- Wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe - kupiec Firnim Uke Morr prawie tańczył na marmurowej posadzce - Proszę spojrzeć na tę rzeźbę, podobno sama hrabina Julia de Lavre pozowała do niej bez odzienia! Jeszcze zanim wyszła za mąż. Artysta zaklął piękno tego dziewczęcia na wieki w tym posągu. Proszę nie patrzyć za długo, bo można się zakochać.
- Czy hrabina jeszcze żyje? - Leonard podniósł głowę podziwiając niezwykłą postać i jakże kusząco niewinną pozę dziewczyny.
- Ma pięćdziesiąt lat i dalej uwodzi mężczyzn. A o oto - kupiec otworzył dwuskrzydłowe drzwi i zebranych oślepił blask świateł z pozłacanych, gigantycznych kandelabrów - sala balowa mogąca pomieścić trzysta osób, a tam jest przejście na tarasy.
Al Malik uśmiechał się sam do siebie widząc entuzjazm kupca prezentującego mu posiadłość. Był ciekaw, czy myśl o małej fortunie, którą zarobi, wpompowywała energię w te nie najmłodsze ciało.
- Jeśli spojrzysz Panie w tamten kąt sali, tuż obok namalowanych faunów znajduje się sekretne okienko, z którego można podglądać gości, a tam, za kurtyną obok pianina znajduje się tajne przejście ...
- Jak przejście może być tajne, skoro Pan, Firnimie o nim wie? - Leonard Al Malik skarcił się w myślach, że nie mógł powstrzymać się od głupiej docinki i spróbował ukryć to pod szerokim uśmiechem.
- Przecież ja nikomu nie powiem, nawet jak... uh...
Dwie godziny później baronet Al Malików opuszczał rezydencje.
- Podoba mi się, pewnie po części przez Pana entuzjazm. - seniorowi Leonarda też pewnie się spodoba, szczególnie sypialnie dla jego dwudziestu żon, które przybędą z nim.
- Jest jeszcze jedna kwestia baronecie.
- Proszę mówić.
Kupiec potarł ręce.
- W związku z ostatnimi informacjami ceny posiadłości takich jak tak, na Placu Królów z widokiem na własność imperatora idą w górę.
- Tak? A mi się wydawało, że po ostatnich zamachach i zamieszkach w mieście, jakiś wybuchach, powinno być odwrotnie. Przyszłość tego miasta nie jest tak pewna jak Ci się wydaje Firnimie.
- Prawda Panie, proszę zapomnieć o tym temacie.
Dzwony pobliskiego kościoła św. Jerzego wybiły siódmą trzydzieści. Leonard wsiadł do samochodu. Zera siedział na przednim siedzeniu pasażera.
- Zaczęło się Panie. Tłum wyruszył spod pomnika Wyzwoliciela i idzie w kierunku miejskiego więzienia, aby protestować przeciwko egzekucji lokalnego przywódcy opozycji. Podobno namiestnik wysłał Magdalenę, aby uspokoiła tłum. Zgaduję, że my też tam się udamy, ryzykując twoim życiem Panie?
- Przeraża mnie, kiedy dowódca mojej ochrony mówi mi o planie ryzykowaniu mojego życia. Ale rzeczywiście, tak zrobimy.
[Drugi Świt] Sennea - stolica Esteros II
Re: Sennea - stolica Esteros II
We do not sow
Oh, the places you will go! There is fun to be done. There are points to be scored. There are games to be won.
Oh, the places you will go! There is fun to be done. There are points to be scored. There are games to be won.
Re: Sennea - stolica Esteros II
Galeria sztuki 'Balaria' nie była może najznamienitszym miejscem na obcowanie ze sztuką, jednak wydawała się być znacznie bardziej kameralna niż inne tego typu prybytki. Przede wszystkim dlatego, iż ludzie, którzy się tu widywali wydawali się być bardziej przyjaźni od snoberii odwiedzajacej najsłynniejsze galerie. Można było odnieść wrażenie, że spotykają się tu bardziej po to aby porozmawiac ze starymi znajomymi i wymienić kilka interesujących plotek, niż faktycznie kontemplować dzieła sztuki. Co miało swoje plusy, jeśli szukało się miejsca, gdzie można było zdobyć parę istotnych, aktualnych informacji.
Vienna co prawda nie była stałym bywalcem 'Balarii' i najcenniejszymi informacjami z pewnością nikt by się z nią nie podzielił ot tak, jednakże nie pierwszy raz zdobywała już wytyczne w podbnych miejscach. Światy co prawda były inne, ale ludzie wbrew pozorom wszędzie są bardzo podobni. Zwłaszcza jeśli chodzi o wyższe warstwy społeczne i ich sposób postrzegania innych.
- Och, przepraszam panią najmocniej, nie chciałam pani szturchnąć - Vienna przeprosiła kobietę w koktajlowej sukni, którą właśnie 'niechcący' potrąciła. Kobieta ta spojrzała na nią z lekkim politowaniem, ale jej twarz natychmiast rozjaśniła się gdy zobaczyła zatroskaną buzię hrabiny, przywodzącą na myśl roztrzepane dziecko, które niechcący zbiło ulubiony wazon matki.
- Nic się nie stało skarbie - powiedziała szlachcianka i wróciła do fascynującej rozmowy ze swymi znajomymi, a gdy tylko Vienna Solidago odeszła kawałek dalej wymieniła z nimi parę uwag na temat jej niezdarności-ale ponieważ jest bardzo ładna (więc na pewno głupia)i wygląda sympatycznie to nie sposób jest się na nią gniewać. Po pół godziny rozniosła się już wieść o ślicznej aczkolwiek bujającej w obłokach pani, która z zainteresowaniem przyglądała się niezbyt ciekawej wystawie (więc pewnie jest dziwna, a już na pewno nie szkodliwa).
Hrabina Decados zadowolona z obrotu sytuacji skręciła do niewielkiego pokoiku, gdzie wystawiony był obraz zatytułowany 'Wieża Hannoi'. Vienna spojrzała na ów eksponat i zaczęła się zastanawiać co też musi kierować twórcą, by spod jego rąk wyszło coś tak dziwnego. Samo patrzenie na płótno nie wiedzieć czemu wywoływało chęć wzruszenia ramionami i udania się dalej. Dlatego też zatrzymała się przy nim dłużej i poczęła kontemplować dlaczego tak się dzieje. Przecież samo dzieło od strony technicznej było bardzo dobre a malarzowi z pewnością można było pozazdrościć precyzji. Układ kolorystyczny też był świetnie dobrany.. więc dlaczego po rzuceniu na niego okiem nogi same niosły dalej? Może to przez ten układ geometryczny? Vienna postanowiła zostać przy obrazie wbrew temu, co podpowiadał jej zmysł artystyczny. Ponadto pomyślała, że najwyższy czas porozmawiać już z kimś na tym wernisażu, a jak wiadomo dziwne obrazy ściągają nietypowych ludzi.
I wtedy właśnie kątem oka spostrzegła mężczyznę nieco starszego niż ona przyglądającego się jej z zaciekawieniem. Zaczęła obserwować go nie odwracając przy tym swego wzroku od obrazu. Mężczyzna podszedł do niej po czym zawiesił się na parę minut i począł stroić śmieszne miny tak jakby odbywał wewnętrzny monolog. Dziewczyna postanowiła oderwać
swą uwagę od obrazu i z niemałym zainteresowaniem spojrzała na niego. W pewnym momencie tajemniczy nieznajomy zamrugał gwałtownie i powrócił do rzeczywistości po spojrzał na nią maślanymi oczyma i spytał pewnym tonem:
- Czy lubi Pani kolor niebieski?
Hrabina nie ukryła zaskoczenia, toteż mężczyzna szybko zorientował się, iż jest to pierwsze zdanie jakie skierował do niej, więc odchrząknął i przedstawił się. Tym razem w rzeczywistości.
- Mademoiselle. - ukłonił się energicznie - doktor Lucas Torwimdull,
baron Li Halan, do usług.
- Vienna Solidago, hrabina Decados. Niezmiernie mi miło panie doktorze -kobieta delikatnie skinęła głową i uśmiechnęła się- Owszem, lubię kolor niebieski, a jeśli pozwoli pan, iż nawiążę do tego obrazu najbardziej podoba mi się ten odcień - hrabina wskazała punkt na malowidle.
- Piękny, aczkolwiek bardzo chłodny kolor. Pani zaś na pierwszy rzut wydaje się być osobą niesłychanie pogodną, a uroczy uśmiech jakim zostałem obdarzony z pewnością topi lód każdego serca
- Och, jak pan pięknie mówi - Vienna zarumieniła się słysząc te słowa - Co do koloru zaś, mnie osobiście ta barwa uspokaja. Chociaż przyznam, że w tym zestawieniu budzi we mnie niepokój, niech pan spojrzy na ułożenie geometryczne obrazu. Czy nie sądzi pan, że... - i zaczęła opowiadać o swych odczuciach wobec dzieła. Doktor Torwimdull o dziwo słuchał jej z zainteresowaniem, choć nie jedna postronna osoba mogłaby rzec, iż hrabina zwyczajnie przynudza. Później płynnie przeszli na inne tematy, w międzyczasie wypili po lampce szampana i ani sie obejrzeli a rozmawiali ze sobą jak starzy dobrzy znajomi.
Vienna co prawda nie była stałym bywalcem 'Balarii' i najcenniejszymi informacjami z pewnością nikt by się z nią nie podzielił ot tak, jednakże nie pierwszy raz zdobywała już wytyczne w podbnych miejscach. Światy co prawda były inne, ale ludzie wbrew pozorom wszędzie są bardzo podobni. Zwłaszcza jeśli chodzi o wyższe warstwy społeczne i ich sposób postrzegania innych.
- Och, przepraszam panią najmocniej, nie chciałam pani szturchnąć - Vienna przeprosiła kobietę w koktajlowej sukni, którą właśnie 'niechcący' potrąciła. Kobieta ta spojrzała na nią z lekkim politowaniem, ale jej twarz natychmiast rozjaśniła się gdy zobaczyła zatroskaną buzię hrabiny, przywodzącą na myśl roztrzepane dziecko, które niechcący zbiło ulubiony wazon matki.
- Nic się nie stało skarbie - powiedziała szlachcianka i wróciła do fascynującej rozmowy ze swymi znajomymi, a gdy tylko Vienna Solidago odeszła kawałek dalej wymieniła z nimi parę uwag na temat jej niezdarności-ale ponieważ jest bardzo ładna (więc na pewno głupia)i wygląda sympatycznie to nie sposób jest się na nią gniewać. Po pół godziny rozniosła się już wieść o ślicznej aczkolwiek bujającej w obłokach pani, która z zainteresowaniem przyglądała się niezbyt ciekawej wystawie (więc pewnie jest dziwna, a już na pewno nie szkodliwa).
Hrabina Decados zadowolona z obrotu sytuacji skręciła do niewielkiego pokoiku, gdzie wystawiony był obraz zatytułowany 'Wieża Hannoi'. Vienna spojrzała na ów eksponat i zaczęła się zastanawiać co też musi kierować twórcą, by spod jego rąk wyszło coś tak dziwnego. Samo patrzenie na płótno nie wiedzieć czemu wywoływało chęć wzruszenia ramionami i udania się dalej. Dlatego też zatrzymała się przy nim dłużej i poczęła kontemplować dlaczego tak się dzieje. Przecież samo dzieło od strony technicznej było bardzo dobre a malarzowi z pewnością można było pozazdrościć precyzji. Układ kolorystyczny też był świetnie dobrany.. więc dlaczego po rzuceniu na niego okiem nogi same niosły dalej? Może to przez ten układ geometryczny? Vienna postanowiła zostać przy obrazie wbrew temu, co podpowiadał jej zmysł artystyczny. Ponadto pomyślała, że najwyższy czas porozmawiać już z kimś na tym wernisażu, a jak wiadomo dziwne obrazy ściągają nietypowych ludzi.
I wtedy właśnie kątem oka spostrzegła mężczyznę nieco starszego niż ona przyglądającego się jej z zaciekawieniem. Zaczęła obserwować go nie odwracając przy tym swego wzroku od obrazu. Mężczyzna podszedł do niej po czym zawiesił się na parę minut i począł stroić śmieszne miny tak jakby odbywał wewnętrzny monolog. Dziewczyna postanowiła oderwać
swą uwagę od obrazu i z niemałym zainteresowaniem spojrzała na niego. W pewnym momencie tajemniczy nieznajomy zamrugał gwałtownie i powrócił do rzeczywistości po spojrzał na nią maślanymi oczyma i spytał pewnym tonem:
- Czy lubi Pani kolor niebieski?
Hrabina nie ukryła zaskoczenia, toteż mężczyzna szybko zorientował się, iż jest to pierwsze zdanie jakie skierował do niej, więc odchrząknął i przedstawił się. Tym razem w rzeczywistości.
- Mademoiselle. - ukłonił się energicznie - doktor Lucas Torwimdull,
baron Li Halan, do usług.
- Vienna Solidago, hrabina Decados. Niezmiernie mi miło panie doktorze -kobieta delikatnie skinęła głową i uśmiechnęła się- Owszem, lubię kolor niebieski, a jeśli pozwoli pan, iż nawiążę do tego obrazu najbardziej podoba mi się ten odcień - hrabina wskazała punkt na malowidle.
- Piękny, aczkolwiek bardzo chłodny kolor. Pani zaś na pierwszy rzut wydaje się być osobą niesłychanie pogodną, a uroczy uśmiech jakim zostałem obdarzony z pewnością topi lód każdego serca
- Och, jak pan pięknie mówi - Vienna zarumieniła się słysząc te słowa - Co do koloru zaś, mnie osobiście ta barwa uspokaja. Chociaż przyznam, że w tym zestawieniu budzi we mnie niepokój, niech pan spojrzy na ułożenie geometryczne obrazu. Czy nie sądzi pan, że... - i zaczęła opowiadać o swych odczuciach wobec dzieła. Doktor Torwimdull o dziwo słuchał jej z zainteresowaniem, choć nie jedna postronna osoba mogłaby rzec, iż hrabina zwyczajnie przynudza. Później płynnie przeszli na inne tematy, w międzyczasie wypili po lampce szampana i ani sie obejrzeli a rozmawiali ze sobą jak starzy dobrzy znajomi.
Conquered, we conquer.
Re: Sennea - stolica Esteros II
Przed lochem miejskim Sennei panował nadzwyczajny spokój. Wszyscy przypadkowi przechodnie zniknęli, ludzie starali się omijać miejsce, w którym za niedługo miało dojść do demonstracji i przewidywanych zamieszek. Z okolicznych chodników zniknęły także wszystkie auta, przepakowane przez właścicieli obawiających się o los swoich pojazdów gdy zjawi się ludzki motłoch.
Jedynymi widocznymi ludźmi byli robotnicy, ustawiający na placu barierki mające odgrodzić demonstrantów od przemawiających. Byli wyraźnie podekscytowani nadchodzącymi wydarzeniami i żarliwie się o coś kłócili.
Był jeszcze jeden człowiek, przez nikogo nie zauważony. Znajdował się na dachu jednego z budynków okalających plac. Właśnie spoglądał na główną bramę lochów przez niewielki dalmierz.
- 130 metrów – mruknął do siebie, odkładając urządzenie – Pestka.
Rozsunął długą torbę, która do tej pory bezpiecznie leżała schowana za kominem. Wydobył z niej rurkowy stelaż, który następnie solidnie przytwierdził pobliskiego komina. Następnie przymocował celownik optyczny do stelażu. Przez chwilę przez niego spoglądał, manipulując pokrętłami wystającymi z boku celownika. W końcu, zadowolony z wyniku, zaczął ostrożnie przechylać stelaż, wciąż wpatrując się z celownik.
- Puk puk, kto tam? – powiedział do siebie, uśmiechając się, jakby było to niesłychanie zabawne. Wydobył ze swojej torby jeszcze jeden przedmiot – pomalowaną na biało plastikową tubę, długą na półtora metra i o średnicy około dziesięciu centymetrów. Była wyposażona w uchwyty, za pomocą których przyczepił ją do stelażu na kominie. Całość wyglądała jak zwykła antena.
Pierwsza część planu – Magdalena i Artur von Moiss stoją na podwyższeniu i przemawiają do tłumu. Zdalnie odpalony pocisk rakietowy trafia w bramę lochu, burząc ją. Ochrona von Moissa zdaje sobie sprawę, że nie może z Arturem szukać schronienia w więzieniu, do którego nie ma wejścia. Szlachcic dołącza do Magdaleny i jej ochroniarzy, razem uciekają w jej aucie pancernym.
- 200 metrów do tamtego hydrantu – stwierdził snajper – To prawie jak strzelanie z przyłożenia, ale zobaczmy… Hmmm, przewyższenie 50 metrów, to będzie… Hm, jeden klik to centymetr na stu metrach, więc… Trzy w dół i jeden w lewo, tak?
Pytanie skierował do swojego towarzysza, który jednak nie wyglądał, jakby zamierzał odpowiadać. Zamiast tego starannymi ruchami ładował swój granatnik automatyczny. Naboje, których używał, miały jadowicie żółte czubki. Gaz usypiający.
Snajper najwyraźniej nawet nie oczekiwał odpowiedzi, bez zwłoki zaczął zmieniać zero w celowniku swojego karabinu.
Ah, ale to nie zwykły karabin, należałoby napisać o nim kilka słów – była to prawdziwa armata. Strzelec nazywał swoją broń ‘Mała Liz’, co było wyraźną ironią. Karabin był długi na prawie metr osiemdziesiąt, zaś ważył niemalże trzydzieści kilogramów. Jego naboje były dłuższe niż dłoń dorosłego mężczyzny, zaś kaliber pocisków wynosił dwa centymetry.
Jednym słowem, ‘Mała Liz’ była idealną bronią do zatrzymania pędzącej opancerzonej limuzyny. Przestrzelenie opancerzonej klapy i bloku silnika nie będzie stanowiło problemu. Lub, jeśli zajdzie taka potrzeba, wystrzelenie z niej specjalnego pocisku który usmaży komputer pojazdu za pomocą impulsu elektromagnetycznego.
Druga część planu – Snajper ukryty przy trasie ucieczkowej, którą zawierała przekazana przez służącą szpila, zatrzymuje uciekających. Jego towarzyszy usypia wszystkich, i do akcji wchodzi reszta zespołu, oczekująca w ukryciu. Jeśli wszyscy są nieprzytomni są szybko transportowani do oczekującego helikoptera, który okrężną drogą odwozi ich do bezpiecznego schronienia. Jeśli któryś z ochroniarzy zdążył użyć jakichś środków ochrony przed gazem i stawia opór – zostanie zastrzelony. Alternatywne trasy ucieczki także zostały zabezpieczone, ale ich użycie przez ochronę księżnej jest wysoce nieprawdopodobne, jeśli materiały przekazane do Zamoyski Corps są prawdziwe.
Jedynymi widocznymi ludźmi byli robotnicy, ustawiający na placu barierki mające odgrodzić demonstrantów od przemawiających. Byli wyraźnie podekscytowani nadchodzącymi wydarzeniami i żarliwie się o coś kłócili.
Był jeszcze jeden człowiek, przez nikogo nie zauważony. Znajdował się na dachu jednego z budynków okalających plac. Właśnie spoglądał na główną bramę lochów przez niewielki dalmierz.
- 130 metrów – mruknął do siebie, odkładając urządzenie – Pestka.
Rozsunął długą torbę, która do tej pory bezpiecznie leżała schowana za kominem. Wydobył z niej rurkowy stelaż, który następnie solidnie przytwierdził pobliskiego komina. Następnie przymocował celownik optyczny do stelażu. Przez chwilę przez niego spoglądał, manipulując pokrętłami wystającymi z boku celownika. W końcu, zadowolony z wyniku, zaczął ostrożnie przechylać stelaż, wciąż wpatrując się z celownik.
- Puk puk, kto tam? – powiedział do siebie, uśmiechając się, jakby było to niesłychanie zabawne. Wydobył ze swojej torby jeszcze jeden przedmiot – pomalowaną na biało plastikową tubę, długą na półtora metra i o średnicy około dziesięciu centymetrów. Była wyposażona w uchwyty, za pomocą których przyczepił ją do stelażu na kominie. Całość wyglądała jak zwykła antena.
Pierwsza część planu – Magdalena i Artur von Moiss stoją na podwyższeniu i przemawiają do tłumu. Zdalnie odpalony pocisk rakietowy trafia w bramę lochu, burząc ją. Ochrona von Moissa zdaje sobie sprawę, że nie może z Arturem szukać schronienia w więzieniu, do którego nie ma wejścia. Szlachcic dołącza do Magdaleny i jej ochroniarzy, razem uciekają w jej aucie pancernym.
- 200 metrów do tamtego hydrantu – stwierdził snajper – To prawie jak strzelanie z przyłożenia, ale zobaczmy… Hmmm, przewyższenie 50 metrów, to będzie… Hm, jeden klik to centymetr na stu metrach, więc… Trzy w dół i jeden w lewo, tak?
Pytanie skierował do swojego towarzysza, który jednak nie wyglądał, jakby zamierzał odpowiadać. Zamiast tego starannymi ruchami ładował swój granatnik automatyczny. Naboje, których używał, miały jadowicie żółte czubki. Gaz usypiający.
Snajper najwyraźniej nawet nie oczekiwał odpowiedzi, bez zwłoki zaczął zmieniać zero w celowniku swojego karabinu.
Ah, ale to nie zwykły karabin, należałoby napisać o nim kilka słów – była to prawdziwa armata. Strzelec nazywał swoją broń ‘Mała Liz’, co było wyraźną ironią. Karabin był długi na prawie metr osiemdziesiąt, zaś ważył niemalże trzydzieści kilogramów. Jego naboje były dłuższe niż dłoń dorosłego mężczyzny, zaś kaliber pocisków wynosił dwa centymetry.
Jednym słowem, ‘Mała Liz’ była idealną bronią do zatrzymania pędzącej opancerzonej limuzyny. Przestrzelenie opancerzonej klapy i bloku silnika nie będzie stanowiło problemu. Lub, jeśli zajdzie taka potrzeba, wystrzelenie z niej specjalnego pocisku który usmaży komputer pojazdu za pomocą impulsu elektromagnetycznego.
Druga część planu – Snajper ukryty przy trasie ucieczkowej, którą zawierała przekazana przez służącą szpila, zatrzymuje uciekających. Jego towarzyszy usypia wszystkich, i do akcji wchodzi reszta zespołu, oczekująca w ukryciu. Jeśli wszyscy są nieprzytomni są szybko transportowani do oczekującego helikoptera, który okrężną drogą odwozi ich do bezpiecznego schronienia. Jeśli któryś z ochroniarzy zdążył użyć jakichś środków ochrony przed gazem i stawia opór – zostanie zastrzelony. Alternatywne trasy ucieczki także zostały zabezpieczone, ale ich użycie przez ochronę księżnej jest wysoce nieprawdopodobne, jeśli materiały przekazane do Zamoyski Corps są prawdziwe.
Re: Sennea - stolica Esteros II
Torwimdull był zachwycony reakcją hrabiny Solidago na Wieżę Hannoi. Obraz miał bardzo niewiele wspólnego z zagadką Tybetańskich mnichów, ale przyciągał uwagę tej specyficznej grupy ludzi, której pomocy doktor potrzebował. Teraz znajdowali się z powrotem wewnątrz limuzyny, jako że hrabina wyraziła zainteresowanie zwiedzeniem siedziby Sententy. Nie czekając jednak aż pojazd dotrze na miejsce doktor przeszedł do rzeczy.
- Czy słyszała pani o naszyjniku, który Imperator sprezentował swojej wybrance?
Hrabina potakująco skinęła głową. Niewiele było osób, które nie słyszały o wspaniałym podarku miłościwie panującego Imperatora Alexiusa dla swej wybranki, córki gubernatora planety. I choć podobno imperator miał zapewniać narzeczoną, iż przy jej urodzie blask naszyjnika blednie, nikt nie miał wątpliwości, iż jest to jedna z najpiękniejszych i rzecz jasna najbardziej cennych sztuk biżuterii w znanej galaktyce. Naszyjnik uwieńczony był wyszlifowanym przez najbardziej uzdolnionych żyjących mistrzów sztuki jubilerskiej brylantem, którego wartość spokojnie przekraczała koszt nowoczesnej eskadry okrętów liniowych. Ponad brylantem umieszczono jednak drugi kamień. Dużo mniejszy i bardziej niepozorny. W zasadzie na pierwszy rzut oka można go było w ogóle nie zauważyć. Trudno określić było gatunek połyskującego ciemną zielenią kamienia, a niektórzy mówili, iż jest on z materiału, który nie występuje w żadnym ze znanych układów planetarnych. Na nim właśnie skupił się doktor.
- Batu Bari Dunia Lain. „Kamień z innego świata”, jak moglibyśmy nazwać go gdybyśmy starali się literalnie przetłumaczyć tą nazwę. – Wyraźnie było słychać, iż rozpoczynając wykład Torwimdull znajdywał się w swoim żywiole. Hrabina oparła brodę o dłoń i wsłuchiwała się w intrygujący, niemalże hipnotyczny głos. Nim jednak doktor mógł rozwinąć myśl, brutalnie przerwał mu dźwięk przychodzącego połączenia.
- Słucham – Mimo, iż został tak gwałtownie ściągnięty do rzeczywistości, doktor odezwał się do słuchawki spokojnie
- Proszę spojrzeć na ekran, prześlę Panu, co właśnie znaleźliśmy. – Torwimdull posłuchał polecenia operatora i spojrzał na zamontowany w limuzynie monitor.
- Coo? – Zdziwił się doktor – Czy to miejsce naprawdę nazywa się Blue Haven?
- Tak
- Blue Haven?? Czy to w ogóle możliwe, iż cały czas taki lokal był pod naszym nosem a my nie zwróciliśmy na niego uwagi?
- Sennea to duże miasto, nie sposób ogarnąć nazw wszystkich pubów, herbaciarni czy innych burdeli…
- To nie może być żaden ‘inny burdel’. – Doktor stawał się lekko podirytowany – Nie nazywa się Brotherhood Harbor, nie nazywa się Belissimo Havana. Na bogów, nie nazywa się nawet Blue Heaven, tylko dokładnie Blue Haven. Czy Ty w ogóle wiesz, co to oznacza?
-H… Halo ? – operator zaczynał być zaniepokojony przedłużającą się ciszą. Torwimdull zamrugał oczami, po czym odpowiedział.
- Rzeczywiście, widzę to. Prześlij mojemu szoferowi współrzędne, zaraz tam będę. Wyślij kogoś, żeby miał miejsce na oku nim dojedziemy. – Odłożył słuchawkę a następnie zwrócił się do przyglądającej mu się z zaciekawieniem hrabiny – Mam nadzieję, że pani wybaczy, ale wzywają mnie obowiązki nie cierpiące zwłoki. Jeśli pani pozwoli w drodze do siedziby Sententy zatrzymamy się obejrzeć jeszcze jedno miejsce.
Po kilku minutach jazdy limuzyna utknęła jednak w korku.
- Szefie, nie przejedziemy tędy – odezwał się milczący do tej pory szofer – wszystkie drogi zamknięte z powodu demonstracji. Musimy pojechać na około, przez Most Północny.
- Demonstracje mają odbyć się na placu przed lochem miejskim. – Odpowiedział po krótkim zastanowieniu Torwimdull. - Spróbujmy się przecisnąć tędy, a później pojedziemy wzdłuż placu, po drugiej stronie budynków i dalej za samym lochem.
- Czy słyszała pani o naszyjniku, który Imperator sprezentował swojej wybrance?
Hrabina potakująco skinęła głową. Niewiele było osób, które nie słyszały o wspaniałym podarku miłościwie panującego Imperatora Alexiusa dla swej wybranki, córki gubernatora planety. I choć podobno imperator miał zapewniać narzeczoną, iż przy jej urodzie blask naszyjnika blednie, nikt nie miał wątpliwości, iż jest to jedna z najpiękniejszych i rzecz jasna najbardziej cennych sztuk biżuterii w znanej galaktyce. Naszyjnik uwieńczony był wyszlifowanym przez najbardziej uzdolnionych żyjących mistrzów sztuki jubilerskiej brylantem, którego wartość spokojnie przekraczała koszt nowoczesnej eskadry okrętów liniowych. Ponad brylantem umieszczono jednak drugi kamień. Dużo mniejszy i bardziej niepozorny. W zasadzie na pierwszy rzut oka można go było w ogóle nie zauważyć. Trudno określić było gatunek połyskującego ciemną zielenią kamienia, a niektórzy mówili, iż jest on z materiału, który nie występuje w żadnym ze znanych układów planetarnych. Na nim właśnie skupił się doktor.
- Batu Bari Dunia Lain. „Kamień z innego świata”, jak moglibyśmy nazwać go gdybyśmy starali się literalnie przetłumaczyć tą nazwę. – Wyraźnie było słychać, iż rozpoczynając wykład Torwimdull znajdywał się w swoim żywiole. Hrabina oparła brodę o dłoń i wsłuchiwała się w intrygujący, niemalże hipnotyczny głos. Nim jednak doktor mógł rozwinąć myśl, brutalnie przerwał mu dźwięk przychodzącego połączenia.
- Słucham – Mimo, iż został tak gwałtownie ściągnięty do rzeczywistości, doktor odezwał się do słuchawki spokojnie
- Proszę spojrzeć na ekran, prześlę Panu, co właśnie znaleźliśmy. – Torwimdull posłuchał polecenia operatora i spojrzał na zamontowany w limuzynie monitor.
- Coo? – Zdziwił się doktor – Czy to miejsce naprawdę nazywa się Blue Haven?
- Tak
- Blue Haven?? Czy to w ogóle możliwe, iż cały czas taki lokal był pod naszym nosem a my nie zwróciliśmy na niego uwagi?
- Sennea to duże miasto, nie sposób ogarnąć nazw wszystkich pubów, herbaciarni czy innych burdeli…
- To nie może być żaden ‘inny burdel’. – Doktor stawał się lekko podirytowany – Nie nazywa się Brotherhood Harbor, nie nazywa się Belissimo Havana. Na bogów, nie nazywa się nawet Blue Heaven, tylko dokładnie Blue Haven. Czy Ty w ogóle wiesz, co to oznacza?
-H… Halo ? – operator zaczynał być zaniepokojony przedłużającą się ciszą. Torwimdull zamrugał oczami, po czym odpowiedział.
- Rzeczywiście, widzę to. Prześlij mojemu szoferowi współrzędne, zaraz tam będę. Wyślij kogoś, żeby miał miejsce na oku nim dojedziemy. – Odłożył słuchawkę a następnie zwrócił się do przyglądającej mu się z zaciekawieniem hrabiny – Mam nadzieję, że pani wybaczy, ale wzywają mnie obowiązki nie cierpiące zwłoki. Jeśli pani pozwoli w drodze do siedziby Sententy zatrzymamy się obejrzeć jeszcze jedno miejsce.
Po kilku minutach jazdy limuzyna utknęła jednak w korku.
- Szefie, nie przejedziemy tędy – odezwał się milczący do tej pory szofer – wszystkie drogi zamknięte z powodu demonstracji. Musimy pojechać na około, przez Most Północny.
- Demonstracje mają odbyć się na placu przed lochem miejskim. – Odpowiedział po krótkim zastanowieniu Torwimdull. - Spróbujmy się przecisnąć tędy, a później pojedziemy wzdłuż placu, po drugiej stronie budynków i dalej za samym lochem.
Re: Sennea - stolica Esteros II























Avatar stworzony przez tego uzdolnionego Pana.
Re: Sennea - stolica Esteros II
Pisać, pisać, panowie i panie...
Niech diabli porwą tego tchórzliwego najemnika! Dwudziesta dawno minęła, a tak wyczekiwana przez Magdalenę flara
się nie pojawiła. Także wysłana do ZamCoru służka przepadła jak kamień w wodę. Zamoyski, kanalia, pewnie
wystraszył się Imperatora i dlatego zignorował wołanie o pomoc... Albo jeszcze gorzej, może chce zdobyć względy i
wybaczenie Hawkwooda, donosząc mu o planach jego wybranki. Z dowodem w postaci jej pomocnicy mógłby łatwo to
udowodnić...
Magdalena, mimo ciepła panującego we wnętrzu limuzyny, zadrżała. Co za ponury czas, dookoła same wilki, a każdy
chce w niej zatopić kły! Nawet plac przed więzieniem, na który właśnie wjechali, wyglądał ponuro. Podwyższenie do
egzekucji, zanurzone w upiornym, czerwonym świetle zachodu wyglądało jak skąpane we krwi...
A oto i Arthur von Moiss, właśnie wchodzi na podwyższenie, macha do tłumu z beztroskim uśmiechem. Na jego widok
córce Namiestnika ścisnęło się serce... Także on będzie musiał umrzeć przez kamienne serce Zamoyskiego, a nawet
jeszcze nie wie, że obiecany ratunek nie nadejdzie. Jeszcze się uśmiecha, pozdrawia zgromadzony tłum...
Z ciężkim sercem Magdalena wysiadła z limuzyny. Niech się dzieje, co się musi stać.
+++
- Świetna jest - skwitował Leonard - Charyzmatyczna. Imperator dokonał doskonałego wyboru... Jak zwykle, zresztą.
Baronet siedział na masce swojego samochodu, usytuowanego na obrzeżu placu. Z punktu, gdzie się znajdowali, miał
doskonały widok na przemawiającą parę na podwyższeniu.
- Wydaje się trochę spięta, zdenerwowana, ale w tej sytuacji jest to zrozumiałe - dodał - Za chwilę się uspokoi,
jeszcze kilka minut i ludzie zaczną się rozchodzić. Jak myślisz, Zera, może wykorzystamy tę okazję i zamienimy
kilka zdań z narzeczoną Imperatora?
Tłum z samego początku był bardzo wrogi. Ludzie krzyczeli, wymachiwali transparentami z anty-imperialnymi hasłami,
nie dawali Magdalenie dojść do słowa. Poleciało nawet kilka brukowców w stronę służb odgradzających przemawiających
od ludzi.
A potem Magdalena i Arthur zaczęli tkać swoją magię, zdobywając ludzkie serca. Ona - młoda, piękna, uwielbiana
przez swoich ludzi, przemawiała do ich uczuć. On - doświadczony i poważny, męczennik dla idei podsuwał im
przekonujące argumenty. Ludzie zaczęli się uspokajać, w końcu pojawiły się nawet zaczątki wstydu... Jak mogli
wierzyć, że 'ich Arthur' zostanie stracony? Przecież ułaskawienie jest absolutnie pewne! Niepotrzebnie tu
przychodzili, zakłócili tylko spokój swoich idoli...
- I tak to się kończy... Jaka planeta, takie demonstracje. - stwierdził Al Malik, zsuwając się z maski - Zera, może
zacznijmy się przebijać do panny Magdaleny, bo inaczej...
Młody szlachcic nie zdążył stwierdzić, co się inaczej stanie. W momencie, w którym odwracał się już ku podwyższeniu
, ktoś się na niego rzucił. Zbity z nóg potężnym uderzeniem, walnął w bruk plecami. Uderzenie wypchnęło mu
powietrze z płuc, przed oczami rozbłysły wszystkie gwiazdy galaktyki... Jedna była wyraźnie jaśniejsza i mknęła
bardzo szybko. Obolały Leonard szarpnął się, próbując wyrwać się napastnikowi.
- Leż, sire! - z zaskoczeniem rozpoznał przy uchu głos swojego ochroniarza. Zanim zdążył się odezwać, zaprotestować
przeciwko takiemu traktowaniu, rozległ się potężny huk i objęła ich chmura kurzu, nadlatująca od strony podwyższenia...
+++
- Otwieraj, kurwa, otwieraj! Szybko!
Głos tuż nad uchem. Dłoń na karku, przygniatająca ku ziemi, druga na ramieniu, prowadzi, pełne kurzu oczy są
zupełnie nieprzydatne, rodzą jedynie obfite łzy.
Miękki materiał. Siedzenie samochodu? Te twarde, a jednak opiekuńcze dłonie wpychają Magdalenę w głąb, za
bezpieczne blachy pancerne i kuloodporne szyby. Zaraz za nią wpada ktoś inny, przestraszona kobieta odsuwa się.
- Spokojnie, to ja - chrypi jakiś głos. Arthur? Musiał nałykać się kurzu.
Samochód rusza ostro, Magdalenę rzuca na szybę, ochroniarz z przodu krzyczy, żeby przypięli się pasami.
- Co się tam stało? - pyta cicho Arthura, mocując się z pasami. Palce nie chcą słuchać, są jak wystrugane z drewna.
- Walnęli w nas jakąś rakietą, ale... - zaczyna jej odpowiadać towarzysz, pył w gardle mu przeszkadza, zaczyna
zanosić się kaszlem. - Ale spudłowali, na to wygląda. Za to brama lochu poszła w drzazgi, dlatego jestem tutaj, nie
mieli drugiego planu ewakuacji dla mnie.
- Głowa mnie boli... - skarży się Magdalena. Rzeczywiście, czuje coraz silniejsze zawroty głowy i mdłości.
- Krew Ci cieknie, musiał Cię zawadzić jakiś odłamek - niepokoi się Arthur, ale zaraz zmienia temat. - To jest ten
Twój plan?
- Nie... Nie wiem, co się dzieje... - powoli zaczyna widzieć, łzy wymywają piach z oczu. - Myślisz, że wybuchną
zamieszki? Pewnie myślą, że nie żyjemy.
Arthur nie odpowiada, w pędzącym samochodzie słychać tylko ryk silnika, pracującego na wysokich obrotach.
Pasażerowie przytrzymują się, żeby nie zderzać się przy ostrych zakrętach wykonywanych przez kierowcę.
Nagle głośny huk, trzask przebijanej blachy. Wszystkie kontrolki w aucie rozjarzają się na moment, po czym zapada
ciemność, pojazd wpada w gwałtowny niekontrolowany poślizg.
Kierowca klnie, próbuje przeciwdziałać, Magdalena krzyczy. Latarnia za szybą, tak blisko...
Uderzenie. Poduszki powietrzne, twarde jak skała, córka namiestnika traci przytomność. Budzi ją głośny trzask, z
jakiegoś powodu nie ma już szyb w oknach... Przed maską widzi potwora, szarozielona skóra, wielkie lśniące oczy,
obrzydliwa trąba zamiast ust. Magdalena chce krzyczeć do innych, żeby uciekali, ratowali się, że atakują ich
symbionty... Ale gaz działa, przerażona kobieta osuwa się w nieprzytomność w momencie, gdy monstrum zaczyna
kierować się w jej stronę, a jego lśniące oczy straszliwie się w nią wpatrują...
Niech diabli porwą tego tchórzliwego najemnika! Dwudziesta dawno minęła, a tak wyczekiwana przez Magdalenę flara
się nie pojawiła. Także wysłana do ZamCoru służka przepadła jak kamień w wodę. Zamoyski, kanalia, pewnie
wystraszył się Imperatora i dlatego zignorował wołanie o pomoc... Albo jeszcze gorzej, może chce zdobyć względy i
wybaczenie Hawkwooda, donosząc mu o planach jego wybranki. Z dowodem w postaci jej pomocnicy mógłby łatwo to
udowodnić...
Magdalena, mimo ciepła panującego we wnętrzu limuzyny, zadrżała. Co za ponury czas, dookoła same wilki, a każdy
chce w niej zatopić kły! Nawet plac przed więzieniem, na który właśnie wjechali, wyglądał ponuro. Podwyższenie do
egzekucji, zanurzone w upiornym, czerwonym świetle zachodu wyglądało jak skąpane we krwi...
A oto i Arthur von Moiss, właśnie wchodzi na podwyższenie, macha do tłumu z beztroskim uśmiechem. Na jego widok
córce Namiestnika ścisnęło się serce... Także on będzie musiał umrzeć przez kamienne serce Zamoyskiego, a nawet
jeszcze nie wie, że obiecany ratunek nie nadejdzie. Jeszcze się uśmiecha, pozdrawia zgromadzony tłum...
Z ciężkim sercem Magdalena wysiadła z limuzyny. Niech się dzieje, co się musi stać.
+++
- Świetna jest - skwitował Leonard - Charyzmatyczna. Imperator dokonał doskonałego wyboru... Jak zwykle, zresztą.
Baronet siedział na masce swojego samochodu, usytuowanego na obrzeżu placu. Z punktu, gdzie się znajdowali, miał
doskonały widok na przemawiającą parę na podwyższeniu.
- Wydaje się trochę spięta, zdenerwowana, ale w tej sytuacji jest to zrozumiałe - dodał - Za chwilę się uspokoi,
jeszcze kilka minut i ludzie zaczną się rozchodzić. Jak myślisz, Zera, może wykorzystamy tę okazję i zamienimy
kilka zdań z narzeczoną Imperatora?
Tłum z samego początku był bardzo wrogi. Ludzie krzyczeli, wymachiwali transparentami z anty-imperialnymi hasłami,
nie dawali Magdalenie dojść do słowa. Poleciało nawet kilka brukowców w stronę służb odgradzających przemawiających
od ludzi.
A potem Magdalena i Arthur zaczęli tkać swoją magię, zdobywając ludzkie serca. Ona - młoda, piękna, uwielbiana
przez swoich ludzi, przemawiała do ich uczuć. On - doświadczony i poważny, męczennik dla idei podsuwał im
przekonujące argumenty. Ludzie zaczęli się uspokajać, w końcu pojawiły się nawet zaczątki wstydu... Jak mogli
wierzyć, że 'ich Arthur' zostanie stracony? Przecież ułaskawienie jest absolutnie pewne! Niepotrzebnie tu
przychodzili, zakłócili tylko spokój swoich idoli...
- I tak to się kończy... Jaka planeta, takie demonstracje. - stwierdził Al Malik, zsuwając się z maski - Zera, może
zacznijmy się przebijać do panny Magdaleny, bo inaczej...
Młody szlachcic nie zdążył stwierdzić, co się inaczej stanie. W momencie, w którym odwracał się już ku podwyższeniu
, ktoś się na niego rzucił. Zbity z nóg potężnym uderzeniem, walnął w bruk plecami. Uderzenie wypchnęło mu
powietrze z płuc, przed oczami rozbłysły wszystkie gwiazdy galaktyki... Jedna była wyraźnie jaśniejsza i mknęła
bardzo szybko. Obolały Leonard szarpnął się, próbując wyrwać się napastnikowi.
- Leż, sire! - z zaskoczeniem rozpoznał przy uchu głos swojego ochroniarza. Zanim zdążył się odezwać, zaprotestować
przeciwko takiemu traktowaniu, rozległ się potężny huk i objęła ich chmura kurzu, nadlatująca od strony podwyższenia...
+++
- Otwieraj, kurwa, otwieraj! Szybko!
Głos tuż nad uchem. Dłoń na karku, przygniatająca ku ziemi, druga na ramieniu, prowadzi, pełne kurzu oczy są
zupełnie nieprzydatne, rodzą jedynie obfite łzy.
Miękki materiał. Siedzenie samochodu? Te twarde, a jednak opiekuńcze dłonie wpychają Magdalenę w głąb, za
bezpieczne blachy pancerne i kuloodporne szyby. Zaraz za nią wpada ktoś inny, przestraszona kobieta odsuwa się.
- Spokojnie, to ja - chrypi jakiś głos. Arthur? Musiał nałykać się kurzu.
Samochód rusza ostro, Magdalenę rzuca na szybę, ochroniarz z przodu krzyczy, żeby przypięli się pasami.
- Co się tam stało? - pyta cicho Arthura, mocując się z pasami. Palce nie chcą słuchać, są jak wystrugane z drewna.
- Walnęli w nas jakąś rakietą, ale... - zaczyna jej odpowiadać towarzysz, pył w gardle mu przeszkadza, zaczyna
zanosić się kaszlem. - Ale spudłowali, na to wygląda. Za to brama lochu poszła w drzazgi, dlatego jestem tutaj, nie
mieli drugiego planu ewakuacji dla mnie.
- Głowa mnie boli... - skarży się Magdalena. Rzeczywiście, czuje coraz silniejsze zawroty głowy i mdłości.
- Krew Ci cieknie, musiał Cię zawadzić jakiś odłamek - niepokoi się Arthur, ale zaraz zmienia temat. - To jest ten
Twój plan?
- Nie... Nie wiem, co się dzieje... - powoli zaczyna widzieć, łzy wymywają piach z oczu. - Myślisz, że wybuchną
zamieszki? Pewnie myślą, że nie żyjemy.
Arthur nie odpowiada, w pędzącym samochodzie słychać tylko ryk silnika, pracującego na wysokich obrotach.
Pasażerowie przytrzymują się, żeby nie zderzać się przy ostrych zakrętach wykonywanych przez kierowcę.
Nagle głośny huk, trzask przebijanej blachy. Wszystkie kontrolki w aucie rozjarzają się na moment, po czym zapada
ciemność, pojazd wpada w gwałtowny niekontrolowany poślizg.
Kierowca klnie, próbuje przeciwdziałać, Magdalena krzyczy. Latarnia za szybą, tak blisko...
Uderzenie. Poduszki powietrzne, twarde jak skała, córka namiestnika traci przytomność. Budzi ją głośny trzask, z
jakiegoś powodu nie ma już szyb w oknach... Przed maską widzi potwora, szarozielona skóra, wielkie lśniące oczy,
obrzydliwa trąba zamiast ust. Magdalena chce krzyczeć do innych, żeby uciekali, ratowali się, że atakują ich
symbionty... Ale gaz działa, przerażona kobieta osuwa się w nieprzytomność w momencie, gdy monstrum zaczyna
kierować się w jej stronę, a jego lśniące oczy straszliwie się w nią wpatrują...
Re: Sennea - stolica Esteros II
To był to. Ten moment. Test, w którym miał dać Al Malikowi odpowiedź, czy Magdalena jest właściwą osobą. Czy to wszystko... czy ta cała międzygalaktyczna intryga ma sens. Umiejętność panowania nad tłumem i zdobywania ludzkich serc była niezbędna dla przyszłej żony imperatora. Dziś stała przed jednym miastem, kiedyś będzie stała przed narodami wszystkich gwiazd. I wtedy….
----------------------------------------------------------------------------------------------
- Puść mnie Zera !– Leonard prawie krzyknął. Ochroniarz wiedział, że tej komendy nie może zignorować. Odturlał się od szlachcica, a ten natychmiast zerwał się na nogi i przetarłszy twarz z pyłu rozejrzał się po placu.
W tym momencie widok swego pana zamroził na chwilę Zerę. Przez tyle lat służby Al Malik nigdy nie wyglądał na tak bezsilnego i …. ludzkiego. To nie było zachowanie charakterystyczne dla jego rodu, który lubował w kryciu emocji za wyrafinowanymi sentencjami. Teraz jednak przedstawiciel Al Malików stał z zaciśniętymi pięściami, patrząc przed siebie, jakby unieruchomiony swoją niemocą.
- Dziękuję – ochroniarza obudziły słowa baroneta – musimy jechać – Al Malik wsiadł do samochodu, tak szybko jak mógł to zrobić szlachetnie urodzony bez utraty godności.
- Do samochodu – Zera rzucił do pozostałych dwóch ochroniarzy. Ludzie na placu zaczęli się podnosić, ktoś krzyczał z bólu. Mieli tylko chwilę, aby wydostać się z placu zanim tłum rzuci się do ucieczki i zderzy z napływającymi gapiami….
-------------------------------------------------------------------------------------------
Szrum podniósł oko od lunety karabinu snajperskiego wycelowanego w podniesie na placu więziennym.
- Niech to diabli , ten gość kosztował cholerne 100 tysięcy Feniksów, 100 000 tysięcy! – płatny zabójca zerwał się z karimaty – Asie! – rzucił do kumpla – bierz nasze rzeczy. Ja lecę po naszą wypłatę. Płatny morderca zeskoczył na balkon piętro niżej, a później na dach dobudówki obok. Z tego były już tylko dwa piętra do poziomu ulicy, na której czekał motocykl. Idealny sprzęt, aby przebić się przez tłum. Klnąc odpalił maszynę i puścił się w kierunku, w którym wcześniej ruszyła limuzyna. Szrum potrzebował….. bardzo potrzebował pieniędzy, więc Artur Von Moiss musiał umrzeć choćby zabójca musiał zabić go gołymi rękoma.
----------------------------------------------------------------------------------------------
- Puść mnie Zera !– Leonard prawie krzyknął. Ochroniarz wiedział, że tej komendy nie może zignorować. Odturlał się od szlachcica, a ten natychmiast zerwał się na nogi i przetarłszy twarz z pyłu rozejrzał się po placu.
W tym momencie widok swego pana zamroził na chwilę Zerę. Przez tyle lat służby Al Malik nigdy nie wyglądał na tak bezsilnego i …. ludzkiego. To nie było zachowanie charakterystyczne dla jego rodu, który lubował w kryciu emocji za wyrafinowanymi sentencjami. Teraz jednak przedstawiciel Al Malików stał z zaciśniętymi pięściami, patrząc przed siebie, jakby unieruchomiony swoją niemocą.
- Dziękuję – ochroniarza obudziły słowa baroneta – musimy jechać – Al Malik wsiadł do samochodu, tak szybko jak mógł to zrobić szlachetnie urodzony bez utraty godności.
- Do samochodu – Zera rzucił do pozostałych dwóch ochroniarzy. Ludzie na placu zaczęli się podnosić, ktoś krzyczał z bólu. Mieli tylko chwilę, aby wydostać się z placu zanim tłum rzuci się do ucieczki i zderzy z napływającymi gapiami….
-------------------------------------------------------------------------------------------
Szrum podniósł oko od lunety karabinu snajperskiego wycelowanego w podniesie na placu więziennym.
- Niech to diabli , ten gość kosztował cholerne 100 tysięcy Feniksów, 100 000 tysięcy! – płatny zabójca zerwał się z karimaty – Asie! – rzucił do kumpla – bierz nasze rzeczy. Ja lecę po naszą wypłatę. Płatny morderca zeskoczył na balkon piętro niżej, a później na dach dobudówki obok. Z tego były już tylko dwa piętra do poziomu ulicy, na której czekał motocykl. Idealny sprzęt, aby przebić się przez tłum. Klnąc odpalił maszynę i puścił się w kierunku, w którym wcześniej ruszyła limuzyna. Szrum potrzebował….. bardzo potrzebował pieniędzy, więc Artur Von Moiss musiał umrzeć choćby zabójca musiał zabić go gołymi rękoma.
We do not sow
Oh, the places you will go! There is fun to be done. There are points to be scored. There are games to be won.
Oh, the places you will go! There is fun to be done. There are points to be scored. There are games to be won.
Re: [Drugi Świt] Sennea - stolica Esteros II
pozwolę sobie odświeżyć temat, dobre historie powinny mieć szansę na zakończenie ;)
.......... Rygart Wells wracał właśnie chwiejnym krokiem ze swojej ulubionej karczmy zwanej Mordownią. Dzisiejszy dzień był dla niego udany, dostał sporą sakiewkę za znalezienie i złapanie wybranka serca pewnej szlachcianki, który uciekł sprzed ołtarza. Czuł do niego lekkie współczucie biorąc pod uwagę temperament panny młodej, ale przecież sam sobie był winien, nie był głuchy ani ślepy, może trochę głupi, ale to ostatnio przeważająca cecha młodej szlachty.
.....- Rygart Ciebie chyba popieprzyło, na mieście wielkie demonstracje i rozróby, a ty nawalony jak messerschmitt paradujesz po ulicy bez broni... - parsknął Behemoth siedzący na ramieniu Wells'a
.....- Cicho... nic mi nie bęzie pusty gryzoniu - Rygart pociągnął spory łyk z piersiówki i schował ją do wewnętrznej kieszeni płaszcza - poza tym, jezteśmy daleko od placu przy lochu
.....- Tylko, że ciebie kłopoty znajdują same, jak byś był jakimś pieprzonym magnesem, mogłeś chociaż wziąć pistolet...
.....- Mam noże - Wells wyciągnął paczkę papierosów i chwilę się z nią szamotał, w końcu udało mu się dobrać do jednego i go zapalił - Nie wiem jak ja z tobą wytrzymuję durny defetysto...
.....- Zdarza mi się ratować twoją głupią, lekkomyślną dupę
.....- Fakt... - Rygart odwrócił się nagle - Co to za dźwięk?
W tym samym momencie oślepił go blask świateł samochodu który z impetem wyjechał z alejki, Rygart odskoczył prawie przyklejając się do ściany budynku.
.....- Jak jedziesz kretynie! - wrzasnął - Niech cie szlak trafi!
Wells rozdziawił szeroko usta, aż wypadł mu z nich tlący się papieros, gdy zobaczył jak silnik samochodu eksploduje. Uszkodzona maszyna potoczyła się jeszcze parę metrów i uderzyła w ścianę. Z wnętrza wyskoczyło kilku ubranych w czarne garnitury karków i zaczęło rozglądać się dookoła. To chyba nie przeze mnie? przeszło przez myśl Rygart'owi. Nagle z czterech stron w kierunku wraku poleciały granaty dymne. Jegomoście w garniakach poczęli się dusić i padać kolejno na glebę, jeden z nich zdążył założyć maskę przeciwgazową, w tym samym momencie jego czaszkę przeszyła kula dużego kalibru rozsiewając dookoła różową mgiełkę oraz fragmenty czaszki i maski. Nagle z bocznej uliczki wybiegło kilku ludzi wyglądających na dobrze uzbrojone oddziały komandosów i zaczęły szturmować samochód.
.....- Rygart spierdalamy stąd, nie wiem o co chodzi, ale chyba nie dzieje się tu nic dobrego
.....- No co ty nie powiesz gryzoniu - Wells zaczął powoli wycofywać się w jedną z bocznych uliczek - idź tam i sprawdź co się dzieje
.....- Czy tobie ten alkohol do reszty już mózg wyżarł? Tam jest gaz baranie, przyjrzyj się dobrze, czy widzisz, żebym miał maskę przeciw gazową?
Wrzaski Behemoth'a były za głośne i zwróciły w ich stronę uwagę jednego z komandosów, natychmiast dojrzał cel i wystrzelił w jego stronę serię pocisków. Rygart padł na plecy. Żołnierze wyciągnęli z samochodu dwie osoby i zniknęli w ciemności tak szybko jak sie pojawili.
***
Świadomość powoli wracała do umysłu Rygart'a. Mial otwarte oczy, ale widział jak przez mgłę, widział nad sobą rozmazane dwie postaci, jedna z nich telepała nim mocno i coś krzyczała.
.....- Gdzie oni są! - wrzeszczał na Wells'a Zera telepiąc go i co jakiś czas policzkując - Panie chyba nic z niego nie wyciągniemy w tym stanie, jest całkowicie pijany i nie wiadomo czy w ogóle cokolwiek widział.
.....- Zera popatrz na jego płaszcz trochę poniżej serca, rozdarcie wygląda znajomo? Popatrz też na ścianę, dziury po kulach, on musiał widzieć co się tu stało - powiedział surowym tonem Leonard, widać było, że ledwo panuje nad złością
Nagle gwałtownym ruchem Rygart sięgnął do kieszeni płaszcza, Zera odskoczył dobywając pistolet i zasłonił sobą Al Malika. Wells wyciągnął z kieszeni piersiówkę i spróbował pociągnąć z niej łyka, była prawie pusta, a gdy ją odwrócił zobaczył wbitą w ściankę kulę kalibru 5,56.
.....- O kurwa... - wyjąkał
Wtedy to z pełną świadomością zauważył stojące nad nim postaci, Zera ciągle mierzył do niego z pistoletu.
.....- A panowie to niby kto?...
.......... Rygart Wells wracał właśnie chwiejnym krokiem ze swojej ulubionej karczmy zwanej Mordownią. Dzisiejszy dzień był dla niego udany, dostał sporą sakiewkę za znalezienie i złapanie wybranka serca pewnej szlachcianki, który uciekł sprzed ołtarza. Czuł do niego lekkie współczucie biorąc pod uwagę temperament panny młodej, ale przecież sam sobie był winien, nie był głuchy ani ślepy, może trochę głupi, ale to ostatnio przeważająca cecha młodej szlachty.
.....- Rygart Ciebie chyba popieprzyło, na mieście wielkie demonstracje i rozróby, a ty nawalony jak messerschmitt paradujesz po ulicy bez broni... - parsknął Behemoth siedzący na ramieniu Wells'a
.....- Cicho... nic mi nie bęzie pusty gryzoniu - Rygart pociągnął spory łyk z piersiówki i schował ją do wewnętrznej kieszeni płaszcza - poza tym, jezteśmy daleko od placu przy lochu
.....- Tylko, że ciebie kłopoty znajdują same, jak byś był jakimś pieprzonym magnesem, mogłeś chociaż wziąć pistolet...
.....- Mam noże - Wells wyciągnął paczkę papierosów i chwilę się z nią szamotał, w końcu udało mu się dobrać do jednego i go zapalił - Nie wiem jak ja z tobą wytrzymuję durny defetysto...
.....- Zdarza mi się ratować twoją głupią, lekkomyślną dupę
.....- Fakt... - Rygart odwrócił się nagle - Co to za dźwięk?
W tym samym momencie oślepił go blask świateł samochodu który z impetem wyjechał z alejki, Rygart odskoczył prawie przyklejając się do ściany budynku.
.....- Jak jedziesz kretynie! - wrzasnął - Niech cie szlak trafi!
Wells rozdziawił szeroko usta, aż wypadł mu z nich tlący się papieros, gdy zobaczył jak silnik samochodu eksploduje. Uszkodzona maszyna potoczyła się jeszcze parę metrów i uderzyła w ścianę. Z wnętrza wyskoczyło kilku ubranych w czarne garnitury karków i zaczęło rozglądać się dookoła. To chyba nie przeze mnie? przeszło przez myśl Rygart'owi. Nagle z czterech stron w kierunku wraku poleciały granaty dymne. Jegomoście w garniakach poczęli się dusić i padać kolejno na glebę, jeden z nich zdążył założyć maskę przeciwgazową, w tym samym momencie jego czaszkę przeszyła kula dużego kalibru rozsiewając dookoła różową mgiełkę oraz fragmenty czaszki i maski. Nagle z bocznej uliczki wybiegło kilku ludzi wyglądających na dobrze uzbrojone oddziały komandosów i zaczęły szturmować samochód.
.....- Rygart spierdalamy stąd, nie wiem o co chodzi, ale chyba nie dzieje się tu nic dobrego
.....- No co ty nie powiesz gryzoniu - Wells zaczął powoli wycofywać się w jedną z bocznych uliczek - idź tam i sprawdź co się dzieje
.....- Czy tobie ten alkohol do reszty już mózg wyżarł? Tam jest gaz baranie, przyjrzyj się dobrze, czy widzisz, żebym miał maskę przeciw gazową?
Wrzaski Behemoth'a były za głośne i zwróciły w ich stronę uwagę jednego z komandosów, natychmiast dojrzał cel i wystrzelił w jego stronę serię pocisków. Rygart padł na plecy. Żołnierze wyciągnęli z samochodu dwie osoby i zniknęli w ciemności tak szybko jak sie pojawili.
***
Świadomość powoli wracała do umysłu Rygart'a. Mial otwarte oczy, ale widział jak przez mgłę, widział nad sobą rozmazane dwie postaci, jedna z nich telepała nim mocno i coś krzyczała.
.....- Gdzie oni są! - wrzeszczał na Wells'a Zera telepiąc go i co jakiś czas policzkując - Panie chyba nic z niego nie wyciągniemy w tym stanie, jest całkowicie pijany i nie wiadomo czy w ogóle cokolwiek widział.
.....- Zera popatrz na jego płaszcz trochę poniżej serca, rozdarcie wygląda znajomo? Popatrz też na ścianę, dziury po kulach, on musiał widzieć co się tu stało - powiedział surowym tonem Leonard, widać było, że ledwo panuje nad złością
Nagle gwałtownym ruchem Rygart sięgnął do kieszeni płaszcza, Zera odskoczył dobywając pistolet i zasłonił sobą Al Malika. Wells wyciągnął z kieszeni piersiówkę i spróbował pociągnąć z niej łyka, była prawie pusta, a gdy ją odwrócił zobaczył wbitą w ściankę kulę kalibru 5,56.
.....- O kurwa... - wyjąkał
Wtedy to z pełną świadomością zauważył stojące nad nim postaci, Zera ciągle mierzył do niego z pistoletu.
.....- A panowie to niby kto?...
"Chłop kopiący ziemniaki, to proza realistyczna; chłop kopiący pomarańcze to fantastyka (lub schizofrenia); ziemniaki kopiące chłopa to Sci-Fi"
R. Kot
R. Kot