Polecam obejrzenie "Idiocracy"!;]Selekcja naturalna się kłania... Przetrwają najsilniejsi. Tylko w przypadku ludzi nie odnosi się to do siły fizycznej czy jakości kodu genetycznego, tylko do siły ducha.
Zycie i nolife-y.
Moderator: Crow
Re: Zycie i nolife-y.
Tak ogólnie praktycznie wszyscy się ze sobą zgadzacie pomijając Vertisa, którego wzmianka była jedyną przeciwwagą. Jestem trochę zbyt zmęczona chyba, bo przysnęłam przy poście Barta, ale uchwyciłam interesujący moment:
Re: Zycie i nolife-y.
Selekcja naturalna się kłania... Przetrwają najsilniejsi
<patrzy na dzisiejsza zdegenerowane i chorowite społeczeństwo>
... suuuure...
Św. Adolf Onanista - patron niespełnionych malarzy
Re: Zycie i nolife-y.
Chimeria wrote:życia irl i nie-życia
Distant wrote:porażki w tym prawdziwym
To tylko wycinki, na podstawie których chciałbym zadać fundamentalne pytanie: Czy naprawdę uważacie, że MMO to nie jest prawdziwe życie? Spędzamy prawdziwy czas grając z prawdziwymi ludźmi. Nasze zachowania są jak najbardziej prawdziwe, stan rozgrywki, widoczny na ekranie, to odwzorowanie naszych prawdziwych czynów. Uczucia, które nam towarzyszą, są prawdziwe. Prawdziwe są przyjaźnie i antagonizmy. Doświadczenia i wspomnienia też są prawdziwe.Saovine wrote:mają życie w realu
Więc co takiego czyni ten świat gorszym od tzw IRL?
I taka uwaga dla wszystkich "ewolucjonistów": Nie "przetrwanie najsilniejszych" tylko "przetrwanie najlepiej dostosowanych" jest podstawą ewolucji. A i to przy założeniu, że "najlepsze dostosowanie" jest rozumiane w sensie rozmnażania i propagacji gatunku.
W przypadku ludzi ewolucja już dawno nie działa na tych samych zasadach, jak w przypadku zwierząt. A to też, dokonywało się na przełomie milionów lat. Czasami warto zastanowić się co leżało u podstawy pewnych mechanizmów, a nie bez sensu powtarzać slogany.
A z tą przewagą ducha to niezłe Dżampnięcie Szarka, Barciu.
Re: Zycie i nolife-y.
Myślę, że odpowiedź na pytanie "Czy naprawdę uważacie, że MMO to nie jest prawdziwe życie?" sprowadza się do zdefiniowania terminologii którą się posługujemy. To oczywiste, że gramy z 'prawdziwi ludźmi', a tym bardziej, że zużywamy do tego 'prawdziwy czas'. RL jest po prostu umownym określeniem wydarzeń nie związanych z wirtualnym światem i wcale nie musi oznaczać (choć może) oznaczać, że przeżycia online są odrealnione. 'No Life' nie oznacza, że ktoś nie żyje, tylko określa pewien sposób przeżywania tego życia.
Chciałbym też nawiązać do kwestii wspomnianej przez Windu - doceniania osiągnięć online. Myślę, że działa tu mechanizm mówiący 'im bardziej rozpoznawalne społecznie jest zjawisko, tym bardziej doceniane są osiągnięcia'. Weźmy na przykład muzykę elektroniczną. Dla mnie termin ten oznacza jakąś rąbankę techno (celowo upraszczam) i ktoś może być światowej sławy kompozytorem a mnie utwór, którego pierwszych dziesięć taktów jest identycznych po prostu nudzi. W 'środowisku' jednak ta sama osoba będzie guru i idolem.
Idąc dalej za ciosem - weźmy taką jazdę na deskorolce czy, w odniesieniu do Twojego rozmówcy - break dance. Na mnie to, co zademonstrował kilkukrotnie Vertis robi piorunujące wrażenie, ale jestem przekonany, że dla wielu przedstawicieli pokolenia naszych dziadków, to tylko nic nie warte 'małpie skoki'.
Najlepsi gracze w Starcrafta wykonują siedem (sensownych) kliknięć na sekundę. Wymaga to niewyobrażalnej dla mnie koordynacji wzrokowo-ruchowej, podejrzewam, że dużo większej niż żonglerka. A jednak tak długo, jak ludzie nie rozumieją i nigdy nie próbowali zagrać nie tylko w SC ale w jakąkolwiek inną grę będą darzyć dużo większym szacunkiem byle ulicznego żonglera niż mistrza świata w SC. Gry komputerowe są nadal zjawiskiem niszowym i dla tego doceniane są tylko w wąskim gronie 'wtajemniczonych'. Na podobnej zasadzie, na jakiej mistrz świata w Piłce Nożnej jest o wiele bardziej szanowany niż mistrz świata w Curlingu.
W całym tym temacie zaskoczony jestem jednak, że 'no life' urasta u niektórych do roli Filozofii Życia. Dla mnie 'nolifowanie' jest miłym sposobem na spędzenie czasu, jak czytanie książki czy oglądanie filmu. Czasem mam ochotę wyjść ze znajomymi do pubu a czasem mam ochotę odizolować się przed ekranem komputera. Nie wydaje mi się, żeby fakt, iż czasem mam ochotę wcielić się w jakąś wirtualną postać był spowodowany moimi niepowodzeniami w życiu, czy potrzebą odrzucenia rzeczywistości.
Chciałbym też nawiązać do kwestii wspomnianej przez Windu - doceniania osiągnięć online. Myślę, że działa tu mechanizm mówiący 'im bardziej rozpoznawalne społecznie jest zjawisko, tym bardziej doceniane są osiągnięcia'. Weźmy na przykład muzykę elektroniczną. Dla mnie termin ten oznacza jakąś rąbankę techno (celowo upraszczam) i ktoś może być światowej sławy kompozytorem a mnie utwór, którego pierwszych dziesięć taktów jest identycznych po prostu nudzi. W 'środowisku' jednak ta sama osoba będzie guru i idolem.
Idąc dalej za ciosem - weźmy taką jazdę na deskorolce czy, w odniesieniu do Twojego rozmówcy - break dance. Na mnie to, co zademonstrował kilkukrotnie Vertis robi piorunujące wrażenie, ale jestem przekonany, że dla wielu przedstawicieli pokolenia naszych dziadków, to tylko nic nie warte 'małpie skoki'.
Najlepsi gracze w Starcrafta wykonują siedem (sensownych) kliknięć na sekundę. Wymaga to niewyobrażalnej dla mnie koordynacji wzrokowo-ruchowej, podejrzewam, że dużo większej niż żonglerka. A jednak tak długo, jak ludzie nie rozumieją i nigdy nie próbowali zagrać nie tylko w SC ale w jakąkolwiek inną grę będą darzyć dużo większym szacunkiem byle ulicznego żonglera niż mistrza świata w SC. Gry komputerowe są nadal zjawiskiem niszowym i dla tego doceniane są tylko w wąskim gronie 'wtajemniczonych'. Na podobnej zasadzie, na jakiej mistrz świata w Piłce Nożnej jest o wiele bardziej szanowany niż mistrz świata w Curlingu.
W całym tym temacie zaskoczony jestem jednak, że 'no life' urasta u niektórych do roli Filozofii Życia. Dla mnie 'nolifowanie' jest miłym sposobem na spędzenie czasu, jak czytanie książki czy oglądanie filmu. Czasem mam ochotę wyjść ze znajomymi do pubu a czasem mam ochotę odizolować się przed ekranem komputera. Nie wydaje mi się, żeby fakt, iż czasem mam ochotę wcielić się w jakąś wirtualną postać był spowodowany moimi niepowodzeniami w życiu, czy potrzebą odrzucenia rzeczywistości.
Re: Zycie i nolife-y.
OK, piszę tutaj, bo naprawdę nie mogę się powstrzymac od maksymalnego śmiechu czytając te Wasze "wypociny"... i tak dochodzę do wniosku, że tak naprawdę nie macie pojęcia kto jest nolifem a kto nie jest. Według Waszych definicji nolife to ten, co gra non stop, a jesli pracuje, to pracuje-wracazpracy-gra... a co z takimi dresami? Koleś pracuje, wraca z pracy, idzie na siłownię, macha hantlami, mierzy swoje bicepsy, łyka odżywki, przestrzega diety, w weekendy chodzi na dyskoteki, z dyskotek często gęsto wraca najebany (równie często gęsto prowadząc), trzeźwieje, potem znów żeby zapic kaca pije... ale to już nie nolife, bo uczestniczy w real life... i jak życie takiego kolesia ma się do życia "waszego" nolife'a?
Jednym stwierdzeniem, cały ten topic to jedno wielkie pierdolenie w bambus. Nic nie wyjaśnia, nikogo do niczego nie przekonuje, argumenty równie dobrze nadawałyby się do National Geographic w temacie o narkotykach. Snujecie przypuszczenia, które do niczego tak naprawdę nie prowadzą. Rozpatrujecie temat z Waszego punktu widzenia i całośc temu właśnie podporządkowujecie, szufladkując nolife'y z gry jako true nolife'y oraz pozostałych jako przestawicieli tzw. real life. Nie zauważyłem chocby wzmianki o świadomym wyborze bycia graczem, według Was każdy zaczyna grac non stop, bo miał jakąś traumę w życiu, bo nie miał nic innego do roboty. Ale nie zadajecie właściwego pytania. A co jeśli JA chcę grac? Bo to będzie zaspokojeniem moich potrzeb?
I tak przy okazji:
Jednym stwierdzeniem, cały ten topic to jedno wielkie pierdolenie w bambus. Nic nie wyjaśnia, nikogo do niczego nie przekonuje, argumenty równie dobrze nadawałyby się do National Geographic w temacie o narkotykach. Snujecie przypuszczenia, które do niczego tak naprawdę nie prowadzą. Rozpatrujecie temat z Waszego punktu widzenia i całośc temu właśnie podporządkowujecie, szufladkując nolife'y z gry jako true nolife'y oraz pozostałych jako przestawicieli tzw. real life. Nie zauważyłem chocby wzmianki o świadomym wyborze bycia graczem, według Was każdy zaczyna grac non stop, bo miał jakąś traumę w życiu, bo nie miał nic innego do roboty. Ale nie zadajecie właściwego pytania. A co jeśli JA chcę grac? Bo to będzie zaspokojeniem moich potrzeb?
I tak przy okazji:
To, że jak komuś przypierdolisz w twarz w WoWie, to w sumie zobaczysz tylko cyferki damage'u. Spróbuj tak zrobic w rzeczywistości, 100% pewności, że za jakiś czas zobaczysz niebieskie światła...Raven wrote:Więc co takiego czyni ten świat gorszym od tzw IRL?
'cos im the definition of the worst kind of mean
so... are you rebel?
so... are you rebel?
- Terpsychora
- Posts: 43
- Joined: Sun Jan 04, 2009 1:36 pm
Re: Zycie i nolife-y.
Dorzucę swoje trzy grosze do tej bezsensownej wymiany argumentów, która do nieczego nie doprowadzi. So...
NL
W ogame jak wielu wie czas trzeba dobrze organizować, do domu musiałam wrócić o określonej porze by odebrać flotę, ewentualnie znaleźć miejsce z netem by to zrobić. Nocki często zarwane, dni podyktowane kolejnymi falami farmień by być jak najwyżej. No i czy można mnie było nazwać nolifem? W szkole mi się powodziło, faceta miałam (który zresztą podesłał mi linka do ogame oO). No więc?
Czy byłam też nolifem kiedy zaczęłam jeździć na tryliony zjazdów, poznawać świetnych ludzi i to dzięki ogame? Sądzę, że nie bardzo, gdyby użyć waszej definicji, bo nolife to zero życia nieprawdaż? A ja mogę powiedzieć, że najwięcej z życia czerpałam w chwilach świetności gry. Za żadne skarby nie cofnęłabym czasu i wymazała ogame z pamięci. Każda "zmarnowana" chwila przed monitorem, każdy dzień egzystowania był tego wart, aż boje się pomyśleć jak marnie i nudnie wyglądałoby moje życie bez tego okresu. Sama o sobie powiem, że jestem nolifem lub trafniej - mam tendencje do nolife-owania. Może zamiast rozpatrywać problem w barwach czarne i białe warto dopuścić możliwość istnienia wielu odcieni szarości?
Nawiązując do posta Windu: gdybym teraz miała się w ekspresowym tempie zestarzeć i umrzeć to nie żałowałabym mojego nolife-owania.
RL
Dlaczego kuva życie w realu wg większości ma się sprowadzać do posiadania dziewczyny/chłopaka, żony/męża i spłodzeniu bachorów? Przecież to jakieś brednie. Są inne ciekawsze rzeczy do osiągnięcia niż pierdzenie pod wspólną kołdrę prze 50 lat. Co to za przyjemność posiadanie faceta/męża, którego jedynym pomysłem na wspólne spędzenie reszty życia to siedzenie przed tv po pracy, krzyczenie na stado rozwydrzonych dzieci, do których wychowania nie przyłożył ręki bo przecież pracuje, zjedzenie obiadu, beknięcie, odbębnienie obowiązku małżeńskiego w postaci 15 min kiepskiego bzykania i pójścia spać. I tak codziennie. Czym to "życie" różni się od egzystencji? oO Mam na siłę być z jakimś nudnym kretynem tylko po to, żeby być? Jeśli miałabym wybierać to wole być nolifem grającym w ogame...
Nie zgodzę się z Ravenem w kwestii bycia "prawdziwym w grze". Gra daje mi to czego nie daje mi życie - możliwości bycia kimś innym. Jestem prawdziwa na co dzień, mam swoje ciemne włosy i kakaowe oczy, w grze wole być ruda i mieć żółte oczy, świat wirtualny to nie odzwierciedlenie mnie prawdziwej. Czy jeśli strzelam w plecy komuś kto ucieka, zdradzam sojusze, nawiązuje układy, kopie leżącego, nie dotrzymuje słowa, jestem chamska, bezczelna by wygrać to oznacza, że w rl tez taka jestem? Czy aktor grający morderce jest mordercą? Nie kupuję tego. Gra to tylko gra. Dałabym uciąć rękę sąsiada, że wielu spośród silnych liderów, imba graczy i krzykaczy przybierają maskę twardzieli, a w życiu realnym są słabi i malutcy. Łatwiej jest kogoś zgnieść na chacie/gg/vencie niż prosto w twarz. I pomimo, że są to ludzie prawdziwi, to nie sądzę, że roztropne byłoby wyciąganie wniosków o nich z tego jak zachowują się w grze.
Tak samo (w porywach głupoty znacznie bardziej) możemy sobie spieprzyć życie nie będąc nolifem jak i będąc nim.
Popieram Chi - należy znaleźć złoty środek i nie popadać w skrajności. Pieprzenie, że w życiu nie wychodzi i zamknięcie się w świecie wirtualnym do mnie za nic nie przemawia - padłeś? powstań! (powerade). Czcza pseudofilozoficzna gadanina na temat wyższości życia w rl, które w 99 na 100 przypadkach wygląda jak opisałam wyżej też za cholerę do mnie nie trafia. Życie/gra po prostu podstawia nam różne możliwości, od nas zależy jak je wykorzystamy. Jedni się w świecie gry pozamykają, inni zechcą poznać ludzi po drugiej stronie kabla. Czy oba nolife-y zmarnują życie?
NL
W ogame jak wielu wie czas trzeba dobrze organizować, do domu musiałam wrócić o określonej porze by odebrać flotę, ewentualnie znaleźć miejsce z netem by to zrobić. Nocki często zarwane, dni podyktowane kolejnymi falami farmień by być jak najwyżej. No i czy można mnie było nazwać nolifem? W szkole mi się powodziło, faceta miałam (który zresztą podesłał mi linka do ogame oO). No więc?
Czy byłam też nolifem kiedy zaczęłam jeździć na tryliony zjazdów, poznawać świetnych ludzi i to dzięki ogame? Sądzę, że nie bardzo, gdyby użyć waszej definicji, bo nolife to zero życia nieprawdaż? A ja mogę powiedzieć, że najwięcej z życia czerpałam w chwilach świetności gry. Za żadne skarby nie cofnęłabym czasu i wymazała ogame z pamięci. Każda "zmarnowana" chwila przed monitorem, każdy dzień egzystowania był tego wart, aż boje się pomyśleć jak marnie i nudnie wyglądałoby moje życie bez tego okresu. Sama o sobie powiem, że jestem nolifem lub trafniej - mam tendencje do nolife-owania. Może zamiast rozpatrywać problem w barwach czarne i białe warto dopuścić możliwość istnienia wielu odcieni szarości?
Nawiązując do posta Windu: gdybym teraz miała się w ekspresowym tempie zestarzeć i umrzeć to nie żałowałabym mojego nolife-owania.
RL
Dlaczego kuva życie w realu wg większości ma się sprowadzać do posiadania dziewczyny/chłopaka, żony/męża i spłodzeniu bachorów? Przecież to jakieś brednie. Są inne ciekawsze rzeczy do osiągnięcia niż pierdzenie pod wspólną kołdrę prze 50 lat. Co to za przyjemność posiadanie faceta/męża, którego jedynym pomysłem na wspólne spędzenie reszty życia to siedzenie przed tv po pracy, krzyczenie na stado rozwydrzonych dzieci, do których wychowania nie przyłożył ręki bo przecież pracuje, zjedzenie obiadu, beknięcie, odbębnienie obowiązku małżeńskiego w postaci 15 min kiepskiego bzykania i pójścia spać. I tak codziennie. Czym to "życie" różni się od egzystencji? oO Mam na siłę być z jakimś nudnym kretynem tylko po to, żeby być? Jeśli miałabym wybierać to wole być nolifem grającym w ogame...
Nie zgodzę się z Ravenem w kwestii bycia "prawdziwym w grze". Gra daje mi to czego nie daje mi życie - możliwości bycia kimś innym. Jestem prawdziwa na co dzień, mam swoje ciemne włosy i kakaowe oczy, w grze wole być ruda i mieć żółte oczy, świat wirtualny to nie odzwierciedlenie mnie prawdziwej. Czy jeśli strzelam w plecy komuś kto ucieka, zdradzam sojusze, nawiązuje układy, kopie leżącego, nie dotrzymuje słowa, jestem chamska, bezczelna by wygrać to oznacza, że w rl tez taka jestem? Czy aktor grający morderce jest mordercą? Nie kupuję tego. Gra to tylko gra. Dałabym uciąć rękę sąsiada, że wielu spośród silnych liderów, imba graczy i krzykaczy przybierają maskę twardzieli, a w życiu realnym są słabi i malutcy. Łatwiej jest kogoś zgnieść na chacie/gg/vencie niż prosto w twarz. I pomimo, że są to ludzie prawdziwi, to nie sądzę, że roztropne byłoby wyciąganie wniosków o nich z tego jak zachowują się w grze.
Tak samo (w porywach głupoty znacznie bardziej) możemy sobie spieprzyć życie nie będąc nolifem jak i będąc nim.
Popieram Chi - należy znaleźć złoty środek i nie popadać w skrajności. Pieprzenie, że w życiu nie wychodzi i zamknięcie się w świecie wirtualnym do mnie za nic nie przemawia - padłeś? powstań! (powerade). Czcza pseudofilozoficzna gadanina na temat wyższości życia w rl, które w 99 na 100 przypadkach wygląda jak opisałam wyżej też za cholerę do mnie nie trafia. Życie/gra po prostu podstawia nam różne możliwości, od nas zależy jak je wykorzystamy. Jedni się w świecie gry pozamykają, inni zechcą poznać ludzi po drugiej stronie kabla. Czy oba nolife-y zmarnują życie?
Last edited by Terpsychora on Mon Feb 16, 2009 8:17 pm, edited 2 times in total.
Ready for the action now, danger boy?
Ready if I'm ready for you, danger boy?
Ready if I want it now, danger boy?
How dare you, dare you danger boy?
How dare you, danger boy?
I dare you, dare you, danger boy!
Ready if I'm ready for you, danger boy?
Ready if I want it now, danger boy?
How dare you, dare you danger boy?
How dare you, danger boy?
I dare you, dare you, danger boy!
Re: Zycie i nolife-y.
Dyskusja nie jest bezsensowna :P
Jak to się mówi. "One moment, someone is wrong in the internets, I can't leave it like this!"
To może na początek podsumujmy:
- wiekszości z nas drażni piętnowanie nolifowania
- wiekszość z nas rozumie nolifowanie jako ucieczke do świata fantazji w Internecie
- większość z nas uważa, że RL i NL są sobie równe (tak Roe, tak właśnie pisało sporo osób :P)
- dla paru osób NL to filozofia życia, mająca pewną "wyższość moralną" nad RL
- pojedyncze osoby pietnuja taki styl bycia jako gorszy, przyznanie się do porażki czy też ucieczkę od rzeczywistości
- dwie osoby twierdzą, że dyskusja jest bezsensu i dlatego postnęły najdłuższe posty :D
Czyli mamy pełen przekrój dyskusji typu (jestem za aborcją/ jestem przeciw aborcji). I chyba na tym pozostaniemy. Ze swojej strony mogę jeszcze dodać, że nie jest ważny typ życia jaki prowadzimy, ale motywacja, która nas ku temu życiu skłania. :P
Jak to się mówi. "One moment, someone is wrong in the internets, I can't leave it like this!"
To może na początek podsumujmy:
- wiekszości z nas drażni piętnowanie nolifowania
- wiekszość z nas rozumie nolifowanie jako ucieczke do świata fantazji w Internecie
- większość z nas uważa, że RL i NL są sobie równe (tak Roe, tak właśnie pisało sporo osób :P)
- dla paru osób NL to filozofia życia, mająca pewną "wyższość moralną" nad RL
- pojedyncze osoby pietnuja taki styl bycia jako gorszy, przyznanie się do porażki czy też ucieczkę od rzeczywistości
- dwie osoby twierdzą, że dyskusja jest bezsensu i dlatego postnęły najdłuższe posty :D
Czyli mamy pełen przekrój dyskusji typu (jestem za aborcją/ jestem przeciw aborcji). I chyba na tym pozostaniemy. Ze swojej strony mogę jeszcze dodać, że nie jest ważny typ życia jaki prowadzimy, ale motywacja, która nas ku temu życiu skłania. :P
Nothing is impossible
tmp
To w takim wypadku "Hail kurwa, tak trzymac", bo nic nolife'a nie odróżnia od bladoróżowodupiastego człowieka, który wzbrania się nawet przed otwarciem maila.
'cos im the definition of the worst kind of mean
so... are you rebel?
so... are you rebel?
Re: Zycie i nolife-y.
Tercia zwraca tu uwagę na pewien istotny aspekt. Termin nolife jest tu używany zamiennie dla całego spektrum zachowań związanych z internetem. Nolifem nazywamy więc tu zarówno osobę, która po prostu regularnie spędza czas przed ekranem komputera, osobę, która podchodzi do wirtualnego świata na tyle poważnie, by dostosowywać do niego swój tryb życia, nie zaniedbując jednak innych jego aspektów jak i osobę dla której sieć stała się nałogiem, prowadzącym do zaniedbania pozostałych aspektów życia, czy wręcz do utraty kontaktu z rzeczywistością.
Przy tak odmiennych założeniach dotyczących samej definicji dyskutowanego słowa, ciężko będzie dojść do jakiegokolwiek porozumienia. Być może Windu, jako twórca tematu, doprecyzowałby o jakiej definicji 'nolife' wspominał w swoim poście? Jaka interpretacja terminu 'nolife' doprowadziła Was do wniosków przytoczonych w Waszych postach?
Przy tak odmiennych założeniach dotyczących samej definicji dyskutowanego słowa, ciężko będzie dojść do jakiegokolwiek porozumienia. Być może Windu, jako twórca tematu, doprecyzowałby o jakiej definicji 'nolife' wspominał w swoim poście? Jaka interpretacja terminu 'nolife' doprowadziła Was do wniosków przytoczonych w Waszych postach?
Re: Zycie i nolife-y.
Pójdę jak po grudzie. Nolife = coś na wskroś jak zombie, coś, mające jakiś cel. HOWGH!
'cos im the definition of the worst kind of mean
so... are you rebel?
so... are you rebel?