poświatą, nie było drzwi.

- Informacji - stała tuż za nim.


post powstał w swoistej współpracy z Psychem