Multiworld.pl

Nothing is impossible here...
It is currently Mon Sep 06, 2010 8:06 pm

All times are UTC




Post new topic Reply to topic  [ 1 post ] 
Author Message
 Post subject: Heaven and hell
PostPosted: Sat Jul 17, 2010 1:52 pm 
Offline
User avatar

Joined: Tue Oct 13, 2009 6:31 am
Posts: 4
~~ I ~~



Koma




A zaczęło się normalnie. Akademik, dwa piwka na szybko, później wypad do „Dungeonu”, knajpy niedaleko miasteczka studenckiego, a tam następne piwko. I właśnie tam w głowie mojego kolegi narodziła się myśl, jak to bywa w jego przypadku rzadko spotykane zjawisko. Michał bo tak ma na imię niedawno rozstał się z dziewczyną, nawet nie można nazwać tego rozstaniem, mniejsza o to. Michał mało inicjatywny gość, od czasu zerwania zaczął eksperymentować, startować do każdej i wcinać się tam gdzie nie powinien. Ogólnie przeszedł jakąś metamorfozę i jego mózg zaczął nadawać na innych falach, a twarz zmieniać wyraz i kolor od pięści zazdrosnych kolesi i alkoholu.
- Chodźmy zróbmy coś nowego.
- Ale co? Ostatnio nic na mieście się nie dzieje.
- Chodźmy do Jurka on ma coś wystrzałowego, a od niego pójdziemy do Disco Jumbo.
Disco Jumbo - znana miejscowa speluna zwana dyskoteką, od remizowej różniąca się jedynie jedną sprawą, że zgarniają 20 a nie 5 złoty za wjazd i nie wpuszczają w białych adidasach. No i dziewczynki, bardziej w temacie.
- Co ty nie mam na wjazd. Poza tym już po trzech jestem, a jutro mamy mieć labory u Hiszpana.
- Pierdziel go, a o wjazd się nie martw dziś wpuszczają na legitkę.
- To dziś czwartek?
- Nom i to ostatni dzień maja, wypłacają stypendium.
Michał ślinił się na sama myśl o państwowych 370 złoty. Był taki przepełniony dumą że je otrzymał, oczywiście nie była to zasługa jego unikatowego umysłu, tylko trzech braci i siostry.
- 370 Socjalnego, znów przechlasz czy coś i będziesz mi w lodówce grzebać.
- Nie bądź żyła. Dziś się trzeba bawić! To już ostatni tydzień przed sesją.
- To jest myśl ale jako mi się nie chce, a zwłaszcza wiedząc że zostały tylko 2 tygodnie do egzaminów, i te cholerne wpisy.
- Tym bardziej trzeba się napić.
- Fakt.
Tak moja siła woli i upór to jedno, ale porządne argumenty kolegi to drugie, zresztą co ja się będę spierał ze stypendystą.


Zaszliśmy do Jurka dość szybko, tylko z jednym przystankiem na placu pod akademikami zwanym Stołówką. Mijając porozstawiane grille i gawiedź tańcująca wkoło przy naprzemiennej muzyce epoki Shazy królowej polski kwacha, a epoką Dody - polski kaczora.
Sam nie wiem który okres był dla mnie lepszy.
Wbiliśmy w akademik, na portierni pani Zofia miła pani na emeryturze dziergająca na drutach, oglądająca w danym momencie jeden z dziesięciu, nie stanowiła większego problemu. Schody. Parter i pierwsze piętro - tu pierwszaki, ogólnie nierozumiana hołota starająca się być bardziej studencka niż studia.
Piętra 2, 3 – tu już można się bawić od czasu do czasu, ale ile można słuchać dupków z zarządzania. To że mają odpicowane dziewczynki na roku nie upoważnia ich do zadzierania nosa tak wysoko. Niech się kształcą. Bo gdzie jest najwięcej magistrów? Na kasach w realu.

Piętra 4, 5 – tu można się zaopatrzyć, ale tylko od bidy, nie wiem jak Michał strawił tą „Berbeluche” co ostatnio wykombinowali w pokoju 241.
Wiem że śmierdziało mu z pyska przez trzy dni. Chcecie się napić bez większych konsekwencji zdrowotnych polecam chłopaków z 222, oni kupują browar na promocjach w biedronce.
W końcu 6 pietro, Jurand pokój 277. Na wyższe poziomy nie wchodzimy, nie ma po co, tam się głównie śpi.
Walimy do drzwi, najpierw delikatnie kultura musi być. U sąsiada gra muzyka, nie wiem co to, ściany zniekształcają basy i trudno poznać tego Umca. Michał się denerwuje w końcu czekamy pod drzwiami już 10 sekund, nie wytrzymał wali piącha w drzwi, szarpie klamkę, nic.
Niech to szlag trafi. Michał już lekko się pieni.
I cud słychać zamek drzwi, trzask klucza, klamka się przechyla, i drzwi się otwierają z trzaskiem zatrzymując się na napiętym łańcuchu. Ze środka słychać gardłowe czego. Uśmiech rysuje się na twarzy a w kieszeni otwiera się scyzoryk.
- Otwieraj to ja z Michałem.
- Nie chory jestem.
- Nie jesteś chory tylko pornusy oglądasz. Otwieraj!
Po chwili jesteśmy w środku. Ja już grzebie koledze w lodówce, a Michaś objaśnia plan wieczoru. Pusto tu: jedno piwo, jakaś wędlina zielona, jakiś serek, na węch dobry, jabłka (nie wiem po co) i jakieś zawiniątko w sreberku.
- Z wami to nie zabawa. Zostaw tą lodówkę. - słyszę.
- Nie pierdziel tylko wskakuj w ta swoja PeReElke i wychodzimy.
PeReElka- krótka koszulka na ramiączkach z przeświecającego materiału, jak w teledysku chłopaki nie płaczą T.Love, zakładana na dyskoteki przez Juranda.
- Ja nie wychodzę, chory jestem. - Bronił się gospodarz.
- Nie pieprz, laska cie odwiedza.
- Nie.
- To co??!! - Pytamy razem z Michasiem chórkiem.
- Nie ważne.
- Gadaj!
Jurand znaczy Jurek jest spoko, ale trzeba go zawsze za język ciągnąc. Trwa to trochę czasu jakieś piwko, w sumie siedzimy już u niego godzinę i w końcu nam pęka. Mówi coś o zielsku coś o trawie mydli oczy, w końcu nabija starą dziadkową fajkę, a Michaś otwiera półlitrówkę czegoś procentowego.

Można się zjarać zwłaszcza przy alkoholu, ale to było już za dużo jedyne co pamiętam to migające kolory i gwiazdki.
Łeb mnie boli, kark trochę mi zesztywniał, pieprzone krzaki wbijają mi się w żebra i prawe ramię. Zimno jak cholera, krążenie lipne. Gdzie jestem nie wiem. Sił nie mam, jednak nadludzkim wysiłkiem podnoszę głowę. Nie mam pojęcia co robię w pobliżu torów.
Uśliniłem się leżąc z otwartymi ustami i ten gorzki smak. Nigdy więcej nie zapalę – na wszystkich świętych i mojego psa, nigdy więcej.
Znów otwieram oczy przytomność pewnie odzyskiwałem i traciłem wiele razy, tym razem jest już dzień, a sam czuje się o wiele silniejszy.
Siadam, kurde upierniczyłem się w trawie jak się da najgorzej, koszulka to już szmata do podłogi.
Wyciągam telefon 23 nieodebrane połączenia, o chłopaki dzwonili.
Musiałem się im zgubić.
Wstaje, w głowie się kręci, może posiedzę chwile zanim wszystko się wy-kalibruje w głowie, w żołądku.
Ręce mi się trzęsą na twarzy mam wypieki, musiałem nieźle zmarznąć w nocy. A która jest? Patrzę na telefon. Wcześnie, fakt wcześnie.
W końcu wstaję otrzepuje się, ciesząc się że nie mogę zobaczyć jak sponiewieraną mam twarz. Trzeba iść ale w którą stronę nie poznaje okolicy, jedynie co to tory za mną las, przede mną pole .
- Kurde. Przewaliłeś na całej linii, mówię do siebie. Dziś labory u Hiszpana będzie trzeba odrobić znów mu w dupę włazić, prosić, załatwiać pozwolenie na odróbkę.
Niech będzie w prawo.

Idę już z godzinę może więcej a okolica nic a nic się nie zmienia.
W końcu jakaś droga, więc idę drogą, Może znajdę tu jakiś sklep, stację benzynową. Mija mnie samochód, nie zatrzymał się pomimo mego machania, a kierowca pozdrowił mnie pokazując mi między narodowy znak pokoju. Odwdzięczam się tym samym, łysy palancie.
W końcu przystanek PKS, hmm Poraj. Łapię się za głowę co ja tu robię.
Musiało być poważnie, może wypadłem z pociągu, to tłumaczyło by otarcia i ból żeber. Ale co ja robiłem w pociągu.
Sprawdzam kieszenie spodni, puste kilka groszy, portfel pogniecione dziesięć złotych. Jest pomięty bilet do Katowic, z 1 czerwca, znaczy dziś.
Coraz bardziej skołowany siadam na przystanku, czekając na PKS do Częstochowy. Kochane miasto gdzie, ilość mochera na metr kwadratowy dorównuje Toruniowi. Całe szczęście że nie mamy tu jakiegoś Bankowskiego czy ojca Ryzyka, kraj by tego nie zniósł, a najczwartsza RP nie była by tylko groźbą cudownej przyszłości.

Na przystanku zatrzymuje się facet, sprawdza rozkład jazdy, niestety kartka została zerwana i nie otrzyma on już żadnej informacji, po czym siada obok. Wyciąga paczkę papierosów, i częstuje mnie jednym.
Uśmiecham się i potakuje dziękując gościowi.
- Długo czekasz. - Pyta.
- Słucham?
- No na PKS. Długo już czekasz.
- Nie kilka chwil. - Ciekawski, koleś pewnie częstował fajka by sobie pogadać, na mędę nie wygląda, nawet zadbany, można powiedzieć że przystojny koleś po trzydziestce.
- Następny jest o 9 więc mamy kilka godzin czekania.
Nie pocieszyła mnie ta wiadomość, ale to nie było moje największe zmartwienie. Organizm domagał się wody, a odwodnienie dawało już się we znaki. Głowa zaczynała boleć, ponadto żołądek zaczynał mulić z głodu.
- Może skoczymy na piwko tu obok.
- Z chęcią, ale tu w okolicy nic nie ma.
- No kawałek jest do przejścia ale to lepsze niż siedzieć tu cztery godziny. Gdzie jedziesz?
- Do Częstochowy.
- Do Poraja niedaleko a tam w pociąg wskoczysz.
Ruszyliśmy w kierunku z którego przyszedłem, zdziwiony po kilkunastu minutach marszu pojawiły się zabudowania, jest i sklep. Drapiąc się pogłowie czy jestem tak skołowany że gubię się wszędzie. Sklep jest otwarty wchodzimy. Gościu bierze cztery piwka. I wychodzi. Sam kupuje wodę, duszkiem gaszę pragnienie, czuje jak zimna woda wypełnia żołądek, a ból głowy lekko ustępuje.
Mężczyzna siedzi na ławce przed sklepem, otwiera jedno piwo i podaje je mnie.
- Zapraszam, chciałbym porozmawiać.
Siadam obok, zimna puszka piwa mile leży w dłoni, zdrówko, popijamy.
- Jestem Adam zajmuję się kadrami w pewnej firmie, a dokładniej sprawami zarządzaniem zasobami ludzkimi.
- Paweł. Student na elektrycznym.
- Dobry kierunek z przyszłością. Ale, ale musisz lepiej dbać o siebie. Widzisz twoje wczorajsze wybryki z kolegami troszkę namieszały i przez nie nie mogę spokojnie pójść na zasłużony urlop.
- Jeśli coś zniszczyliśmy, bardzo przepraszam, postaram się odkupić z kolegami co trzeba.
- Widzisz sprawa jest bardziej złożona.
- Proszę nie mówić że stałą się jakaś krzywda.
- Widzisz jeden chłopak też student właśnie leży w śpiączce. Jest tam od kilku godzin, i nie wiadomo co z nim będzie teraz.
- Boże w jaki kryminał się jeszcze wpakowałem. Pan jest z policji?
- I tak i nie. Może skończmy piwko i pójdziemy do szpitala. Tam powiem ci więcej. Na razie nie denerwuj się zanadto.
Facet od razu wyskoczył z policyjną odznaką, jakiś oficer pewnie, albo detektyw jak W 11 będzie, oni łażą w cywilu mówią śmieszne kwestie, ale wydaje im się że są śmiertelnie poważni. Tylko to piwo, może gościu blefuje.
- Wolno wam pić na służbie? - jedyną odpowiedzią, był tylko uśmiech. Pochłonięty myślami kończyłem piwo.

Po dwóch godzinach weszliśmy do szpitala, idziemy spokojnie nikt na nas nie zwraca uwagi, może to przez tego gościa, pewnie często tu bywa. Drugie piętro, zachciało mu się schodów, oddział intensywnej terapii. Kierujemy się długim korytarzem, szare kolory ścian z niebieskimi pasami na wysokości ramienia, i drewnianymi belkami na wysokości pasa, by wózki nie obijały ścian, sceneria jak w rosyjskich filmach wojennych.
- Drzwi na końcu korytarza, możesz być troszkę zaskoczony, ale uwierz mi to dla twojego dobra tu jesteś. Zresztą zaraz sobie pójdziemy w spokojniejsze miejsce.
Strasznie tajemniczo to brzmi, mam nadzieje że nic chłopakom się nie stało. Otwieramy drzwi, wchodzimy do identycznie umalowanego jak korytarz pokoju. Dwa łóżka, jedno puste, a na drugim leży nie nikt inny jak ja sam. Wpadam w panikę, nie pytam o nic, wybiegam. Biegnę ile sił w nogach. Przed siebie byle gdzie, byle się obudzić.





Powaliło cię, tak uciekać, szukałem cię pół nocy później przez cały dzień a ty pijesz pod jakimś mostem na obrzeżach miasta. Całę szczęście że masz mocna aurę i łatwiej cie tropić. Musisz iść ze mną, wyrocznia czeka na ciebie. Wielka ręka wyłoniła się z mroku łapiąc mnie za kark, stało się to tak szybko że pomimo moich starań nie mogłem temu zapobiec . Uścisk jest mocny, ciągnie mnie w ścianę przede mną, zamykam oczy i zasłaniam rękami twarz czekając na uderzenie. Nic takiego nie nastąpiło, zamiast tego poczułem mocne szarpniecie, a po moim ciele przebiegł dreszcz zimna. Gdy otworzyłem oczy byłem w jaskini, oświetlonej słabym żółtym światłem, obok stał ten policjant. Poprawił swój ubiór, spojrzał na mnie ze skwaszoną miną.
- Czy wy zawsze reagujecie tak impulsywnie, tracimy tylko zbędny czas. Co prawda dla mnie kilka godzin to niezauważalna chwila, lecz dla ciebie może być bardziej odczuwalna. Przecież nie chcesz się przebudzić jako osiemdziesięciolatek.
- Żądam odpowiedzi, co się ze mną stało, kim jesteś. Co ja tu robię? Dlaczego mnie tu wciągnąłeś? I w ogóle, co się dzieje.
- No jesteś w śpiączce, lecz nie bez powodu, pewna grupa osób ma do ciebie pewne plany. Ale najpierw musisz spotkać się z wyrocznią i tam czekać na dalsze instrukcje.
- Jak to jestem w śpiączce.
- Byłeś ofiara ciężkiego pobicia w pociągu, relacji Częstochowa Katowice. Doszło do uszkodzenia tworu siatkowatego i wylewu do mózgu. Nie musisz się martwić poza kilkoma siniakami nic ci nie jest.
- Nic mi nie jest, skatowano mnie do nieprzytomności, a ty mówisz o kilku siniakach.
- Zawsze mogłeś zginąć. Szkoda czasu na takie gadki. Na końcu tego korytarza dowiesz się więcej. Idź prosto nie bój się, nic ci się nie stanie, chyba że zrobisz coś naprawdę głupiego.
Wskazał mi głąb pieczary, w kierunku żółtego światłą. Po czym rozpłynął się w powietrzu. Wracaj skurwielu. Krzyczałem, lecz jedyną odpowiedzią było echo szalejące po ścianach jaskini jak dzieci w przedszkolu po podwórku. Pieprzony glina z zaświatów., czy gdzie ja do cholery jasnej jestem. Spokojnie trzeba ochłonąć pomyśleć, przekalkulować co się stało, jestem w sytuacji bez wyjścia. Muszę iść do przodu nie ma przecież innej drogi tu przez ścianę nie przejdę. Patrzę na nią uważnie, zaczynam obmacywać twardy zimny i wilgotny kamień. Może jest tu jakaś dźwignia. Jakimś cudem przez nią przeszliśmy. Po dłuższej chwili, zrezygnowany podążam wzdłuż pieczary.
To jakiś koszmar, kurde mol trafiłem do piekła. Ścieżka w jaskini wychodziła na duża pieczarę, z której wpadało żółte światło. Już teraz wiem co było jego źródłem, głęboko w dole wolno i leniwie płynęła rzeka lawy, co jakiś czas język ognia wystrzeliwał w górę, oświetlając pieczarę. Cienie stalagmitów i stalaktytów, i innych konstrukcji żłobionych od wieków, rzucało potężne przerażające cienie. Miałem wrażenie że jestem przez nie obserwowany. Nad rzeką prowadziła wąska kamienna ścieżka, niczym naturalny most, unosiła się kilkanaście metrów, nad powierzchnia lawy. A na końcu mostu stoi coś w rodzaju biurka. Przerażony idę przed siebie. Powoli wchodzę na most, co za smród siarki i ten żar.
Nagle z każdej strony dociera do mnie śmiech starca, dreszcz przebiegł mi po karku pomimo gorąca.
- O witam, czekałem na ciebie. Nie bój się zbliż się i stań w cieniu wielkiej wyroczni zaświatów strażnika prawdy, przewodnika zaświatów et cetera, et cetera... i te inne bzdety w moim pieprzonym tytule.
Facet miał straszny angielski akcent, ponadto mówił jakby miał słomkę w ustach, do tego dało się wyczuć lekceważący ton.
- No rusz się chłopcze nie mamy wiele czasu.
Ruszyłem przed siebie zatrzymując się przed biurkiem. Osoba siedząca na fotelu ma twarz zakrytą długim czarnym kapturem. Sine i blade dłonie, z pomalowanymi na czarno paznokciami, kontrastowały ze złotymi pierścieniami zwieńczonymi drogimi kamykami i czaszkami.
Dłonie uniosły się zarzucając ciężki kaptur na kark, który odsłonił czarne jak heban włosy i bladą twarz.
- Ozzy! - Zbabiałem, z rozdziawionymi ustami i bezradnie rozłożonymi rękami, stałem jak głuptak na krze topiącego się lodu, czekający na ratunek.
- Kurwa. A kogo się spodziewałeś. Matki Teresy?
Zamurowało mnie Osbourn jak żywy.
- Nie... nie spodziewałem się ujrzeć cię tu, to znaczy w piekle.
- Chłopcze to nie piekło, chodź dla mnie może i tak wpieprzyli mnie w ta pieprzona papierkową robotę. Bycie księciem ciemności rocznik 79` wymaga pieprzonego poświecenia.
- O fuck!
- Nie klnij w mojej obecności pieprzony dzieciaku. Pieprzona robota na dwa etaty, pieprzone płyty i papiery i te gnojki, jak ty byle by tylko płytę nagrać. Dobra nie odbiegajmy od tematu. Po coś tu przylazł?
- Ja nie che nagrać płyty. Jestem tu, bo taki koleś...
- A ty w tej drugiej sprawie. - Ozzy wstał i rozpiął togę z kapturem ukazując biała podkoszulkę i spodnie dresowe. Był widocznie podekscytowany zmianą charakteru rozmowy.
- Ty po tą wróżbę. Chodźmy na spacer w bardziej przyjemne miejsce.
Ruszyliśmy w dół mostu przechodzą na drugą stronę rzeki ognia.
Nieciekawe miejsce, jak zwykle nie działa klimatyzacja, a moje podania pewnie zginęły w pieprzonej piekielnej biurokracji.
W jego ręce zauważyłem biało niebieską teczkę przewiązana zaplombowanym sznurkiem. Szliśmy powoli w kierunku bliżej mi nieznanym, ja starałem się wyciągnąć od niego co tu robię, on mówił o świecie wytwórni nagraniowych i tym pół piekle jak to mówił. W końcu wyszliśmy przez jakąś pieczarę do palmowego ogrodu z altanką na środku.
Dookoła altanki porozkładano duże kamienne płyty, pomiędzy nimi wystawały zaniedbane kępki trawy, a same płyty porośnięte były mchem. W białej drewnianej altance była małą może metrowej wysokości kropielnica. Zatrzymaliśmy się w jej pobliżu. Nad naszymi głowami latały ptaki, tukany, papugi, wróble, sokoły i coś innego, dziwnego i obcego.
Ciekawość kazała mi pytać, ale widziałem na twarzy mojego przewodnika że muszę poczekać, właśnie zbierał się do przekazania mi czegoś ważnego. Czoło mu się zmarszczyło, mięśnie napięły a pasek sznurek na teczce pękł. Ozzy ostrożnie otworzył teczkę, wyjął dwie niczym nie różniące się od siebie koperty. Otworzył jedną, zerknął do środka po czym położył ją na kropielnicy. Otworzył drugą, wysypał jej zawartość, na dłoni.
Były to wiórki wyglądające jak suszone zioła wymieszane z tytoniem.
Powąchał ciesząc się aromatem zielska, wyłożył je na wcześniej przygotowana kartkę papieru. Kartkę zwinął zręcznie w tutkę, podpalił jeden koniec. Papierowa rurka wystrzeliła w górę ponad nasze głowy i eksplodując kolorami tęczy i niebieskim dymem otuliła otoczenie.
W tej dziwnej atmosferze Ozzy spojrzał mi w oczy a ręce położył mi na ramionach, nie poruszając ustami przemówił.
- A teraz słuchaj i nie przerywaj.

_________________
Drogie EMO, jak macie już się zabijać. To #^%&*, róbcie to porządnie!!!
(Akcja Społeczna "Niech Twoje miasto sie śmieje")
Dzieki nam sprzedaż żyletek wzrosła o 70%.


Top
 Profile  
 
Display posts from previous:  Sort by  
Post new topic Reply to topic  [ 1 post ] 

All times are UTC


Who is online

Users browsing this forum: No registered users and 1 guest


You cannot post new topics in this forum
You cannot reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot post attachments in this forum

Search for:
Jump to:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group